Więcej niż złoto

„Wiedźmin” stał się pierwszym polskim superproduktem kulturowym z prawdziwego zdarzenia – franczyzą taką jak „Gwiezdne wojny”. Walka o wiedźmińskie prawa toczy się więc na poziomie dotychczas u nas nieznanym.

20.11.2018

Czyta się kilka minut

„Wiedźmin 3”, 2015 r. / MATERIAŁY PRASOWE CD PROJEKT
„Wiedźmin 3”, 2015 r. / MATERIAŁY PRASOWE CD PROJEKT

Piwa – rzekł nieznajomy. Głos miał nieprzyjemny. Wytarłem ręce o płócienny fartuch i napełniłem gliniany kufel. Nieznajomy nie był stary, ale włosy miał prawie zupełnie białe. Nosił krótko przystrzyżony wąs, okulary w cienkich drucianych oprawkach i charakterystyczną kamizelkę. Jak gdyby właśnie wrócił z połowów suma. Pomyślałem wtedy, że w tej całej sprawie będzie jeszcze jakiś haczyk.

Miałem rację.

Tamci młodzi siedzieli naprzeciwko i opowiadali mu o swoim pomyśle na grę. Mówili z zapałem, ale też z wyraźnym podziwem dla człowieka, co wymyślił świat, w którym spędzili tyle niezwykłych godzin. Wymyślanie światów to w końcu poważna sprawa.

Nieznajomy wysłuchał ich spokojnie, kiwając głową w udanym skupieniu i zadał kilka zupełnie nieistotnych pytań. Widać było, że na grach komputerowych zna się jak ork na systemie podatkowym. Słyszałem zresztą potem na własne uszy, jak chełpił się, że nie zna nikogo, kto by w nie grywał, bo obraca się wśród ludzi inteligentnych. A zresztą może wcale nie słyszałem? Może tylko mi opowiadali?

Pamiętam natomiast doskonale, że zażądał wtedy 35 tysięcy.

„Dajcie mi moje pieniądze z góry! – wołał. – Co do szeląga! A potem róbcie sobie, co chcecie”.

Tamci pokiwali głowami, powiercili się na ławach i widać było, że są zdziwieni. Ale ostatecznie chyba doszli do porozumienia, bo z karczmy wszyscy wychodzili zadowoleni. I tylko ja zostałem z poczuciem, że z tych całych targów będą jeszcze kłopoty.

Opowiem wam zresztą wszystko po kolei. Siądźcie wygodnie i zamówcie po kuflu piwa, bo to materiał na dłuższą historię. Opowieść nie o jednej transakcji czy nawet jednym człowieku, ale o nowych formach wojny starej. Walki, która toczy się nie tylko o złoto, ale także o waluty znacznie od tego kruszcu cenniejsze: o szacunek i władzę nad wyobraźnią. Posłuchajcie!

Człowiek, który nadszedł z północy

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej.” Nigdy tych słów nie zapomnę. Nie tylko zresztą ja. Kiedy Amerykanie z Netfliksa kupili prawa do serialu, na swojej stronie umieścili właśnie to jedno zdanie. Tyle wystarczyło. Ale po kolei.

Aż trudno uwierzyć, że od wydrukowania tych słów, otwierających pierwsze opowiadanie Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie, mijają właśnie 32 lata. Od tego czasu dojrzał i zmienił się ich bohater – Geralt z Rivii, ale przede wszystkim zmienił się świat, w którym każdy z nas stacza codzienne boje z potworami. Po gościńcach grasują dziś inne monstra niż przed trzema dekadami, inne są na nie sposoby i inne stawki. I tylko ludzie się nie zmienili. Wciąż pragną złota i szacunku.

Zaczęło się więc od krótkiego opowiadania napisanego na konkurs „Fantastyki”. Jego bohaterem był tytułowy wiedźmin – specjalista od zabijania potworów, który przyjmuje zlecenie na odczarowanie przemienionej w strzygę księżniczki. Ot, kawałek zgrabnie uszytej prozy, na który wtedy nikt nie zwrócił baczniejszej uwagi. Tekst Sapkowskiego zajął w konkursie dopiero trzecie miejsce. Ale to było ziarno, z którego wykiełkowała legenda.

