Katarzyna, jak sama podkreśla, lubi konkrety, dlatego od razu przechodzi do meritum. – W mojej firmie na razie nikt nie wspomina o ograniczeniu pracy zdalnej. Ale po ponad dwóch latach w tym miejscu na ziemi nie chcę już żyć bez tego widoku – mówiąc to, energicznym ruchem przestawia laptopa kamerą w stronę okna.
Obraz przestaje tańczyć i łapie ostrość. Na pierwszym planie, na parapecie, małe papryczki zasadzone w starej donicy. Za szybą, przez ścianę niskich chmur, majaczy las. Bardziej lasek, koryguje od razu Kasia, ale zielony, ładnie pachnie i szumi.
A najważniejsze, że z dala od miasta. Po mniejsze zakupy, choćby do apteki, można wyskoczyć do oddalonej o kwadrans Bystrzycy Kłodzkiej. Do Kłodzka dalej, około czterdziestu minut autem. Do Wrocławia to już ze dwie godziny, ale nie po to – jak mówi Kasia – się stamtąd wyprowadziła, żeby narzekać na brak metropolii. W swojej wsi ma niezły internet, dobrze zaopatrzony sklep spożywczy i paczkomat, do którego można zamówić, co dusza zapragnie.
– Przeprowadzka do Kotliny Kłodzkiej była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu, choć wymusiły ją okoliczności – znów uprzedza pytanie.
Praca zdalna – wszystko zaczęło się od pandemii
Listopad 2020 r. Katarzyna nerwowo drepcze po mokrym od deszczu chodniku przed Uniwersyteckim Szpitalem Klinicznym we Wrocławiu. W końcu dzwoni ktoś z wewnątrz: mama za chwilę wyjdzie.
Nie wychodzi. Wyjeżdża na wózku z pomocą pielęgniarza. Może lekarza, Kasia nie wie, wszystko dzieje się szybko. Między stopami mamy dostrzega butlę z tlenem. Pielęgniarz wciska jeszcze córce w dłoń kilka kartek wypisu. W optymistycznym scenariuszu już do końca życia mama będzie musiała wspomagać tlenem z butli pracę zniszczonych przez covid płuc. W pesymistycznym – zaznacza ściszając głos – „do końca życia” może oznaczać kilka tygodni.
– Wsiadłyśmy do mojego subaru, jechałam wolno, żeby nie męczyć mamy, nawet radio wyłączyłam – wspomina Katarzyna. – Jedziemy, milczymy, aż nagle mama cichutko mówi, że przed śmiercią chciałaby jeszcze zobaczyć swój ukochany masyw Śnieżnika. Zjechałam na pobocze, wyłączyłam silnik i zaczęłam wyć. Obie tak siedziałyśmy w tym aucie, deszcz bębnił w dach i płakałyśmy. Ale jak się już wyryczałam, to poprzysięgłam sobie, że mama swój Śnieżnik zobaczy.
Kasia jest programistką. W swojej firmie kieruje zespołem dbającym o cyfrowe bezpieczeństwo. Z racji kontraktów dla armii, które realizuje zakład, zgodę na każdą rozmowę z mediami musi podstemplować szefostwo, dlatego Katarzynie łatwiej rozmawiać z „Tygodnikiem” incognito – mimo że nic złego o pracodawcy nie ma do powiedzenia. No, może – jak żartuje – poza tym, że na e-mail z prośbą o dwumiesięczny bezpłatny urlop w związku z chorobą mamy szef odpisał jej w pierwszym odruchu: „Jaja sobie robisz?”.
– Ale zaraz potem zadzwonił do mnie i zaczęliśmy wspólnie główkować, jak moją pracę pogodzić z opieką nad mamą. Szczyt pandemii, cały świat idzie „na online”, a szefowa działu bezpieczeństwa chce zniknąć na osiem tygodni – śmieje się Kasia. – W sumie to on sam w trakcie tej rozmowy natchnął mnie pomysłem, żeby zabrać mamę z Wrocławia i pracować zdalnie.
