W marcu 1966 r. w wywiadzie prasowym John Lennon powiedział: „Jesteśmy popularniejsi od Chrystusa”. I się zaczęło: w wielu miastach amerykańskiego Południa, na wezwanie pewnego dziennikarza, zapłonęły stosy płyt do niedawna wielbionego zespołu The Beatles. Lennona okrzyknięto antychrystem, a w Beatlesach rozpoznano agentów Kremla.
Kaznodzieja David Noebel, niewiele zresztą starszy od Lennona, wyrychtował dziełko „Komunizm, hipnoza i Beatlesi”. Celem Beatlesów, ostrzegał, jest „doprowadzić nasze dzieci do obłędu, zrobić z nich moralnie zdegenerowanych Amerykanów, którzy sami wywieszą czerwoną flagę na naszym niebie”.
Ironią historii jest to, że nie minęło dwadzieścia lat, a w Beatlesach ujrzano tych, którzy swoją muzyką komunizm obalili. Wypowiedź Lennona nie zrobiła wrażenia w Anglii, przedrukowana w Stanach wywołała skandal. Ze Stanami zjednoczyły się w oburzeniu tak świetliste państwa jak rasistowska Południowa Afryka i frankistowska Hiszpania; jakby dla przeciwwagi jezuickie pismo „America” ogłosiło, że to, co powiedział Lennon, jest prawdą dobrze znaną każdemu chrześcijańskiemu katechecie.
Lennon zmuszony został do wygłoszenia przeprosin, choć on tylko zdiagnozował świat, w którym bożyszcza pop-kultury zajmują miejsce po zanikających religiach – domy aukcyjne już wtedy wystawiały współczesne relikwie, takie jak kawałki ręcznika hotelowego, którym wycierali się Beatlesi. Zgódźmy się więc: awantura rozpętana po słowach Lennona więcej mówi o fundamentalistach, którzy poczuli się zagrożeni w swojej wierze – i to czym? Wypowiedzią muzyka rockowego. Trudno o dobitniejsze potwierdzenie, że Lennon miał jednak rację.
Kiedy stosy wygasły
Ale czas nie stał w miejscu. Minęło pięć lat, w sklepach pojawia się album Lennona, który otwierają słowa: „Wyobraź sobie, że nie ma raju”. Przyznajmy, takie otwarcie – wizja świata, który jest idealny, bo brak w nim czegoś, co jest synonimem idealności – to mistrzowskie zagranie. W „Imagine” jesteśmy skutecznie wyrwani ze strefy komfortu. A to zaledwie początek: po raju, Lennon zaprasza do wyobrażenia sobie, że nie ma także piekła, państw, religii, własności, głodu, nie ma wreszcie nic, za co trzeba by zabijać i ginąć. A co jest w zamian: niebo nad głową, braterstwo ludzkości, ludzie żyjący w pokoju, ludzie żyjący dla chwili obecnej.
I co? Tym razem nikt nie wzywał do palenia płyt. Żaden kaznodzieja nie wypichcił broszury demaskującej komunistyczną opcję Lennona. Dopiero po latach utwór zaprzęgnięto do wojen kulturowych, bo tak właśnie – „Wojny kultur” – zatytułowała w 2010 r. swoją książkę Agnieszka Kołakowska, ogłaszając w niej, że „Imagine” to „wizja ostatecznego zwycięstwa totalitaryzmu na skalę światową”.
To, że po słowach „Wyobraź sobie, że nie ma religii” nie zapłonęły jednak stosy, uznajmy za świadectwo tego, jak bardzo w ciągu pięciolecia przeobraził się świat. Powodem – coraz powszechniejsza świadomość różnic światopoglądowych i zgoda na ich publiczne artykułowanie. Słuchaniu „Imagine” towarzyszyło już przekonanie, że ktoś, kto śpiewa „Nie ma religii”, korzysta z wolności wypowiedzi takiej samej jak ten, kto śpiewa „Chrystus królem” – z punktu widzenia społecznej prawomocności między statusem jednej i drugiej wypowiedzi nie ma różnicy. Jeśli można powiedzieć jedno, to można powiedzieć i drugie.
Temu, że świat w krótkim czasie tak bardzo się zmienił, przysłużyli się sami Beatlesi. Dwa lata po słowach o Chrystusie Beatlesi otwierają swój „Biały album” utworem „Wracamy do ZSRR”, bo tam… moskwiczanki porywają do tańca. Naiwność? Opcja sowiecka? Kremlowska agentura? Nie, to oczywista prowokacja tricksterów z Liverpoolu, zważywszy, że utwór jest parodią przeboju Chucka Berry’ego „Wracamy do USA” sprzed dziesięciu lat.
