Po kilku tygodniach nacisków ze strony polityków Partii Demokratycznej i coraz gorszych notowań, Biden wreszcie się poddał. W niedzielę przed godziną 14 czasu waszyngtońskiego opublikował na platformie X oświadczenie, że kończy kampanię. Pół godziny później w kolejnym wpisie – opatrzonym wspólnym zdjęciem z wiceprezydentką Kamalą Harris – udzielił jej poparcia jako kandydatce na jego miejsce. Kandydatce, bo nominację Demokratów w walce o Biały Dom przyjmie dopiero osoba wyłoniona przez delegatów podczas ich sierpniowej konwencji.
KONIEC I POCZĄTEK | Rezygnacja Bidena kończy obawy związane z jego szansami na pokonanie Trumpa, ale rodzi też nowe. Aby proces wyłonienia następcy przebiegł gładko, potrzebna jest jedność w Partii Demokratycznej. Pozwoli to uniknąć sytuacji, w której kilkoro kandydatów zabiega o głosy delegatów, a żaden z nich nie zdobywa większości niezbędnej do zabezpieczenia nominacji.
W stronę Harris płyną na razie pozytywne sygnały: poparcia udzielili jej natychmiast dwaj politycy postrzegani jako jej potencjalni rywale w walce o nominację: gubernator Kalifornii Gavin Newsom i gubernator Pensylwanii Josh Shapiro. Kamalę Harris, która ubieganie się o nominację partyjną jako kandydatka na prezydenta ogłosiła oficjalnie dwie godziny po rezygnacji Bidena, szybko wsparli też inni prominentni politycy Demokratów: kongresmeni, senatorowie, wpływowi darczyńcy, a także były prezydent Bill Clinton i jego żona Hillary. Po stronie Demokratów zapanowała wręcz euforia: w ciągu kilku godzin po rezygnacji Bidena na platformie fundraisingowej ActBlue Demokraci zebrali rekordowe ponad 50 mln dolarów.
KALKULACJA | Choć Kamala Harris nie wybiła się podczas swej wiceprezydentury, a przed katastrofalną debatą Bidena z Trumpem miewała gorsze notowania od swojego szefa, jest dziś naturalną faworytką. Lepiej od innych pretendentów wypadała w hipotetycznych sondażowych pojedynkach z Trumpem, a ponadto ostatnie cztery lata spędziła w Białym Domu. Polityczka może też przejąć środki na kampanię Bidena – pieniądze zbierane były bowiem na tandem Biden-Harris.
Według ekspertów 59-letnia wiceprezydentka może być skuteczna w mobilizacji kobiet, Afroamerykanów, a także zwolenników liberalnych przepisów aborcyjnych. Właśnie na tej kwestii Harris skupiała się w ostatnich miesiącach na kampanijnym szlaku – w myśl kalkulacji, że to jeden ze słabych punktów Trumpa po tym, jak sędziowie Sądu Najwyższego – w tym trzej nominowani za jego prezydentury – znieśli federalne prawo do aborcji na życzenie.
WĄTPLIWOŚCI | Jednak nie wszyscy Demokraci stoją murem za Harris, która ma już na koncie nieudaną kampanię prezydencką (wycofała się w grudniu 2019 r., przed ówczesnymi prawyborami). Sceptyczna wobec niej jest progresywna kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez. „Jeśli myślicie, że wszyscy nawołujący Bidena do rezygnacji poprą Harris, to się mylicie. Tu nie ma bezpiecznej alternatywy” – pisała na Instagramie, twierdząc, że słyszy głosy krytyczne wśród darczyńców i partyjnych elit. Uwadze mediów nie umknęły też ostrożne oświadczenia byłego prezydenta Baracka Obamy – choć to być może przejaw chęci zachowania neutralności do czasu sierpniowej konwencji.
Są też inne wątpliwości: czy Amerykanie są gotowi na czarną kobietę jako kandydatkę na najwyższy urząd w państwie. Albo czy będą postrzegać ją jako silną liderkę, zdolną, by stawić czoło wyzwaniom, takim jak konflikty w świecie czy sytuacja na granicy USA–Meksyk. Na tej drugiej kwestii Harris sparzyła się w początkach wiceprezydentury, gdy dostała zadanie współpracy z krajami Ameryki Środkowej, by ograniczyć rekordowy napływ imigrantów z tej części świata. Niewiele z tego wyszło.
O KROK DALEJ | W słabe punkty Kamali Harris uderza już Trump: niedługo po udzieleniu jej poparcia przez Bidena obwinił ją za „największą inwazję nielegalnych imigrantów w historii USA”. Sojusznicy Trumpa uruchomili zaś kampanię reklamową w kluczowych dla wyścigu stanach – Pensylwanii, Georgii i Arizonie. W spotach mają atakować Harris za to, że rzekomo tuszowała pogarszający się stan zdrowotny Bidena.
Zapewne, aby pogłębić chaos w obozie Demokratów, niektórzy Republikanie – w tym spiker Izby Reprezentantów Mike Johnson – nawołują teraz Bidena do ustąpienia także z urzędu. Przekonują, że skoro nie nadaje się do walki o Biały Dom, to także do dalszego sprawowania prezydentury.
„USTĄPIĘ MŁODSZYM” | Joe Biden musi przełknąć gorzką porażkę, największą w swej karierze politycznej. Choć do końca wzbraniał się przed rezygnacją – jeszcze w piątek, niedoleczony po covidzie, zarzekał się, że wróci na kampanijny szlak – został pierwszym prezydentem USA od ponad pół wieku, który zrezygnował z wyścigu. I to na tak późnym etapie kampanii. Znacznie wcześniej, bo pod koniec marca, zrobił to w roku 1968 prezydent Lyndon Johnson. Podjął tę decyzję, gdy po pierwszych prawyborczych starciach zrozumiał, że traci poparcie za sprawą wojny w Wietnamie.
Biden zwlekał niemal do końca – łamiąc zresztą obietnicę z 2020 r., gdy zarzekał się, że nie będzie ubiegać się o reelekcję, bo chce ustąpić miejsca młodszym. Po tym, jak w kwietniu 2023 r. ogłosił swoją kampanię o reelekcję, wielokrotnie twierdził później, iż jest najlepszym kandydatem do pokonania Trumpa.
Dziś prawdopodobnie to Kamali Harris przyjdzie się z tym zmierzyć. Tylko czy Ameryka, która w 2016 r. nie dała prezydentury Hillary Clinton (choć w skali całego kraju dała jej więcej głosów niż Trumpowi), jest na to gotowa?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