Pożegnałam się z miastem – nie chcę wracać do biura
Luty 2021 r. Katarzyna sprzedaje dwa pokoje z kuchnią, w których się wychowała i mieszkała z rodzicami do matury. Od wyjścia ze szpitala mama i tak rezyduje u niej. Pięć miesięcy później Kasia jest już właścicielką nieźle utrzymanego, ale wymagającego remontu domu w Kotlinie Kłodzkiej. Sprzedający zapewnia, że przy dobrej pogodzie z okien widać masyw Śnieżnika.
Nie kłamie. Latem 2022 r. obie z mamą oglądają już górę, popijając lemoniadę na wyremontowanym ganku swojego nowego domu. Kasia wraca do biegania, okoliczne ścieżki wprost zapraszają do takiej aktywności. Wieczorami, z pomocą sąsiada, doprowadza do porządku zdziczały sad za domem. W rozmowach z przyjaciółmi coraz częściej nazywa nowy adres „moim miejscem na ziemi”.
We wrześniu mama umiera. Zgodnie z jej ostatnią wolą, Katarzyna chowa ją obok ojca na wrocławskim cmentarzu. Przed wyjazdem odwiedza jeszcze pośrednika nieruchomości. Kupiec na jej trzy pokoje w centrum Wrocławia znajduje się błyskawicznie.
– Pożegnałam się z miastem, z którym mam więcej złych wspomnień niż dobrych – mówi Kasia. – Dlatego nie wiem, prawdę mówiąc, jak przyjmę polecenie powrotu do pracy biurowej na więcej niż jeden dzień w tygodniu. Lubię swoją pracę, dobrze zarabiam, ale nie mam pewności, czy warto temu poświęcić całą resztę? Po cichu liczę, że mój pracodawca też zdaje sobie z tego sprawę i nie skoszaruje nas znowu w biurze.
Powrót do biura, czyli jak pozbyć się pracownika
Gdyby sytuację na polskim rynku pracy opisywać dziś wyłącznie w oparciu o głosy z forów i serwisów typu LinkedIn, otrzymalibyśmy obraz bliski katastrofie. Wściekłość białych kołnierzyków wywołały informacje o kolejnych polskich oddziałach zagranicznych korporacji, które zamierzają cofnąć lub znacząco ograniczyć możliwość pracy zdalnej. Powrót do biur, w mniejszym lub większym wymiarze godzinowym, nakazały już Amazon, Google, Uber, Intel, Dell, Infosys, Meta, IBM i Microsoft.
Część pracowników nie przyjęła zmiany warunków i złożyła wypowiedzenie – jak choćby wielu członków załogi gdańskiej spółki technologicznej Amazona, AGI Data Services.
Nic dziwnego, że w branżowych komentarzach często pojawiają się przypuszczenia, że za tymi decyzjami stoi w istocie chęć pozbycia się części zbędnego personelu bez ogłaszania kosztownych, także wizerunkowo, zwolnień. Coś może być faktycznie na rzeczy. Sektor technologiczny, który w okresie pandemii intensywnie zwiększał zatrudnienie, aby sprostać skokowemu zapotrzebowaniu na swoje usługi, spowodowanemu przejściem gospodarki na tryb zdalny, obecnie tnie etaty. Inne branże też częściowo wracają do biur i nie potrzeba im tylu ludzi do rozwoju oraz wsparcia usług IT.
Powrót do pracy stacjonarnej trwa od miesięcy, teraz jedynie przyspieszył tam, gdzie najbardziej rzuca się w oczy, czyli u podwładnych gigantów z Doliny Krzemowej. Wedle szacunków firmy doradczej Grant Thornton, już w zeszłym roku odsetek dużych i średnich firm w Polsce, które pozwalały na pracę zdalną, spadł z 71 do 62 proc.
Autorzy badania przeprowadzonego w tym samym czasie przez Experience Institute szacowali, że pracować zdalnie miało możliwość ok. 70 proc. aktywnych zawodowo Polaków, czyli mniej więcej 12 mln osób. Korzystało z tej opcji aż 80 proc. – czyli około 9,6 mln pracowników. Około 3,2 mln Polaków obowiązki służbowe wykonywało w ub. roku całkowicie zdalnie. Reszta korzystała z trybu hybrydowego.