Władza dla ludu
Po rozpadzie Beatlesów Lennon nagrywa swój najlepszy album, dzieło bez precedensu w historii muzyki rockowej, „Plastic Ono Band”. Wygłasza swoje anty-credo, wyliczając wszystko, w co nie wierzy: nie wierzę w magię, Biblię, tarota, Hitlera, Jezusa, Kennedy’ego, Buddę, mantrę, (Bhagavad) Gitę, jogę, Elvisa, Zimmermana (czyli Boba Dylana), a w końcu – w Beatlesów. Bulwersować może miejsce, w którym pada imię Chrystusa, w sąsiedztwie Hitlera i Kennedy’ego. Czy Lennon zrównuje te postaci? Nie sądzę, lista mówi o utraconej hierarchii i miszmaszu naszych bogów, o przypadkowości i homogenizacji współczesnej kultury. Można by się było spodziewać, że za ten song już nie płyty Lennona, ale sam pieśniarz trafi na stos. Tymczasem nic takiego się nie zdarzyło. Lennon zaśpiewał, album się sprzedał.
Na tej samej płycie znajdziemy balladę „Proletariacki bohater”, w której Lennon przypomina, skąd się wywodzi. Jestem z klasy robotniczej, oświadcza, i jako proletariusz mówi do proletariusza: „odurzają cię religią, seksem, telewizją, aż wydaje ci się, żeś bystry, bezklasowy i wolny, choć wciąż z ciebie pieprzony burak”. Ten ostatni epitet jest w oryginale silniejszym wulgaryzmem, ale nie o niego tu chodzi; obrazą mogłaby być ta służąca do odurzania, utrzymująca podziały klasowe religia, z tym, że – znowu – nikt przeciw tej pieśni wieców nie zwoływał.
Mimo że polityczności Beatlesów bliżej było do anarchistycznej błazenady, na przełomie dekad Lennon wyraźnie, choć na krótko, się radykalizuje. Wyłania się wtedy Nowa Lewica, krytyczna wobec radzieckiego komunizmu, w studentach widząca rewolucyjny potencjał, gotowa sprzymierzyć się z młodzieżowymi subkulturami, w tym z kulturą rocka. Jej bohaterami, obok Che Guevary, stają się na przykład Rolling Stonesi, których, głównie wskutek takich ich nagrań, jak „Street Fighting Man”, winduje się na pozycje rewolucyjnych sprzymierzeńców (a Jean-Luc Godard kręci o nich film).
Lennon zbliżył się do niej towarzysko i politycznie, biorąc udział w protestach i nawiązując bliską znajomość z Tarikiem Alim, czołowym działaczem brytyjskiej Nowej Lewicy. W lewicowości Lennona nie było nic z koniunkturalizmu, była ona pochodną jego robotniczego rodowodu. To dlatego śledził z uwagą i wspierał strajk szkockich dokerów, to z tego powodu zainteresował się nacjonalizacją przemysłu (rozważał wyjazd do Jugosławii, by przyjrzeć się tamtejszemu systemowi).
Nagrany w tym samym czasie, co „Imagine”, a zainspirowany rozmowami z Alim song Lennona „Władza dla ludu” był hymnem skomponowanym z myślą o demonstracjach. Tu Lennon nie odmalowywał utopijnego świata marzeń, ale szkicował scenariusz rewolucji, wzywał robotników do wyjścia na ulice, a „braci i towarzyszy” pytał o to, jak traktują w domu swoje kobiety. W następnym roku nagrał album złożony z samych politycznych songów, w których darował sobie poetyzowanie, waląc prosto z mostu, a to, że „Angole to łajdaki, dokonują w Irlandii ludobójstwa”, a to znów, że „Angela Davis jest jedną z miliona więźniów politycznych na świecie”. Płytę zdobi fotomontaż, na którym – „wyobraź sobie” – nagi Mao z nagim Nixonem szaleją w tańcu.

Ukojenie
Na tym tle polityczne przesłanie „Imagine” zaskakuje łagodnością. Lennon nie wzywa do wyjścia na ulice w celu realizacji wyśpiewanej utopii. Jego głos kieruje nas w stronę krainy snów, którą symbolizują chmury nad jego głową z okładki płyty. W uroczystości otwarcia tegorocznych igrzysk olimpijskich scena z „Imagine” była bodaj najbardziej zachowawczym elementem widowiska. Jego zaśpiewanej na Sekwanie wizji daleko było do radykalizmu dionizyjskiej orgii, obrazoburczej wieczerzy, zgilotynowanej Marii Antoniny, nawet do Orlińskiego, żeniącego breakdance z muzyką baroku. „Imagine” oferował ukojenie.
