Co Kościół usłyszał od Polaków. I co Polacy usłyszą od kardynała Rysia?

„I kogo to obchodzi?”: ze wszystkich pytań, jakie wywołała wiadomość o zmianie na stanowisku metropolity krakowskiego, to wydaje się najciekawsze. Pozwala zobaczyć inny kraj.
Czyta się kilka minut
Kardynał Grzegorz Ryś jeszcze jako biskup na Światowych Dnich Młodzieży w Krakowie. Ulica Gołębia 31 lipca 2016 r. // Fot. Grażyna Makara
Kardynał Grzegorz Ryś jeszcze jako biskup na Światowych Dnich Młodzieży w Krakowie. Ulica Gołębia 31 lipca 2016 r. // Fot. Grażyna Makara

Jasne: Kościół katolicki wciąż pozostaje w nim jedną z najpotężniejszych instytucji publicznych, i potęgę tę można mierzyć zarówno statystykami chodzących na niedzielne msze (29 proc., choć są takie diecezje, w których liczba dominicantes przekracza 60 proc., i takie, w których wynosi 17 proc.), jak i majątkiem (sama parafia mariacka w Krakowie, z której proboszczem wojował dotychczasowy metropolita, jest właścicielką kilku kamienic, a do tego hotelu, pensjonatu, ośrodka wypoczynkowo-rekolekcyjnego i sporej liczby gruntów).

Zarazem jednak z ostatniego Narodowego Spisu Powszechnego „wyparowało” w porównaniu z poprzednim 6,6 mln katolików; przynależność do Kościoła zadeklarowało niewiele ponad 70 proc. Polaków.

Jak wynika z badania IBRiS dla PAP, w ciągu ostatnich dziewięciu lat instytucja ta straciła zaufanie blisko jednej czwartej społeczeństwa: obecnie deklaruje je tylko 35,1 proc. Polaków, podczas gdy w 2016 r. było to 58 proc. Odsetek osób deklarujących brak zaufania wzrósł niemal dwukrotnie – z 24,2 proc. w 2016 do 47,1 proc. w 2025 r.; badacze zwracają uwagę, że dynamika tej zmiany należy do najintensywniejszych w dziejach ich sondaży.

Prześniona rewolucja: co Kościół usłyszał od Polaków

Ów spadek widać właściwie wszędzie. Co do mitu o wpływach Kościoła hierarchicznego na polską politykę, dla wszystkich jest już chyba jasne, że stał się on – właśnie – jedynie mitem. W ostatnich kampaniach wyborczych głos Kościoła był w zasadzie nieobecny – jakby nawet tradycyjnie podpierający się jego autorytetem politycy prawicy zrozumieli, że list biskupa czy kazanie proboszcza nie jest już tak skuteczne jak przed laty.

Kuria metropolitalna na ul. Franciszkańskiej 3 i „papieskie okno” zamurowane na polecenie abp. Marka Jędraszewskiego - symbol jego rządów w archidiecezji krakowskiej. Kraków, 10 marca 2023 r. // Fot. Beata Zawrzel / REPORTER

Miniona dziewięciolatka to przecież nie tylko rządy abp. Marka Jędraszewskiego w Krakowie (ten akurat nigdy nie krył swoich politycznych sympatii...). I nie tylko seria wstrząsających opinią publiczną doniesień na temat skali wieloletniego krzywdzenia wykorzystaniem seksualnym oraz systemowego tuszowania przestępstw z tej sfery w Kościele („Tylko nie mów nikomu”, film braci Sekielskich, miał premierę w 2019 r.), a także skandali zupełnie bieżących (orgia na plebanii w Dąbrowie Górniczej odbyła się w 2023 r.).

To także czas, w którym ujawniło się coś, co Jacek K. Sokołowski określił w „Transnarodzie” mianem prześnionej rewolucji seksualnej.

„U progu XXI wieku, zwłaszcza w większych miastach, wspólne zamieszkiwanie bez ślubu, rutynowe stosowanie antykoncepcji i zmiany partnera życiowego stały się zjawiskiem całkowicie normalnym i społecznie akceptowalnym. Co jednocześnie nie przeszkadzało temu pokoleniu tłumnie zjawiać się na niedzielnych mszach”.

Zdaniem Sokołowskiego Kościół przez kilka dekad akceptował dwójmyślenie i nie domagał się od wiernych rygorystycznego wcielania swoich nauk w życie. Ale potem przyszło orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie tzw. kompromisu aborcyjnego, którego istotę autor „Transnarodu” zdefiniował dosadnym skrótem, że kompromisowość „polegała wyłącznie na tym, że aborcja była z łatwością dostępna nielegalnie, zaś oferujący ją lekarze nie byli – mimo obowiązującego prawa – ścigani”.