W oparciu o informacje od samych pracodawców firma doradcza Hays Polska już na początku tego roku szacowała, że w krajowym krajobrazie korporacyjnym dominuje model z czterema dniami w biurze i jednym z pracą zdalną. W ten sposób pracowało aż 42 proc. firm w Polsce. Drugim najczęstszym (33 proc.) porządkiem były trzy dni stacjonarne i dwa zdalne – ale już kilka miesięcy temu analitycy Hays sygnalizowali, że pracodawcy coraz częściej albo myślą o pełnej likwidacji pracy zdalnej, albo takie decyzje już podjęli.
Kasia: – Byłam niedawno na branżowej konferencji, te same twarze od lat, znamy się jak łyse konie. Przesadziłabym, gdybym powiedziała, że w kuluarach kipiało od emocji wokół końca pracy zdalnej, ale temat faktycznie wracał. Jedna koleżanka w maju skończyła remont mieszkania, żeby wyodrębnić sobie gabinet do pracy. W lipcu dostali z centrali maile, że koniec ze zdalnym. Inna zmieniła firmę, żeby pracować stale z domu, nawet przeniosła dzieci do szkoły bliżej miejsca zamieszkania. Od nowego roku dwa dni w tygodniu musi być w biurze, po drugiej stronie Wisły w Warszawie.
Firmy bez pytania weszły ludziom do domów
Gdzieś w tle tych obaw o przyszłość zdaniem Katarzyny przebija także żal. Gdy pięć lat temu pandemia wywróciła codzienność do góry nogami, firmy nie pytały przecież o możliwość uwłaszczenia się na prywatnej przestrzeni pracowników. Niektóre wpakowały się w nią wręcz ordynarnie, stawiając personel przed wątpliwą alternatywą: zgadzasz się na home office (bez zwrotu za internet czy prąd) albo do widzenia.
U Kasi w biurze pod pretekstem niebezpiecznej usterki instalacji elektrycznej przeprowadzono podczas lockdownu gruntowny remont. Jeśli ktoś nie mógł pracować wtedy z domu, siedział czasem osiem godzin w aucie i podgrzewał się silnikiem. Trudno pójść na pół dnia do kawiarni.
Prędzej czy później musiało więc nastąpić i to, co widać od jakiegoś czasu w badaniach, czyli spadek społecznej akceptacji dla pracy z domu. Ze wspomnianej już wyżej analizy Experience Institute wynika, że pomiędzy rokiem 2022 a 2024 odsetek Polaków, którym taki tryb odpowiada, zmalał z 77 do 70 proc. – choć jednocześnie zauważalnie przybyło (z 52 do 60 proc.) takich, którzy uważają, że zdalnie pracuje się im po prostu efektywniej.
Wysoko oceniamy także przygotowanie pracodawców do pracy w takim trybie, zwłaszcza zaplecze technologiczne. A skoro nie chodzi o samą organizację pracy i jej wyniki, to w rachubę muszą wchodzić trudniejsze do zdefiniowania, pozalogistyczne czynniki, w tym zjawiska ze spektrum opisywanego zwykle angielskim terminem work-life balance. Po kilku latach tego specyficznego koktajlu prywatności i życia publicznego, czasu wolnego i czasu pracy, wielu z nas może od tego po prostu mdlić.
– Znam dwie osoby, które na początku lockdownu dla psychicznej higieny „szły” do pracy, robiąc codziennie rano po kilka kółek wokół swojego bloku – wylicza Kasia. – A mój kolega z pracy umówił się z dwiema sąsiadkami, które też były na zdalnym, że będą wspólnie wychodzić na fajkę przed dom, jak w biurze. Mnie się udało tego uniknąć, ale początkowo też miałam trudności z oddzieleniem czasu pracy od czasu wolnego. Potrafiłam wieczorem zerwać się z fotela, bo mi się coś przypomniało. Albo poprawiałam coś, co mogłam bez problemu zrobić nazajutrz.
Skąd więc tak gwałtowne reakcje i gniewne komentarze na decyzje pracodawców, które w sumie sprowadzają się do powrotu do biurowej normalności? Po pierwsze, zwolenników pracy zdalnej, zwłaszcza w modelu hybrydowym, jest nadal więcej niż przeciwników. Po drugie, po latach działania w prawnej i proceduralnej szarej strefie home office został wreszcie uregulowany i ucywilizowany. – A gdy już wydawało się, że wiemy, na czym stoimy – dodaje Kasia – pracodawcy ponownie wywrócili reguły gry, zgodnie z korporacyjną logiką, w której jedyną stałą jest zmiana.
