Chwileczkę, w jakiej to było kolejności? Najpierw spodenki, następnie nos, prawy policzek, lewy policzek, włosy, i znowu prawy policzek, lewy policzek i wierzchem po opasce? Chyba tak, lecz dla pewności posprawdzałem na YouTubie. Jednak kolejność bywała różna, choć punkty dotyku te same. Jakby prawa dłoń kontrolowała, czy wszystko jest na miejscu i nic się z ciała nie wymknęło. Albo je upewniała, że myśli się o nim i że ma trwać na posterunku.
Ileż czasu trzeba było przesiedzieć przed telewizorem, żeby doczekać się wreszcie wyrzutu piłki i serwu. Gdyby przemnożyć przedserwisowy rytuał przez wszystkie te lata, wyszłaby może doba czy dwie naszego kibicowskiego życia zmarnowanych na gapienie się na balecik zbędnych gestów. Cała reszta przynosiła czysty zysk.
Nadal większy od Nobla
Rytualnych zachowań było więcej. To układanie równo dwóch butelek z wodą przed ławką dla zawodnika. Do licha, po co tyle wysiłku, dwie butelki zawsze stoją wobec siebie równo – chyba że wyznaczyć im niewidzialną linię frontu, wobec której się sytuują. Tylko Nadal ją dostrzegał. To gryzienie ucha pucharu, jeden z gestów założycielskich dla image’u Nadala, powstały jeszcze przed utrwaleniem się rytuału przy serwie. No i rzucanie się plecami na ziemię w chwili tryumfu wielkoszlemowego, upadek kontrolowany, grande finale.
Najbardziej umorusany wychodził z Rolanda Garrosa, czternaście razy, od szyi po łydki cały w ceglastych plamach jakby wyschniętej krwi. Trawa Wimbledonu nie gwarantowała aż tak widowiskowych efektów, ledwie kilka szarozielonych smug na koszulce. Dziś takie poplamione produkuje się od razu. Najmniej opłacało się wygrywać na twardej nawierzchni, w US Open czy w Australia Open; żadnego szczęśliwego zbrukania, oddania powierzchni kortu co królewskie; szkoda pleców i karku.
Rzucał się tak dwadzieścia dwa razy; ta cyfra powraca w mediach od ostatniego czwartku, dnia, w którym Rafael Nadal ogłosił zakończenie kariery i w którym przyznano literacką Nagrodę Nobla. My w „Tygodniku” kochamy literaturę, lecz co 22 tytuły wielkoszlemowe, to 22 tytuły: Nadal skradł informację dnia.
Do tego dochodzi wiele innych liczb, 92 turniejowe tytuły ATP, 81 kolejnych zwycięstw na kortach ziemnych między 2005 a 2007 rokiem, 120 na Rolandzie Garrosie przy trzech tylko porażkach, i tak dalej, i tym podobnie. Okrzykom pożegnalnym, dzięki komunikatorom X i Instagram, nie ma końca. Wszystkie są trochę jak klepsydry: czy to o odchodzących, czy to o kończących karierę nie wypada mówić źle. „Wspaniały gracz”, „wzór sportowca”, „ideał do naśladowania”, „wielka postać”, „cudowna postać”, „dżentelmen w każdym calu”, „skromny i dobry”, czemu cieniu odjeżdżasz.
Trudno wątpić w szczerość pochwał. Mało który ze sportowców cieszył się takim szacunkiem wśród innych zawodników i wśród kibiców. Ci ostatni zdzierali gardła i obijali sobie dłonie oklaskami do samego końca. Od jednej salwy do drugiej, gdy jeszcze wygrywał wszystko jak leci, po pojedyncze, lecz tym bardziej frenetyczne salwy na ostatniej olimpiadzie, gdy w przykrym meczu z Djokoviciem (suma ich spotkań to 26:24 dla Nadala) od wielkiego dzwonu udało mu się jeszcze wykręcić genialną piłkę jak za dawnych lat. Kochali go niemal wszyscy; w miłości do sportowca i w sztuce tenisowej miał tylko jednego rywala – Federera.