W trakcie tej dziewięciolatki – dokładnie w październiku 2020 r. – władza PiS i stojący wówczas u jej boku Kościół hierarchiczny spróbowały zakończyć grę pozorów, mówiąc Polakom: „Teraz będziecie konserwatywni naprawdę”. I usłyszały „Wy...ć!”, nie tylko od Polski wielkomiejskiej, ale także powiatowej. Głos ten był naprawdę donośny i został przez polityków wzięty pod uwagę: podczas kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy w 2020 r. próba zogniskowania emocji wokół sporu o osoby LGBT nie przyniosła zysków wyborczych i kandydat wycofywał się z niej rakiem.

Powtórzmy: nie tylko w wielkich miastach to, co głosi Kościół instytucjonalny, przestało mieć znaczenie. Nawet jeśli nie wszyscy kaznodzieje na prowincji zdążyli to zauważyć, zarówno w kwestiach dotyczących etyki seksualnej, jak np. stosunku do migrantów czy relacji polsko-niemieckich, biskupi mówią swoje, a Polacy myślą i robią swoje.

Ależ tak, oczywiście: sednem kościelnego nauczania nie są kwestie obyczajowo-światopoglądowe, tylko dobra nowina o zmartwychwstaniu Jezusa. Problem w tym, że słuchając kościelnych liderów, czasem trudno w to uwierzyć.

Katolickie MAGA: jedyny sukces Kościoła

Miejsce opustoszałe po chrześcijaństwie nie zostało zaanektowane przez rozum, lecz przez myślenie magiczne, astrologię, wróżbiarstwo i tożsamościowe fundamentalizmy – ta diagnoza skłoniła Tomasza Stawiszyńskiego do napisania jednej z najgoręcej dyskutowanych książek ostatnich lat.

„Wraz z pandemią, wojną, perturbacjami politycznymi, rosnącym poczuciem wielopoziomowego zagrożenia tworzy to mieszankę wyjątkowo skomplikowaną i – mam wrażenie – wybuchową. Z całą zaś pewnością pogłębiającą ogólne poczucie dezorientacji, niepokoju i zagubienia, które odzywa się w zarówno zbiorowym, jak i jednostkowym życiu; w natrętnie powracających pytaniach: co robić, za czym się opowiedzieć, w czym upatrywać sensu, gdzie szukać wytchnienia i nadziei?” – czytam we wstępie do „Powrotu fatum”.

„W niepewności – pisze dalej Stawiszyński – chwytamy się rozmaitych kół ratunkowych. Sprawiają one jednak – oto paradoks – że nasza sytuacja staje się jeszcze mniej stabilna. Rosnący popyt na ezoterykę – w najróżniejszych jej wcieleniach: od wróżbiarstwa po specjalistyczne i drogie usługi »programowania przeznaczenia«, od gazetowych horoskopów po »aktywację kundalini« za pośrednictwem Instagrama – jest tego najlepszym przykładem”.

Nawet tworzące się na obrzeżach instytucjonalnego Kościoła dynamiczne ruchy – z popularnymi guru typu ks. Dominika Chmielewskiego, przewodzącego do niedawna tzw. Wojownikom Maryi, czy Grzegorza Brauna, objeżdżającego parafie z filmem „Gietrzwałd 1877. Wojna światów” – wydają się być z tego porządku, również ze względu na pojawiające się w ich przekazie ezoteryczne i antynaukowe, odwołujące się do objawień prywatnych fantazje.

„Doświadczamy podobnego procesu, jaki w USA określa się mianem »katolickiego MAGA«”, pisał kiedyś o tym zjawisku w „TP” Marcin Kędzierski, dodając: „Wspólnota ta ma poczucie własnej siły – wie, że hierarchia boi się i nie ma ochoty interweniować, bo w obliczu pędzącej sekularyzacji może rozwój narodowego katolicyzmu sprzedawać jako sukces Kościoła. Także w sensie ekonomicznym, co nie jest bez znaczenia dla bardzo wielu polskich biskupów”.

Stawiszyński: jaką perspektywę może dać chrześcijaństwo

„Głucha noc, na ulicach ciągle cicho”... Mamy więc z jednej strony kompromitację i kapitulację instytucjonalnego Kościoła, z drugiej zaś klimat, któremu Taco Hemingway poświęcił „Cichoszę”: klimat, w którym „uczy kultura nie mówić o bólu”, w którym „Mój ziomo Boris na życie się targał”, w którym „nie ma Jezusa i nie ma Szatana, a wszystko przemija jak Panta Rhei”.

