Tajemnica trzech sekund

Na szosach nie powinno istnieć słowo „ja”, standardem powinno być „my”.

Reklama

Tajemnica trzech sekund

Tajemnica trzech sekund

22.07.2019
Czyta się kilka minut
Na szosach nie powinno istnieć słowo „ja”, standardem powinno być „my”.
MARKUS SPISKE / PIXABAY
C

Choć to niemal rytuał, że media w wakacje piszą o bezpieczeństwie na drodze, dane pokazują niezbicie: problem jest realny i coraz poważniejszy. W 2018 r. policji zgłoszono 31,6 tys. wypadków (na wszystkich rodzajach dróg), w których śmierć poniosło 2,8 tys. osób. Najwięcej na jednojezdniowych, dwukierunkowych drogach (25 tys.). Ale szerokość drogi wcale nie gwarantuje bezpieczeństwa. Na autostradach i ekspresówkach było łącznie 841 wypadków i 107 ofiar śmiertelnych, a na drogach jednokierunkowych o dwóch jezdniach, niekwalifikowanych jako ekspresówki – 4,4 tys. wypadków i 210 zabitych. Trzy czwarte wypadków miało miejsce w dobrych warunkach pogodowych, 84 proc. nastąpiło na suchej nawierzchni, a 85 proc. przy świetle dziennym.

Nie dostosowujemy prędkości do warunków ruchu (149 wypadków) i nie zachowujemy odległości między pojazdami (114). W 2018 r. byliśmy na czwartym miejscu...

18603

Dodaj komentarz

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Uogólnienie,że Polscy kierowcy to a tamto jest krzywdzące.Tak robią dziennikarze brukowców!Jeżdżę po 30 tyś km po kraju od 30 lat.Uważam,że przy tak lichych drogach i natężeniu ruchu 2.8 tyś ofiar to mało.Jeśli odliczyć ofiary powrotów z dyskotek w sobotę o 4 rano czy samobójstwa to będzie tych ofiar znacznie mniej.Nie twierdzę,że jest dobrze,ale na pewno nie jest fatalnie.

Nie jest fatalnie? Jesteśmy na czwartym miejscu od końca w UE, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo na drogach. Kiedy będzie fatalnie, jak będziemy na pierwszym??

Miałem na myśli kulturę jazdy oraz umiejętności polskich kierowców pisząc,że nie jest fatalnie.Fatalna jest infrastruktura drogowa,która nie jest w stanie pomieścić 29 mln aut.Nawet wielomilionowe regiony zdecydowano się połączyć drogami ekspresowymi[np.Dolny Śląsk z Mazowszem],co wyklucza na dziesięciolecia budowę autostrady na tych odcinkach.

Uśmiecham się na myśl o wspomnianych tu postulatach egzaminatorów, wspominajac dawne czasy,kiedy to mieli oni nieograniczone możliwości ulewania kursanta za byle przewinienie. Nie umieli nalezycie korzystac z danej im władzy. Niektóre jednostki, pod pozorem naszego bezpieczeństwa, stworzyły sobie z procederu oblewania stałe źródło dodatkowego dochodu. Efekt jest taki że społeczeństwo zaczęło ignorować obowiązek zdania egzaminu w stopniu powaznie zagrażającym bezpieczeństwu publicznemu, jawnie się do tego przyznając (pewnie też pozwoliłabym dziecku prowadzić rodzinne auto, gdyby w mojej ocenie prowadziło prawidłowo, a nie mogło tego wykazać w toku kilku czy kilkunastu kolejnych egzaminów). Akcja zawsze wywoluje reakcję. Pracują zatem obecnie "w kagancu" i tak jest zarowno slusznie jak i bezpiecznie. Trzeba było nie swawolić i nie wymyślać. A swoją drogą nikt z nas nie prowadzi idealnie, a mimo to wielu jeździ bezkolizyjnie i z wyobraźnią- dajmy sobie żyć w spokoju bez kar czy zakazów a zwiększmy edukację i częstotliwość rutynowych kontroli trzeźwości (zamiast polowania na stare gaśnice trójkąty czy apteczki)

