Ostatnio wraca do mnie powtarzana przez Czesława Miłosza myśl: najbardziej charakterystyczną cechą współczesności jest atrofia wyobraźni religijnej. Przy czym nie należy jej automatycznie utożsamiać z konkretną religią. Miłosz szukał jej przecież między Scyllą scjentyzmu a Charybdą fundamentalistycznego, dosłownie interpretowanego chrześcijaństwa.
W obu tych przypadkach rzeczywistość ogranicza się do bezalternatywnie zdefiniowanych formuł, w obu przypadkach staje się jednowymiarowa i pozbawiona tajemnicy.
Nieprzypadkowo „Ziemia Ulro”, jedna z najciekawszych książek Miłosza, dziś aktualna jeszcze bardziej niż w chwili pierwodruku, to próba uchwycenia i opisania „przesilenia romantycznego”, czyli momentu, w którym ów podział zaczął się kształtować.
Czym jest wyobraźnia religijna według Miłosza
Nieco zapomnianymi mistrzami religijnej wyobraźni są tam William Blake i Emanuel Swedenborg, nieortodoksyjni mistycy, którzy usiłowali (bezskutecznie) zapobiec rozparcelowaniu świata i człowieka na domenę rozumu i domenę wiary. Nie trzeba jednak szukać aż tak daleko. Tradycja chrześcijańska obfituje wszak w refleksję zdecydowanie przekraczającą horyzont dosłowności i politycznej militaryzacji.
Filozofia zaś otwiera perspektywy znacznie szersze niż przesąd, jakoby to wyłącznie nauka dostarczać nam mogła odpowiedzi na istotne pytania.
Wszystko to mieści się, jak sądzę, w postulowanym przez Miłosza pojęciu „wyobraźni religijnej”, która stara się symbolicznie objąć całość, nadać jej sens, a może raczej go w niej odnaleźć. W duchu Heraklita – sięgać dalej niż bezpośredniość i naoczność, bo jak słusznie zauważył ten starożytny nonkonformista: „harmonia niewidzialna od widzialnej silniejsza” (przeł. K. Mrówka).
Niestety, tak rozumiana wyobraźnia faktycznie niemal wyparowała z kultury, a w każdym razie jest jej dziś z pewnością jeszcze mniej niż w 1977 r., kiedy ukazała się „Ziemia Ulro”. Nieuchronnie zanika też refleksja na temat dobra i zła, pojęć w zasadzie nieużywanych i zapomnianych, a jeżeli używanych, to najwyżej w sensie czysto pragmatycznym.
Z tego ostatniego powodu wraca do mnie dictum Miłosza. Mam nieodparte wrażenie, że ubogie środki opisu – a zatem rozumienia – meandrów ludzkiego serca i ludzkiej duszy (celowo używam tych słów, nie zaś „sfery emocjonalnej” i „umysłu”), jakimi dziś dysponujemy, sprawiają, że na tle wcześniejszych epok nasze poznawcze możliwości okazują się w tych obszarach wyjątkowo ograniczone. Owszem, psychologia empiryczna, ewolucjonizm i neuronauki rozwinęły się imponująco – a to przecież dopiero początek.
Dowiedzieliśmy się dzięki nim mnóstwo o budowie ludzkiego i nieludzkiego mózgu, o zależnościach w nich zachodzących, o reakcjach i predyspozycjach, które je cechują. Owszem, więcej wiemy też o zachowaniu jednostek i grup, a kontekst ewolucyjny rzuca coraz jaśniejsze światło na rozmaite, wcześniej zmitologizowane czy obudowane przesądami lub półprawdami aspekty zbiorowego życia.
Kwestie, które wymagają wyobraźni religijnej
Czy jednak, wyposażeni w te wszystkie instrumenty, jesteśmy dziś jakkolwiek bliżej odpowiedzi na pytanie o źródło zła? Czy w ogóle myślimy jeszcze takimi kategoriami? Czy neuronauka wnikająca głęboko w strukturę mózgu albo rewolucyjna humanistyka sprowadzająca złożoność ludzkiej natury do ekonomii oraz rozgrywek o władzę i dominację potrafią wiarygodnie wyjaśniać to, co dzieje się dookoła nas – i w nas?
Czy potrafimy przekonać kolejne pokolenia wchodzące w dorosłość, że przemoc, przebiegłość i eksploatacja innych to ślepe uliczki, pomimo swojej ewidentnej uwodzicielskiej atrakcyjności i skuteczności?
Czy umiemy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie mielibyśmy odrzucać przemoc i kult jednostki, a wybierać kooperację?
Albo dlaczego troska o słabszych jest wartością, skoro zewsząd słyszymy, że powinniśmy wciąż tylko się doskonalić, pomnażać swoje zasoby, budować „osobistą markę” i wygrywać?
Dlaczego mielibyśmy rezygnować z dążenia do zysku na rzecz jakichś innych wartości? Czym są pokusy, złe uczynki, zatracenia, zwiedzenia? I co to właściwie dziś znaczy być dobrym człowiekiem? Nie: co to znaczy rozwijać się, realizować swój potencjał, wzmacniać się, spełniać marzenia albo dążyć konsekwentnie do celu – tylko co to znaczy być dobrym człowiekiem? W jaki sposób można nim dzisiaj być?
Bez wyobraźni, w tym także wyobraźni religijnej, nie sposób poruszać tych kwestii.
Jakiego przekazu potrzebujemy
Wiem, usłyszę zaraz, że wystarczy sięgnąć do bogatej współczesnej literatury z dziedziny etyki albo filozofii moralności, bo tam przecież poddaje się je wielorakim oglądom i badaniom. Istotnie, jest tak. Tyle że są to wypreparowane, laboratoryjne rozważania, które nie działają na zbiorowy umysł owładnięty szaleństwem mediów społecznościowych, ideologicznymi wojnami, pogonią za bogactwem, resentymentem podniesionym do rangi cnoty i wieloma innymi współczesnymi odmianami „opium ludu”.
Żeby wyrwać nas z tego transu, potrzebny jest przekaz o stosownej skali, stosownym rozmachu, zdolny zadziałać na masy, przyćmić intensywnością – a przede wszystkim egzystencjalną prawdą – wszystkich współczesnych idoli razem wziętych. Czy jest to w ogóle dziś jeszcze do pomyślenia? Czy potrafimy sobie w ogóle coś takiego wyobrazić?
No właśnie – czy potrafimy to sobie wyobrazić?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