Rafa, Roger i Djoković
Federera? Powinienem był napisać: Rogera. Rafa i Roger, bliskie wszystkim chłopaki, z którymi cały świat jest na ty, równiachy, których możemy czule dotknąć imieniem, tak bardzo nasi w naszej tenisowej bandzie; kumple, którym udało się więcej. I sprawozdawcy telewizyjni, i my, pseudogracze i superkibice, w prywatnych rozmowach nie mówiliśmy o nich inaczej. Tylko oni wywalczyli sobie cały ten pieszczotliwy przywilej, tak różni, lecz tak zarazem do siebie podobni, tenisowi blues czy backhand brothers.
Nadejście tego trzeciego, Djokovicia, naruszyło ich dwójkowy układ. Z pewnym ociąganiem trzeba było przyznać któregoś pięknego dnia, że jest nie dwóch, lecz trzech muszkieterów. A nawet zamiast Djoković powiedzieć Dżoko albo Nole. Lecz tylko czasami; Djoković zaburzał ustalony porządek, rozszerzając dwuwładzę do triumwiratu, aż wreszcie pozostał sam na tronie.
Lecz choć tak fenomenalny, choć tak podziwiany, nie zdołał rozgrzać tylu serc, a wielu innym pozostał obojętny. Czy wręcz wzniecał w nich i wznieca dalej irytację i niechęć, a to irracjonalnie, a to przez obciążenie serbskim nacjonalizmem, a to przez brzydkie zachowania na korcie, których nie kompensują jego, liczne przecież, sympatyczne gesty wobec przeciwnika. Jego odejście na tenisową emeryturę nie będzie aż tak istotną wiadomością dnia, jaką stał się exodus Rafy, nawet jeśli pobije wszystkie – z wyjątkiem liczby zwycięstw na Rolandzie Garrosie, bo tego w tym antropocenie już się nie da – rekordy wszech czasów.
Chodzi też o piękno. Po prostu. Najbardziej fenomenalna skuteczność go nie gwarantuje; skuteczność jest całkiem inną kategorią. Rafa i Roger estetycznie wspięli się wyżej niż Djoković – i może dlatego z większym hukiem upadli, niż upadnie kiedyś Serb, w ogólnych statystykach największy primus inter pares. Nie umiem sobie wyobrazić, by Nole dostał na koniec kariery takie baty od Huberta Hurkacza, jak Roger na Wimbledonie (to był praktycznie jego ostatni mecz w Tourze) czy Nadal w Rzymie (jeden z jego ostatnich meczy). Hurkaczowi przypadła rola kata i, szczerze mówiąc, nie zasłużył sobie, mimo wielu dokonań, na ten czarny zaszczyt.
Na pięknie widać wyraźniej zmarszczki. Kiedy fenomenalny, jednoręczny bekhend Rogera, Mona Liza wszelkich tenisowych uderzeń, i kiedy radykalnie niekonwencjonalne oba uderzenia, forhend i bekhend Rafy, przestały trafiać w kort lub zaczęły tracić na swej sile i szczególności, pojawiało się doznanie jeśli nie parodii, to nieudanego pastiszu siebie samych. Wtedy trzeba było wyprawić pamięć w podróż; nigdy nie wracała z niej rozczarowana. Do tenisowego muzeum wstawić można dziesiątki obrazków, skrótów z dawnych pojedynków.
Osobną galerię powinny zajmować fragmenty meczu z finału Australian Open w roku 2009. Kolejny wielki finał Federera i Nadala przy trybunach nabitych do ostatniego miejsca. Widownia nie umie sprostać własnym emocjom i usiedzieć cicho do końca wymian, które wkrótce przejdą do historii tenisa; obaj posyłają piłki tak nieprawdopodobne, tak geometrycznie niewyobrażalne, tak nielogicznie i cudownie wracające po przedziwnych trajektoriach na drugą stronę i utrzymywane w grze, że wbrew zwyczajowi publika wydziera się przedwcześnie i głośno wzdycha, jej zachwyt nie może ustać w gardle.