„Tymczasem niskie wykształcenie co najmniej nie sprzyja tłumaczeniu skomplikowanych przepisów” Większość spraw poruszonych w artykule to banialuki. Na drodze potrzebna jest wyobraźnia i doświadczenie. Pierwsze daje nam świadomość naszych niedostatków, drugie pozwala przewidywać sytuacje na drodze. Wracając do zacytowanego zdania, katecheci to ponoć dość dobrze wykształcona grupa społeczna, maglują dzieciaki dwie godziny tygodniowo, a po bierzmowaniu owieczki znikają z Kościoła. Tu niby nie ma analogii, ale gdy moje dzieciaki robiły prawo jazdy, najlepszą zdawalność miały te bardziej prymitywne osobniki, Większość z nich od dawna jeździła różnymi pojazdami i mieli to we krwi. Tym bardziej ogarniętym rodzice nie pozwalali, no i tak jakoś wyobraźnia przeszkadzała w wyluzowaniu się. Sztuki poruszania się po drogach, komunikacji jako takiej, powinno się uczyć w szkole od najmłodszych lat. Nie tylko sztuki poruszania się, ale i szacunku dla przestrzeni społecznej, relacji z rówieśnikami, że o wychowaniu seksualnym nie wspomnę. Szkoły jazdy nie zmienią mentalności, one mają przygotować do zdania egzaminu. Tymczasem dzieci w zasadzie od poczęcia biorą udział w przemieszczaniu się pojazdami wszelkimi, obserwują, a potem naśladują. Na lekcjach religii nie mówi się im, że wyrzucanie śmieci do lasu to grzech, że ryzykowne zachowanie na drodze, choćby jeżdżenie po zmroku na rowerze bez oświetlenia to też grzech. Czym skorupka za młodu nasiąknie, ale czym ona dzisiaj nasiąka? Jak tak się przyglądam temu co tu piszę, naszło mnie, że może to nie jest grzech, może sobie ubzdurałem. Skoro rosły kibol może przywalić nastoletniemu gówniarzowi, któremu się ubzdurało w jakiejś paradzie brać udział, a nasi stróże moralności chrześcijańskiej biją mu brawo, to nie ma co lamentować nad tymi trupami na drogach, dorzucimy jeszcze pięć stówek do 500+ i uzupełnimy ubytki.

No cóż, trudno o wszystko co złe winić liberalizm, choć nie znaczy to, że mamy udawać, iż nie widzimy związku między przekazem propagandowym liberalno-lewicowej opcji a brakiem rozwagi, powściągliwości i kultury wielu rodaków. Skoro „co nie zabronione to dozwolone”, skoro „rób to, co ci się zachce”, „tylko ja się liczę i mój interes (przyjemność)”, no to woda na młyn… Druga sprawa to ugruntowane w III RP poczucie bezkarności. Kara często nieadekwatna do sprawstwa i następstw czynu. Na przykład za zabicie osoby przez mordercę-kierowcę, wyrok jeden-dwa lata i to w zawieszeniu (lub orzeczenie o nagłej niepoczytalności!). Kompletny brak odpowiedzialności, przewidywania i w praktyce niskie umiejętności prowadzenia pojazdu, dopełniają obrazu szarżującego rodaka. Antidotum. Kara powinna być dotkliwa (szczególnie dla recydywisty), orzeczona szybko i co ważne nieuchronna. Wówczas powoli, jeśli wymiarowi sprawiedliwości nie zabraknie konsekwencji i determinacji, zacznie się na naszych drogach zmieniać na lepsze. Zresztą innego rozwiązania nie ma. Na polepszenie stanu dróg i zmniejszenie ilości pojazdów raczej nie ma co liczyć.

Zgadzam się. Szkoły jazdy wiele nie pomogą. Tylko praktyka czyni mistrza, a nie recytowanie w jakich miejscach nie można parkować (np.). Swoją drogą uważam, iż niektórzy nie maja żadnych predyspozycji do kierowania pojazdem i to w takim tłoku jak obecnie. Powinni poruszać się wyłącznie komunikacja publiczną.

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]