Obraz świata bez religii, bez granic, bez własności jest w „Imagine” na tyle daleki od jakichkolwiek doktryn, by w jednym wywiadzie Lennon mógł przyznać, że „wzorcem dla niego był chrześcijański modlitewnik”, gdzie indziej, że przesłanie pieśni „nie różni się od wymowy Manifestu Komunistycznego”, a przy innej jeszcze okazji, że to jednak „pieśń dla dzieci”.
W każdej z tych wypowiedzi miał rację, mówimy bowiem o literaturze, a nie o programie partyjnym. Aktywizm polityczny tamtej dekady uznawano często za przejaw działalności twórczej, do tego stopnia, że zacierała się granica między sztuką a polityką. Joseph Beuys mówił o swoich akcjach politycznych, że to „rzeźba społeczna”. Charakterystyczne, że pierwotną inspiracją dla „Imagine” była konceptualna poezja Yoko Ono, wiersze jak rękawica rzucona wyobraźni: „Wyobraź sobie, że skraplają się chmury. / Wykop dołek w ogródku, / niech się w nim pomieszczą”, „Słuchaj dźwięku obracającej się Ziemi”, „Postaw pod kapiącą wodą kamień. Dzieło jest ukończone, kiedy krople wyżłobią w kamieniu dziurę”. Nie byłoby „Imagine” bez konceptualizmu.
Na pewno nie byłoby go też bez tego pobudzenia, jakim był rok 1968, a zwłaszcza wydarzenia w Paryżu – w słowach Lennona słyszę bowiem echa haseł wypisywanych wówczas na murach, które potem przejęła kontrkultura: „Moje pragnienia uznaję za rzeczywistość, bo wierzę w rzeczywistość moich pragnień”, czy głośne „Bądź realistą, żądaj niemożliwego”. Przypomnę, że w te majowe dni studenci paryscy, maszerując, skandowali przechwycone od leninowców hasło: „Cała władza w ręce wyobraźni”. Stąd tylko krok do „Imagine”.
Polityczność Lennona zawsze miała w sobie twórczy element gry, performansu, klaunady. Od zawsze cieszył się on reputacją najbardziej zrewoltowanego Beatlesa. Jego wypowiedzi były jednak podszyte kpiną, nie występował przeciw systemowi z programem politycznym, interesowało go rozsadzanie systemu błazeństwem. Na koncercie Beatlesów, na którym stawiła się brytyjska arystokracja, Lennon wyrzucił z siebie słynny dziś komentarz: „Wy, którzy siedzicie w tanich rzędach, klaskajcie, reszta niech grzechocze biżuterią”.
Dlatego nie można czytać wprost jego „All You Need is Love”, tego hymnu dzieci kwiatów: absurdalne, bo tautologiczne słowa kolejnych zwrotek, a przede wszystkim zapętlona końcówka utworu odtwarzająca efekt zaciętej płyty, jest najjaskrawszym przykładem dystansu, jaki Lennon miał do powtarzanych bezmyślnie sloganów. Według podobnej formuły Lennon stworzył „Give Peace a Chance”, z antywojennym przesłaniem, które, powtarzane do znudzenia, demaskuje własną banalność, ujawniając zarazem stadne zaślepienie idących za wodzem wyznawców. A gdyby ktoś tego nie dostrzegł, Lennon nafaszerował pacyfistyczną mantrę rapowaną logoreą: „wszyscy tu gadamy o rewolucji, ewolucji, masturbacji, flagellacji, regulacji, integracji, medytacji, Oenzecie, ecie-plecie”.
Areszt dla prosiaka
Bo Lennon nie był prorokiem kontrkultury, ale jej błaznem. Nie był rewolucjonistą, ale dywersantem. Jego karnawałowa polityczność współgrała z działalnością post-hippisowskiego nurtu kontrkultury, zwanego yippies. Po przyjeździe do Ameryki Lennon zaprzyjaźnił się z dwoma jego liderami, z Jerrym Rubinem i Abbiem Hoffmanem, autorem książki pod wymownym tytułem: „Rewolucja dla hecy”. To im przypisuje się autorstwo performansów, będących kamieniami milowymi amerykańskiej kontrkultury, takich jak próba doprowadzenia Pentagonu do lewitacji czy nominacja prosiaka na kandydata w wyborach prezydenckich.
W tej błazenadzie nie doszukujmy się radosnego eskapizmu – Rubin i Hoffman stanęli przed sądem, dostali po pięć lat więzienia. Strategia yippisów zakładała, że jakakolwiek dyskusja z systemem byłaby jego legitymizowaniem, oznaczałaby przejęcie języka polityki, którą się przecież po całości kontestuje. Wobec błazenady system mógł zastosować tylko przemoc, a przemoc walcząca z błazenadą sama stawała się błazenadą, jak wtedy, gdy policja zaaresztowała kandydującego na fotel prezydencki prosiaka.