Początkowo Geralt grasował właśnie na kartach opowiadań, które miały zwykle formę zmyślnych parafraz znanych wszystkim baśni. Oto, na przykład, wiedźmin napotykał królewnę Śnieżkę stojącą na czele bandy siedmiu bezwzględnych gnomów, cwanego szewca czyhającego na życie szlachetnego smoka albo małą syrenkę, która namawia księcia, by – jeżeli ją kocha – okazał trochę poświęcenia, przemienił się w trytona i zamieszkał na dnie morza. Wspólnym motywem było igranie z oczekiwaniami czytelnika i budowa świata, w którym ludzie i potwory nie zawsze są tym, czym się na pierwszy rzut oka wydawali. Szybko się okazało, że opowiadania są dla Geralta zbyt ciasne, a wiedźmiński świat rozwija się w pięcio­tomową epicką sagę, która w latach 90., a więc w pełnym magii okresie transformacji, ustanowiła dla wielu Polaków nowy kanon wyobraźni.

Później, podobnie jak wiele innych przedsięwzięć rycersko-rozbójniczej epoki polskiego kapitalizmu, wiedźmin przeżywa trudniejsze chwile. Nowe stulecie nie jest dla Geralta łaskawe. Ekranizacja w reżyserii Marka Brodzkiego nie spełnia oczekiwań widzów, którym marzyła się produkcja na poziomie „Władcy pierścieni” Petera Jacksona. Zamiast tego dostali dzieło pełne dobrych chęci, z uroczymi kreacjami Michała Żebrowskiego (Geralt) i Zbigniewa Zamachowskiego (Jaskier), a także animowanego komputerowo złotego smoka, którego wszyscy chcielibyśmy czym prędzej zapomnieć. Ot, bolesne przypomnienie, że tu jednak nie jest Hollywood, a budżet ma znaczenie.

Trudno się zatem dziwić Andrzejowi Sapkowskiemu, który – jak można wnioskować z wywiadów i ludowych podań – prawa do gry sprzedał nie za udział w zyskach, lecz za niewielką, wypłaconą z góry kwotę. Lepszy wróbel w garści niż harpia na dachu, jak to mawiają. Wszak świeże było jeszcze bolesne wspomnienie złotego smoka, a do słynnego pisarza zgłosiła się drużyna pełna zapału, ale z minimalnym doświadczeniem. Kto mógł wtedy przewidzieć, że odniosą tak spektakularny sukces? Że reguły gry znów się zmieniły i w Polsce można stworzyć produkcję, która zadziwi Amerykę. Dziś dla milionów fanów na całym świecie wiedźmińskie uniwersum to przede wszystkim trzy części niezwykle popularnej gry komputerowej.


Czytaj także: Dariusz Kosiński: Wiedźmin, heros w kryzysie


Ale i to wkrótce może się zmienić. Od dnia, gdy na Facebooku Netfliksa ukazały się słynne słowa o Bramie Powroźniczej, fani w napięciu czekają na serial z prawdziwego zdarzenia. Z budżetem i efektami specjalnymi, na jakie zasługuje świat Sapkowskiego. W rolę Geralta wcieli się znany z roli supermana Henry Cavill, jego przybraną córkę Ciri zagra Freya ­Allan, która wprawdzie nie ma wielkiego doświadczenia, lecz w oczach wielu fanów ma tę zaletę, że jest biała, o czym więcej zaraz.

Powieści, gry, serial Netfliksa, ale też komiksy, koszulki, figurki, gry planszowe i karciane, a przede wszystkim rzesza oddanych fanów. „Wiedźmin” stał się pierwszym polskim superproduktem kulturowym z prawdziwego zdarzenia – franczyzą taką jak (zachowując wszystkie proporcje) „Gwiezdne wojny” czy Marvelowskie uniwersum superbohaterów. Walkę o wiedźmińskie prawa przenosi to na zupełnie nowy poziom, dotychczas u nas nieznany.

Prawa autorskie

35 tysięcy złotych. Tyle twórca „Wiedźmina” rzekomo wziął za sprzedaż praw kilkanaście lat temu. To faktycznie niewiele w porównaniu z krociowymi zyskami, jakie kolejne części gry komputerowej przynoszą dziś firmie CD Projekt Red.