Dzisiaj, gdy do starych obrazków powracam, tym bardziej spektakl wciąga. Był tamtego wieczora świętem wszystkich, grających i oklaskujących/krzyczących. Lubię teraz tamte pomruki i pohukiwania widowni w trakcie wymian; cały stadion, cała ta mała ludzkość, która go obsiadła, tak bardzo zaangażowała się w pięć godzin życia na ziemi z całkowitą czystością uczuć, kiedy to uznanie, szacunek i podziw biorą górę nad sympatiami i odrazami, że nic lepszego – zdawałoby się – nie da się wykrzyczeć w niebo jako świadectwo naszej tu wspólnej bytności.

Nadal, Federer, korona dzielona na pół
Patrząc na ówczesne bekhendy Rogera, na niewiarygodnie wygrane wymiany, łatwo zrozumieć, że David Foster Wallace, pisarz i tenisista, padał przed telewizorem na kolana i wrzeszczał na cały dom; każdy się modli, jak umie. Jedną ze specjalności Rafy było minięcie przeciwnika przy siatce in extremis, w chwili, gdy piłka wydała się już rozegrana na amen i przeciwnik mógł rachować punkty.
Cała jego gra, oparta w dużej mierze na defensywie, z której wylatywały kontrujące uderzenia, toczyła się właśnie na skraju, krok przed przepaścią. Tak jakby pozwalał rywalowi przełamać front, by następnie dźgnąć naiwnego i pokazać mu, gdzie jest jego miejsce: w czekającej już szatni. Ileż to razy można było się nabrać na ten sam manewr. Wymianę uznawało się właściwie za skończoną, doliczało się gem przeciwnikowi, lecz następował nagły zwrot. Deus ex machina. Z naciskiem na deus.
Federer traci w pięciu setach tamten finał Australian Open, lecz wygląda na pogodzonego; już dobrze wie, że musi się posunąć, przełamać koronę na pół. Niecały rok wcześniej, po przegranym finale na Wimbledonie – jednym z tych naj naj spotkań – jest jeszcze zdziwiony, ledwo maskuje niedowierzanie i głęboki smutek: oto on, pięciokrotny z rzędu mistrz Wimbledonu, przegrywa z już gwiazdą francuskiej mączki, lecz wciąż beniaminkiem na angielskiej trawie. I ten mecz, niezwykły, pięciogodzinny, kończy się o zmierzchu w magicznym nastroju.
W tamtej chwili Nadal dostąpił jasności; spłynęła na niego świetlista łaska, otoczyła go aureola. Obok stoi Federer ze srebrną tacą w dłoniach, wygląda tak klasycznie jak gra; kto by jeszcze nosił stylowy, rozpinany sweterek tenisowy w serek, z wycięciem i rzędem guzików obszytym kolorowym szlaczkiem. Nadal za chwilę z pucharem w ręku jest w swoim wielkim apogeum. Promienieje młodością; koszulka bez rękawów odsłania potężne bicepsy; spodenki, owszem, białe, jak nakazuje regulamin, sięgają niżej kolan; długie włosy przepasane opaską dodają uroku, hosanna, narodził się nowy Tarzan. Stylowy jak najbardziej, lecz w stylu jeszcze tu nieznanym.
Style Rafy i Rogera spotkają się dopiero przy pożegnalnym meczu Federera podczas Lover Cup w roku 2022. Są identycznie ubrani, siedzą obok siebie; Federer płacze, trzymają się za rękę jak bracia czy kochankowie, w ich wzruszeniu zacierają się wszelkie różnice. Długo można wpatrywać się w tę fotografię, jest piękna.