Kardynał Grzegorz Ryś jescze jako biskup na Światowych Dnich Młodzieży w Krakowie. Ulica Gołębia 31 lipca 2016 r. // Fot. Grażyna Makara

Miasto opisywane przez 35-letniego rapera to już nie jest miasto, w którym „nie ma Mickiewicza i nie ma Miłosza”, o papieżach nie wspominając – jak to z „Cichoszy” starszego o pokolenie Grzegorza Turnaua, do którego Taco Hemingway się oczywiście odwołuje. „Nikt nie rozmawia w tym mieście (nikt) / Płacisz dwie stówy za sesję, (po co?) żeby kłamać terapeucie? / (Potem) kłamiesz ciągle też na necie, żyjesz od dekady w metaversie”.

Stawiszyński uważa, że (cytuję jego niedawny felieton z „TP”) „w społeczeństwach złożonych z coraz bardziej samotnych jednostek, skazanych na współzawodnictwo, zantagonizowanych i permanentnie wzmożonych przez polaryzację i modne ideologie, używanych przez korporacje i polityków do realizacji własnych egoistycznych celów, niezbędna jest perspektywa, która pozwoli na wyjście poza logikę siły i pieniądza, na odbudowę potrzaskanej wspólnoty”.

Jego zdaniem perspektywę tę może dać właśnie chrześcijaństwo, nawet jeśli – żeby wyrazić językiem filozofii to, co Taco Hemingway nazwał językiem rapu – współczesna kultura „podąża raczej za Nietzschem i jego Dionizosem, nie zaś za Chrystusem”.

Ale we współczesnej polskiej debacie ten głos Stawiszyńskiego jest – przynajmniej na razie – osamotniony.

Dlaczego nominacja kardynała Rysia wzbudziła emocje

W świetle opisanego wyżej pomieszania i kryzysu (nazwijmy go z braku lepszego słowa: duchowym), ale też w świetle statystyk, od których zacząłem tekst, można by właściwie uznać, że wiadomość o zmianie lokatora Franciszkańskiej 3 – nawet jeśli mówimy o miejscu, które zamieszkiwali kardynałowie Sapieha, Wojtyła czy Macharski, czyli postaci uważane niegdyś za duchowych i politycznych przywódców tego kraju – powinna być właściwie przyjmowana ze wzruszeniem ramion.

Powinna, ale nie jest: informacje o przeprowadzce z Łodzi do Krakowa katolickiego biskupa klikają się w internecie od dobrych kilku dni, a w mediach społecznościowych huczy od komentarzy.

Prawicowi publicyści tyleż martwią się osadzeniem na historycznej stolicy „patrona liberalnej Polski” (jak określił Rysia Piotr Semka), co składają hołdy abp. Jędraszewskiemu. Publicyści bardziej liberalni cieszą się, że przynajmniej z Krakowa zabrzmi bardziej ludzki głos Kościoła („Gaudeamus! W końcu dobra zmiana w Kościele krakowskim” – pisze Adam Szostkiewicz).

Eksperci od kościelnej instytucji trzeźwo przestrzegają z kolei, że zmieni się tak naprawdę niewiele: w episkopacie Ryś pozostanie głosem mniejszości (wyrazisty przykład sprzed kilkunastu zaledwie dni to niezależna od biskupa i kościelnych struktur komisja ds. wykorzystywania seksualnego nieletnich w latach 1945-2025, powołana przez niego w Łodzi po tym, jak jego koledzy z episkopatu wyhamowali prace nad powołaniem komisji ogólnopolskiej), choć samą nominację uznają za wyraz zaufania kolejnego już papieża dla wychowanego na osiedlu Podwawelskim 61-latka.

Oczywiście trudno abstrahować od tego wymiaru przeprowadzki kard. Rysia, który realnie zmieni relacje międzyludzkie w archidiecezji krakowskiej: na miejsce człowieka odizolowanego od swoich księży, a nawet biskupów pomocniczych, otoczonego dworem zauszników i unikającego dialogu, za to podejmującego decyzje niszczące wieloletnie nieraz zaangażowania, przychodzi ktoś, do kogo dostęp jest łatwy (pod warunkiem, że nie jest w Rzymie; to może być problem, jaki zapewne mieli w Łodzi...).

Być może nowy metropolita nie spełni wszystkich pokładanych w nim nadziei, ale przynajmniej nie będzie łamał kręgosłupów – mówią znawcy tutejszych realiów.

„Jakie pytanie zadałbyś Bogu, gdybyś mógł?”