Ale Sapkowski niedawno podpisał umowę z Netfliksem, więc to raczej nie skrajna bieda i burczenie w żołądku popchnęły go do wysłania do CD Projektu przedziwnego listu. Dokument zawiera żądanie wpłaty na konto autora niebagatelnej sumy 60 milionów złotych, a sformułowany jest tak, jak gdyby pisali go raczej krasnoludzcy kompani Geralta po kilku piwach w karczmie niż prawnicy reprezentujący poważnego literata. Oto mała próbka:

„I my i Państwo zdajemy sobie wszak doskonale sprawę, że samo tylko ujawnienie roszczeń w odniesieniu do praw własności intelektualnej może mieć negatywny wpływ na renomę Grupy, jak również na jej dalszy rozwój. Co dopiero, gdyby dotyczyło to istoty działalności i najważniejszego produktu (...) Możemy sobie jedynie wyobrazić, że negatywne konsekwencje wynikające tylko z tego faktu, że Pan Andrzej Sapkowski nie otrzymał należnego wynagrodzenia, tym bardziej gdyby były połączone z kwestionowaniem ważności umów prawno-autorskich, byłyby tak duże, że same potencjalne straty wartości przewyższałyby zapewne żądania wyartykułowane w niniejszym piśmie”.

Nie wiem, czy dokument został starannie wyklejony literami wyciętymi z czasopism, jak to ma zwykle miejsce w filmach kryminalnych, ale treść nie pozostawia złudzeń. Co do gatunku, jest to klasyczny list szantażysty. Licząc na szybkie załatwienie sprawy, jego autorzy nieco się przeliczyli. CD Projekt, jako spółka notowana na giełdzie, nie miał bowiem innego wyjścia, jak tylko niezwłocznie upublicznić żądania, których zatajanie mogłoby zostać uznane za wprowadzanie w błąd inwestorów. Spór stał się więc publiczny.

Twórcy gry wciąż wypowiadają się o Sapkowskim z największym szacunkiem, licząc na polubowne załatwienie sprawy. „Od zawsze staraliśmy się być w jak najlepszych relacjach z panem Sapkowskim – mówił niedawno Adam Kiciński, prezes CD Projektu. – Nadal nam na tym zależy, bo działamy w ramach tego samego, wiedźmińskiego świata. Oczywistym jest, że z takich ludzkich względów należy dążyć do zgody”.

Sam Sapkowski uzasadnia swoje roszczenia zapisem w ustawie o prawach autorskich i prawie pokrewnym, której art. 44 mówi, że w razie „rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd”. Problem polega tylko na tym, na ile w zasadzie Sapkowskiego uznać można za twórcę „Wiedźmina” rozumianego już nie jako cykl powieści, lecz jako franczyza kulturowa.

Współczesne wielkie franczyzy kulturowe nie są już bowiem dziełem jednego człowieka. Choć wiedźmin Geralt i cały jego świat narodzili się w głowie Sapkowskiego, to dawno utracił on wyłączne panowanie nad stworzonym przez siebie światem na rzecz podmiotów dysponujących prawami do franczyzy.

Podobnie jak George Lucas, który nie tylko nie tworzy wszystkich dzieł osadzonych w uniwersum „Gwiezdnych wojen”, ale też od lat nie śledzi już pewnie znacznej większości z lawinowo przyrastających produkcji rozgrywających się w galaktyce, którą powołał do życia. Lucas jest dziś zaledwie ojcem założycielem „Gwiezdnych wojen”, grając rolę wyłącznie symboliczną. Nie jest już nawet strażnikiem dziedzictwa Skywalkerów, tę godność bowiem od momentu wykupienia praw sprawują spece od marketingu z koncernu Disneya.


Czytaj także: Marcin Napiórkowski: Niech moc powtórzeń będzie z wami!


Czy Andrzej Sapkowski pogodziłby się kiedykolwiek z taką funkcją? Możliwe, że nie, bo oprócz praw autorskich w grę wchodzi jeszcze prawo do uznania, wyceniane w walucie szlachetniejszej niż złoto. W szacunku.

Prawo do uznania

Sapkowski jest nie tylko twórcą wiedźmina, ale także kimś, kogo można by nazwać prawodawcą polskiego fantasy. Swego czasu poświęcił wiele stron nie tylko na opisywanie przygód elfów, krasnoludów i specjalistów od eksterminowania potworów, ale także na refleksję teoretyczną nad ramami gatunku. Gatunku, który – co tu dużo mówić – borykał się i wciąż boryka z opinią literatury gorszego sortu.

Fantastyka spod znaku magii i miecza od lat doskonale się w Polsce sprzedaje. Jej czytanie (o pisaniu nie wspominając) wciąż jednak należy do zajęć wstydliwych, a wiedźmini, czarodziejki i inkwizytorzy nadal nie doczekali się społecznej nobilitacji, jaka dziś jest udziałem chociażby inspektorów, śledczych czy profilerek (kimkolwiek są).