Pomnik Nadala na Rolandzie Garrosie
Björn Borg i armada jego następców zwulgaryzowali tenis, wnieśli nową, demokratyczno-podwórkową estetykę. Federer podążył klasyczną linią Pete’a Samprasa, tyle że z modelu punktualnego urzędnika uczynił podręcznikowego artystę: tak powinien wyglądać tenis, gdyby wpisać jego wzór do dziedzictwa UNESCO.
Nadal poszedł jeszcze inną drogą. Na polonistyce powiedziałbym: derridiańską; sąsiadom po politechnice – fizykalną. Zdekonstruował do końca oba uderzenia, forhend i bekhend, wykorzystał inne prawa fizyki. Zradykalizował ostatecznie hiszpańską szkołę tenisa, która zmieniając uchwyty, czyli sposób trzymania rakiety przy uderzeniu, oraz zmieniając tym samym trajektorię zakreślaną przez rakietę (słynna pętla, zwana też „lassem” przy forhendzie; pomnik Nadala już postawiony na kortach Rolanda Garrosa przedstawia go w trakcie jego wykonywania), doprowadziła top spin do niespotykanej wcześniej postaci. Uczyniła z niego narzędzie śmierci na kredyt, przez tortury.
Uderzenie topspinowe Nadala nie zabijało od razu, lecz powoli sączyło truciznę. Jak wyznał jeden z obecnie czołowych graczy, Norweg Casper Ruud, bekhendy Djokovicia, Zvereva i innych światowych liderów to po prostu bardzo dobra profeska, ale wszystkie są do siebie podobne; natomiast bekhend Rafy był jak alien nadlatujący nie wiadomo skąd i zadający nieprzewidywalne ciosy. Aż do skutku.
Lecz ostatecznie nie szczegóły techniczne są tutaj istotne. Nabierają one wagi dopiero w połączeniu z dzikością serca.
Nadalowi raz ośmieliłem się mieć coś za złe. Nawet wielbiąca go publiczność australijska – rok 2014, finał Australian Open ze Stanem Wawrinką, drugim szwajcarskim wirtuozem jednoręcznego bekhendu – nie wiedziała, jak się zachować, postawiła na buczenie. Nadalowi nie szło, cierpiał na korcie, wyraźnie coś mu dolegało.
W drugim secie przerwał grę, fizjoterapeuta zaciągnął go do szatni, wrócił. Już nie bardzo grał, człapał, ledwo się poruszał, albo tylko zrywami. Aż się prosiło o krecz. Wawrinka był w kropce, w końcu z inwalidą nie wypada grać na całego. Z tego wszystkiego po wygraniu dwóch setów przegrał trzeci, bardziej z irytacji powstałą sytuacją niż w wyniku odrodzenia Rafy. Odrodzenie okazało się pozorne; ostatniego seta Wawrinka łatwo wygrał.
Było mi go żal; Nadal wepchnął go na minę, każde zwycięskie zagranie zdawało się nietaktem, którego pod groźbą porażki nie można było nie popełnić. Rafa powinien od razu zejść z kortu, myślałem, i oszczędzić wszystkim takiej operetki. Jego błąd. Ale może mój?
Nieagresywna żarliwość tenisowego mistrza
Rzecz bowiem w tym, że Nadal nie schodził z kortu. Bardzo szybko wprowadził cierpienie jako ważną część składową wizerunku. Nigdy się nie poddawaj, choćby za cenę najgorszego bólu. Miał 25 lat, kiedy wychodziła jego autobiografia spisana przez angielskiego dziennikarza Johna Carlina (2011). I mając tych 25 lat na karku, ciężar nieznośny, od razu powiadamiał, że jego ciało dochodzi do granic nadludzkiej wręcz wytrzymałości i że na tym poziomie gry nie ma dla ciała pardonu.