Taka polityczność zawdzięczała wiele holenderskim provosom, anarchistycznej grupie, która postulowała pomalowanie rowerów na biało, by nikt się do swojego pojazdu za bardzo nie przywiązywał. Nietrudno dostrzec, że w innej epoce i w innym kraju stała się inspiracją działań Pomarańczowej Alternatywy. „Imagine” Lennona bez tych kontekstów traci sens, bo choć pozbawiony elementów zgrywy, jest – jak wiersze Yoko Ono, białe rowery provosów czy lewitacja Pentagonu – zaproszeniem wyobraźni do eksperymentu, nadzieję na rewolucję widząc w wytrąceniu nas z myślowych kolein.
Na Gwiazdkę 1971 roku Lennon wypuścił w świat antywojenną kolędę, w której śpiewał: „Wojna się skończy, jeśli tego chcesz”. Spotyka się tu z George'em Orwellem, który ponad trzydzieści lat wcześniej zapewniał, że „niesprawiedliwość ekonomiczna zniknie natychmiast, jeśli tego chcemy”. Jeśli tego chcemy, możemy wyczytać z songu Lennona i pism Orwella treści mobilizujące nas do zmiany społecznego ładu. Jeśli tego chcemy, możemy też pozbawić ich teksty politycznego znaczenia, niech się kręcą jak zacięta płyta. Pacyfistyczną pieśń „Revolution” zaprzęgnięto do pracy w reklamie butów Nike, a Wielki Brat stał się tytułem jarmarcznego widowiska w komercyjnej telewizji.

Przypadek Orwella
Był w literaturze anglojęzycznej pisarz niewątpliwie polityczny, którego dziedzictwo przejęli wszyscy: radykalna lewica, zachowawcza prawica i kwietystyczne centrum. To, że stał się bohaterem wojujących ze sobą obozów, wzięło się nie tylko z selektywnego czytania jego dorobku. Jego pisma długo poznawaliśmy w przekładach tłumacza identyfikującego się z prawicą, niedawno zaś dostaliśmy przekłady tych samych utworów dokonane przez tłumacza związanego z lewą stroną, który swój cel określił jasno: przywrócić George’a Orwella – bo o nim tu mowa – lewicy.
Choć Orwell uważał się za socjalistę, sposób, w jaki o socjalizmie pisał, pozwalał prawicowym odbiorcom przymykać oko na to trefne słowo i brać pisarza na sztandary. Mało tego, w Orwellu, który niejednokrotnie wyrażał swoją niechęć do religii, niektórzy – a wśród nich nie byle kto, bo choćby taki Auden – widzieli uosobienie chrześcijańskich cnót.
Przypadek Orwella jest dla mnie dowodem na to, że polityczność nie jest trwałym wymiarem dzieła, ale jego lektury. Dopiero podczas aktywnego czytania dzieło wiąże się z konkretnymi kontekstami historycznymi i politycznymi: dlatego „Rok 1984” jest w Polsce powieścią antykomunistyczną, a na Zachodzie niekoniecznie. Tak jak „Jądro ciemności”, w Polsce do niedawna uznawane za dzieło antykolonialne, widziane z perspektywy czytelnika afrykańskiego, np. Chinuy Achebego, jest przykładem rasizmu. Sam utwór tylko nakreśla w ogólnych zarysach pole interpretacyjnych możliwości, a jego konkretna wymowa jest aktualizacją tych możliwości, a więc czymś, co wynika ze zmieniających się historycznie uwarunkowań lektury. W ostatecznym rozrachunku polityczność jest wyborem – naszym, a nie autora.
W przypadku Orwella tak różnym odczytaniom przysłużyły się także nieostra terminologia i odrębne tradycje polityczne. Socjalizm w Anglii ma własną historię, rozwijał się w wysokim stopniu niezależnie od europejskiego. Był to socjalizm z gatunku bezdefinicyjnych, intuicyjnie rozumianych. To, co z naszej perspektywy miałoby być tożsamościową cechą socjalizmu, na przykład społeczna własność środków produkcji, rzadko kiedy się w tej odmianie pojawiała. Ważniejsze były tak precyzyjne kryteria, jak „zwyczajna przyzwoitość” – ulubiona definicja socjalizmu serwowana przez Orwella. Jeśli Orwell w ten sposób go definiował, to co się dziwić, że kochają go i z lewa, i z prawa, i ze środka?
JERZY JARNIEWICZ jest poetą, tłumaczem i literaturoznawcą. Laureat Literackiej Nagrody Nike w 2022 r. za tom „Mondo cane”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