Już w 1993 r. Sapkowski opublikował na łamach „Nowej Fantastyki” manifest „Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach”, w którym nie tylko bezlitośnie szydził z konkurentów i ich manii na słowiańszczyznę, ale też podejmował próbę zdefiniowania tożsamości gatunku. Później przez lata prowadził na tych samych łamach rubrykę „AS z rękawa”, by wreszcie wydać „Świat króla Artura” (1995) i „Rękopis znaleziony w smoczej jaskini” (2001) – dzieła, w których nie tylko tworzy autorski leksykon fantasy, ale też wskazuje (czy wymyśla) jej dumny rodowód w postaci legend arturiańskich.

Z wypisanym przez Sapkowskiego glejtem szlachectwa, fantasy staje się nieco mniej wstydliwe, mniej zakompleksione, zwłaszcza na tle starszej, bardziej uznanej siostry, którą jest w Polsce science fiction. Autor staje się tym samym w oczach wielu Stanisławem Lemem polskiego fantasy – nie tylko patriarchą, lecz także tym, kto podejmuje się na zewnątrz roli rzecznika i ambasadora. Jego pozycja w fandomie (bardzo zresztą specyficznym) nie ma sobie równych. Wydawałoby się, że autor wiedźmińskiej sagi powinien być wrażliwy na krzywdę tych, którym odmawia się prawa do uznania – społeczności wyszydzanej, stereotypizowanej, traktowanej niepoważnie.

Może więc dziwić, że Sapkowski w dokładnie taki pogardliwy sposób wypowiada się od lat o grach komputerowych. Twórca wiedźmina wielokrotnie dawał do zrozumienia, że gry uważa za rozrywkę niskich lotów – zabawę dla ludzi pozbawionych inteligencji i ambicji.

Oczywiście nietrudno dopatrzeć się tu prostego mechanizmu psychologicznego. Oto autor przeświadczony o własnej wielkości, który o tę wielkość latami walczył, czuje się nagle okradziony ze sławy przez młodych twórców gry. Wygląda bowiem na to, że Sapkowskiego szczególnie bolą sytuacje, w których zarzuca mu się korzystanie na popularności gier. Za historią o jednostkowych ułomnościach i ambicjach warto jednak dojrzeć bardziej uniwersalną przypowieść o poszukiwaniu szacunku, przemianie pokoleń i walce o uznanie, którą od dekad toczą kolejne gatunki i formy kultury popularnej.

Co ciekawe, panowanie gier nad wyobraźnią zbiorową umacniają nowe technologie. Żeby funkcjonować w internecie – na niezliczonych portalach, w mediach społecznościowych, a nawet w serwisach plotkarskich – Geralt potrzebuje twarzy. Wszystkim artykułom o prozie Sapkowskiego, nawet tym poświęconym jej wyższości nad komputerową rozrywką, towarzyszą więc obrazy z gry. To się nazywa ironia.

Prawo do reprezentacji, prawo do wyobraźni

Ostatni akt tej barwnej opowieści związany jest już nie tylko z grami, lecz także z rozpalającym oczekiwania serialem Netfliksa. Sejsmografy w całej Polsce odnotowały ostatnio potężne drgania, gdy siecią wstrząsnęła informacja, że Ciri, jedna z najważniejszych bohaterek książki, w amerykańskiej ekranizacji może być... ciemnoskóra. „Dyktatura politycznej poprawności!”, „Niezgodność z historycznymi (!) realiami!”, „Przecież akcja »Wiedźmina« dzieje się w słowiańskim świecie!” – to tylko najłagodniejsze wypowiedzi padające w tym kontekście. Za przykład tych bardziej dosadnych (lecz wciąż wyrażanych cenzuralnym językiem) niech posłuży komentarz anonimowego internauty spod niedawnego artykułu Michała R. Wiśniewskiego z „Gazety Wyborczej”: „Zaczekajmy jeszcze lat kilka – najazd SJW [social justice warrior – MN] niebawem sprawi, że w grach zapanuje parytet płciowy, orientacyjny seksualny, rasowy i religijny. Zatem bohaterką »Wiedźminny 5« będzie transpłciowa Geraltina, którą czar przemienił w kobietę z Geralta, przy okazji przyciemniając karnację. Geraltina będzie wyznawać judeomuzułmanim (!), a jako że są to religie pełne miłości, wrogów pokonywać będzie białymi różami i dobrym słowem. Seks będzie uprawiać z facetami i kobietami, żeby nie było dyskryminacji. No a ponieważ jest trans, więc będzie miała jak...”.