Z kolanami Nadal miał zawsze źle, później rozwinęła się rzadka choroba, zespół Muellera i Weissa (powstrzymanie dopływu krwi do śródstopia), co wymagało przedmeczowych zastrzyków w lewą stopę, Tarzan trafiał na rafę i zamieniał się chwilami w Frankensteina. Ale dawał radę, ciągnął uparcie po swoje w wewnętrznym castingu do filmu „Nieśmiertelność”.
Po ostatnim tryumfie nad Casperem Ruudem na Rolandzie Garrosie (2022) najlepszy wiralny mem wideo rozgrywa się bodaj w roku 2040. Nadal ma długą i obfitą brodę starca Zosimy, a cała reszta memu to po prostu jego autentyczna wypowiedź z konferencji prasowej po rzeczonym błyskawicznym zwycięstwie: zagrałem dobry tenis, bardzo się cieszę z kolejnego trofeum, do zobaczenia za rok.
Niestety nie doczekaliśmy się, powrócił, by dostać lanie od Zvereva w roku 2024, lecz i tak wszystko gotowi byśmy mu wybaczyć, i tę powiększającą się łysinę rujnującą obraz niepodlegającego czasowi atlety, i utraconą przystojność, i te coraz częściej nietrafione piłki, i te narastające objawy psychosomatyczne.
Jednak wieloletni upór, by nie odejść, jak to się powiada, w glorii i chwale, by zmuszać kolana do uginania się, a stopy do szpagatowych wykroków, tylko wzmacniał wizerunek Rafy.
Nadal poszedł do końca swojego przeznaczenia, sponiewieranie mistrza nie świadczyło w jego przypadku o słabości, lecz opowiadało o zawsze tragicznych dziejach ludzkiego ciała. I opowiadało o tym, że miłość do tenisa, do wstępowania w ceglastą, trawiastą czy betonową świątynię prostokąta, jak każda prawdziwa miłość, nie może dezerterować po drodze.
Więc spytajmy ponownie: skąd to powszechne uwielbienie dla Nadala? Odpowiada Darren Cahill, jeden z najbardziej cenionych trenerów tenisowych: „Nadal posiadał każdą cechę, jakiej życzyłbyś sobie dla własnych dzieci, gdyby starały się naśladować sportowca. Życzliwość, szacunek, pracowitość, lojalność, hojność, wiarę i gotowość do walki o każdy punkt. Wzór do naśladowania, inspiracja dla każdego pokolenia i legenda wszech czasów”.
Podobnie to ujął parę miesięcy temu Gerald Marzorati, komentator „New Yorkera”: „Wniósł do gry odrębny temperament, zaciekłą rywalizację bez śladu gniewu czy urazy; rozważną dzikość (...) Jego zapał przywiązał go do tenisa, a nas do niego”.
Tak właśnie: nieagresywna żarliwość. Czyż nie jest to ideał, jaki by się chciało osiągnąć? Wczepić się od stóp do głów w materię życia, bez żadnego zawahania, bezwarunkowo, i nie szkodzić przy tym nikomu. Być sam na sam z tą wyzywającą i wzywającą masą trwania, przed którą nas od urodzenia postawiono, wyrzeźbić w niej swój kontur. Siłą woli, odnajdując w sobie iskrę bożą, idąc w nieodparte.
Nikt nie ma wątpliwości, że Rafael Nadal – jeden z ostatnich przewoźników znicza na ceremonii otwarcia paryskiej olimpiady – trafił do drużyny absolutnie najwybitniejszych sportowców w dziejach, i to w najpopularniejszej obok futbolu dyscyplinie. Jest też prawdopodobnie fajnym człowiekiem z krwi i kości, tak na co dzień; w każdym razie bardzo wiele na to wskazuje.
Lecz jest jeszcze kimś więcej. Stworzył dla nas emblematyczną postać, kształt, który możemy wypełniać własnymi wyobrażeniami o spełnieniu i świetności bycia. Mało komu to się wcześniej udało.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