„Dotychczasowa (bardzo ryzykowna) strategia kardynała Rysia opierała się na przekonaniu, że trzeba spokojnie robić swoje, a zwłaszcza »siać słowo«, rzucać ewangeliczne ziarno – z nadzieją, że wyda ono owoc w przyszłości” – tak Zbigniew Nosowski podsumował sposób funkcjonowania dotychczasowego metropolity łódzkiego „w trudnych układach kościelnej polityki”. „Czy jednak strategia ta okaże się owocna także w szerszym, kluczowym wymiarze: skuteczności sakramentu zbawienia, jakim ma być Kościół?” – zapytał naczelny „Więzi”.

Można to pytanie sformułować prościej albo niekościelnym językiem. Bo może bardziej dojmujące niż fakt, że co drugi Polak patrzy na katolickiego biskupa z nieufnością, jest poczucie – z pewnością podzielane przez dużo większą grupę rodaków – że z ust owego biskupa nie dowie się niczego o tym, jak żyć.

Że jego język – nawet jeśli jasno wskazuje, że sensu, wytchnienia i nadziei można upatrywać w historii Jezusa (dokładnie tej kwestii poświęca zresztą kard. Ryś swój tekst z bieżącego numeru „TP”) – brzmi dla tylu mieszkańców gwałtownie laicyzującego się kraju jak głos z innej planety.

Kiedy półtora roku temu został kardynałem, zamieściliśmy w „Tygodniku” jego obszerny portret. Znalazł się w nim obrazek ze zorganizowanego w Atlas Arenie spotkania ewangelizacyjnego dla młodych, przed którym poprosił łódzkich współpracowników o zrobienie ulicznej ankiety z pytaniem: „Jakie pytanie zadałbyś Bogu, gdybyś mógł?”.

Odpowiedź, wokół której ostatecznie potoczyła się rozmowa, brzmiała: „nie mam pytań do Boga”. Zaczął od przeprosin: „Przepraszam, bo 12 lat uczymy was religii, a w efekcie macie Boga, który jest abstrakcyjnym, teoretycznym pojęciem. Nie wierzę, że nie macie pytań – każdy człowiek je ma. Tylko że wy waszych pytań nie zadajecie Bogu, bo On nie jest w waszym życiu kimś na tyle ważnym, żeby zadać mu istotne pytania”.

Kościół i społeczeństwo: światy równoległe

Wciąż mam przed oczami fotografię, która znalazła się na okładce „Transnarodu”. Zrobił ją jedenaście lat temu telefonem komórkowym Jakub Szymczuk na warszawskim placu Zbawiciela – symbolicznym „zbawiksie”, tym od „sojowego latte”, ulubionego rzekomo napoju lewicowych brodaczy, a z pewnością ulubionego oręża, którym uderzają w nich prawicowi publicyści. Na pierwszym planie młodzi bawią się w kawiarnianym ogródku, ulicą idzie – niezauważana przez nich – procesja Bożego Ciała, a w tle widać niespaloną jeszcze instalację Julii Wójcik.

Fotografia przedstawia światy równoległe. Niekoniecznie nawet agresywnie zwrócone przeciwko sobie, raczej przekonane o niemożliwości i bezsensie spotkania. Jak u początków europejskiego chrześcijaństwa, kiedy Paweł z Tarsu próbował opowiadać zgromadzonym na ateńskim Areopagu o nieznanym Bogu, by usłyszeć wyższościowe „Posłuchamy cię o tym innym razem”.

Nie interesuje mnie polityczne znaczenie powrotu kard. Rysia do Krakowa. Nie patrzę na episkopat jak sowietolog na Kreml: nie zastanawiam się, na ile wzrost jego znaczenia w hierarchii zmieni murszejącą instytucję. Przyznam, że mniej interesuje mnie również to, na ile krakowski Kościół pod jego przewodnictwem stanie się bardziej otwarty, synodalny, wspólnotowy (choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników mojego pisma ma to znaczenie fundamentalne).

Najbardziej mnie interesuje to, co może powiedzieć ludziom, którzy klikali w wiadomość o jego nominacji, nawet jeśli wydawało im się, że nie ma ona najmniejszego przełożenia na ich życie. Co może im powiedzieć o nieznanym Bogu.

Może Stawiszyński ma rację, gdy pisze, że szukamy kół ratunkowych w najróżniejszych miejscach, a mamy je na wyciągnięcie ręki. Pewnie będzie okazja zapytać o to nowego metropolitę krakowskiego – akurat pod tym względem znamy go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie będzie unikał rozmowy, nie tylko zresztą z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 49/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Cichosza