Wizja ciemnoskórej Ciri wzbudziła spore zamieszanie. Ale wbrew temu, co można przeczytać w wielu mediach, nie jest to ani problem nowy, ani polski. Tych, którzy w reakcji na castingowe decyzje Netfliksa chcieliby upatrywać jakiejś eksplozji „polskiej zaściankowości”, odsyłam do debaty, która trzy lata temu rozgorzała w amerykańskiej prasie branżowej.

Zaczęło się od tego, że survivalowa gra komputerowa „Rust” wprowadziła obowiązkowe rasy postaci, których nie dało się wybrać ani zmienić. Tak jak w prawdziwym życiu – tłumaczyli twórcy – jesteś tym, kim jesteś, nie masz na to wpływu. Tysiące graczy nadaremnie wyszukiwało więc w internecie sposobu „jak zmienić kolor skóry w »Rust«?”.

Pod wpływem tej kampanii na nowo rozgorzał (poruszany już wcześniej wielo­krotnie) problem prawa do reprezentacji różnych mniejszości w głównym nurcie popkultury. Kiedy białych graczy, pisali komentatorzy, zmuszamy do gry czarnymi postaciami – chwytają za widły i pochodnie, ogłaszając ludowe powstanie. Ale kiedy gracze reprezentujący mniejszości etniczne muszą wcielać się w białą postać – wszystko jest ok. Bo to przecież tylko gra.

Problem dotyczył też wiedźmina. Tauriq Moosa, dziennikarz gamingowy, opublikował na łamach „Polygon” artykuł, w którym ubolewał, że w trzeciej części gry nie ma żadnej ciemnoskórej postaci. „Tylko nie mówcie mi, że to kwestia historii – przekonywał. – Przecież to zmyślony świat, w którym występują smoki i potwory”. „Ale to świat inspirowany mitologią słowiańską!” – oponowali polemiści (którzy najwyraźniej nie czytali wspomnianego tu „Piroga...”, gdzie Sapkowski szyderczo odcina się od mody na słowiańszczyznę).

I choć serialowa Ciri okazała się właśnie biała jak śnieg, spór będzie zapewne powracał przy okazji innych postaci czy kolejnych odsłon gry. W tej kwestii warto oddać ostatnie słowo Lauren Schmidt Hissrich – autorce odpowiedzialnej za serial Netfliksa. W niedawnym wywiadzie dla „Hollywood Reporter” Hissrich w ten sposób odpowiadała na pytanie o rasowe zamieszanie wokół „Wiedźmina”: „Dlaczego zareagowali tak gwałtownie? Sądzę, że fani naprawdę mają w wyobraźni obrazy tych postaci i nie winię ich za to. Rozumiem problem. To oczywiste, że kiedy czytam moje ukochane książki, wyobrażam sobie postaci w określony sposób. W książce jest kilka linijek opisu Ciri, a ludzie zakochali się w swoich wyobrażeniach na jej temat. Sądzę, że kiedy przychodzę jako autorka i mówię, iż moja wizja różni się od waszej, mogę wystraszyć fanów. Ale wcale nie musi tak być”.

Ostatecznie bowiem najważniejszym prawem franczyzy okazuje się prawo wyobraźni. A monopolu na wyobraźnię utrzymać nie może ani autor, ani ci, którym za duże pieniądze udzieli on oficjalnego błogosławieństwa. Wiedźmin Geralt już dawno stał się własnością milionów fanów na całym świecie. Niektórzy z nich są zapalonymi czytelnikami, inni – graczami komputerowymi. Jedni nie widzą potrzeby mieszania rzeczywistych problemów rasowych do świata, gdzie dyskryminuje się elfy i krasnoludy, inni pragnęliby w swych ukochanych krainach dostrzec postaci takie jak oni, a zdarzają się pewnie i tacy, którzy bagaż rzeczywistych uprzedzeń zabierają ze sobą także do wymyślonych światów. Ale naprawdę fantastyczne wydaje mi się to, że te wymyślone światy potrafią to wszystko pomieścić. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Semiotyk kultury, doktor habilitowany. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl. Autor książek Mitologia współczesna… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 48/2018