Polski sektor usług wspólnych czekają turbulencje
To nie zbieg okoliczności, że na zarządzony koniec home office najostrzej zareagowali właśnie pracownicy z sektora IT oraz z branży, którą nazywa się usługami wspólnymi. Centra księgowe, wsparcie techniczne, prawne i logistyczne – wszystko to, bez czego nie może się obyć żadna korporacja i co można stosunkowo łatwo kupić na zewnątrz – stało się w ostatnich latach wręcz spécialité de la maison polskiej gospodarki.
Z raportu branżowego stowarzyszenia ABSL wynika, że udział takich usług w PKB naszego kraju sięgnie w tym roku 5,7 proc., a wartość samego eksportu usług wspólnych do biur rozsianych po całym świecie sięgnie 42,3 mld dolarów. Tylko pomiędzy styczniem 2024 a kwietniem br. w całej Polsce otworzono 61 nowych centrów usług wspólnych, w których zatrudnienie znalazło 5,4 tys. osób. Łącznie działa ich już ponad dwa tysiące, a liczba miejsc pracy w branży w szybkim tempie dobija do 500 tysięcy.
A raczej szybko dobijała. Tradycyjne polskie atuty, na czele ze świetnie wykształconymi kadrami, coraz lepszą infrastrukturą publiczną i wreszcie z korzystnym położeniem geograficznym w sercu Europy, zaczynają bowiem blednąć w zestawieniu z szybko rosnącymi kosztami zatrudnienia.
O polskim rynku pracy można opowiadać z różnych perspektyw narracyjnych, które w dodatku prowadzić będą do innych zakończeń. Swoisty happy end, jakim z punktu widzenia samych zatrudnionych jest bez wątpienia utrzymujący się od lat rynek pracownika, pracodawcom może jawić się bardziej jako słodko-gorzka historia. Polska gospodarka niewątpliwie nabrała w ostatniej dekadzie tempa, które można porównywać jedynie z sukcesami słynnych azjatyckich tygrysów. Tylko pomiędzy rokiem 2014 a 2024 nominalne PKB naszego kraju wzrosło aż o 68 proc. W tym samym okresie przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej skoczyło jednak aż o 116 proc., czego niemal połowę stanowiły wzrosty notowane w ostatnich czterech latach, naznaczonych wysoką inflacją.
Koniec podwyżek i premii w korporacjach
Część firm szuka w tej sytuacji oszczędności i znajduje je na Dalekim Wschodzie oraz w usługach sztucznej inteligencji. W Krakowie, który zdążył wyrosnąć na polską stolicę usług wspólnych, tylko od stycznia do sierpnia br. do Grodzkiego Urzędu Pracy wpłynęły zawiadomienia o planach redukcji 2350 etatów, głównie w sektorze przetwarzania danych, hostingu, rachunkowości i doradztwa podatkowego. W gruncie rzeczy nadal mamy jednak do czynienia z najwyżej drobną korektą zatrudnienia w branży usług wspólnych, która w samym Krakowie daje pracę 98 tysiącom osób. Stowarzyszenie ABSL szacuje, że w przyszłym roku, pomimo szumnie komentowanych zwolnień, pracowników będzie nadal przybywać.
– Ale w biurach zgęstnieje atmosfera, ludzie poczują, że ryzyko utraty pracy nie jest tylko teoretyczne – przewiduje Katarzyna. – Nam, programistom, co rusz zapowiadają zatrudnieniowy armagedon. Nic takiego na razie nie następuje, ale kończą się czasy podwyżek co pół roku i sowitych premii. Pracodawcy, którzy do tej pory obawiali się, że pracownik rzuci kwitami, teraz ewidentnie przejmują inicjatywę. Nakaz powrotu do biur nadaje się do tego idealnie.
Kasia jeszcze raz wraca do myśli z początku rozmowy: – Nie wiem, co wtedy zrobię, ale nie będę sobie zaprzątać głowy sprawami, na które nie mam wpływu. Idę pobiegać w lesie. Wciąż mam blisko.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















