Film „Orły republiki”. Kiedy kino daje twarz dyktaturze

Gwiazdor egipskiego kina dostaje propozycję nie do odrzucenia: ma zagrać urzędującego dyktatora. Wkrótce odkryje, że władza obsadziła go w roli, z której nie pozwoli mu wyjść.
Czyta się kilka minut
Fares Fares jako George El-Nabawi w filmie „Orły republiki”, reż. Tarik Saleh, dystr. Aurora Films // materiały prasowe
Fares Fares jako George El-Nabawi w filmie „Orły republiki”, reż. Tarik Saleh, dystr. Aurora Films // materiały prasowe

Czy bycie aktorem może być – albo czy powinno być – neutralne politycznie? Odpowiedzi są zazwyczaj skrajne. Pierwsza, ta z wulgarnym rozwinięciem i przypisywana Kazimierzowi Dejmkowi, mówi po prostu, że „aktor jest od grania”. Druga wiąże się z różnymi rodzajami aktywizmu uprawianymi przez ludzi kina i sceny – wszak znana twarz potrafi sprzedać wszystko, także szlachetne akcje czy idee. Ale, jak wiemy z różnych odsłon historii, również polskiej i nie tak dawnej, może stać się twarzą opresyjnego systemu. 

„Orły republiki” to właśnie ten drugi przypadek, czyli opowieść o egipskim gwiazdorze, który dostał propozycję nie do odrzucenia: ma zagrać urzędującego dyktatora. I cóż z tego, że nie wygląda jak Abdel Fattah as-Sisi – dla uatrakcyjnienia wizerunku prezydenta to nawet lepiej. Film Tarika Saleha nazywa zatem problem po imieniu, będąc konkretnym i jawnym oskarżeniem politycznym, a zarazem historią trzymającą się kurczowo swoich konwencji. Na przykładzie współczesnego Egiptu, środkami charakterystycznymi dla politycznego thrillera, opowiada o niebezpiecznych związkach kina i władzy. 

Postać gwiazdora o fikcyjnym nazwisku George El-Nabawi też nie została wzięta z wyobraźni. Scenariusz Saleha inspirowany był autentycznym przypadkiem znanego egipskiego aktora, który zagrał obecnego prezydenta w bałwochwalczym serialu. Mamy więc do czynienia z political fiction osadzoną w bardzo realnym kontekście. 

Filmowy George zdaje się zrazu całkowicie apolityczny, czerpiąc garściami ze swej uprzywilejowanej pozycji, jednak rychło przekona się, że bycie „faraonem ekranu” ma także swoją cenę. Idol tłumów, kobieciarz, obyczajowy liberał i raczej kiepski ojciec zbuntowanego nastolatka nie tylko będzie musiał dać swoją twarz wojskowej dyktaturze, rządzącej krajem od 2013 roku. Zostaje wplątany w intrygę, w której stawką jest to, co kocha najbardziej.

Szwedzki reżyser o egipskich korzeniach odtwarza tym samym dobrze znane mechanizmy manipulacji i osaczenia, z inwigilowaniem i szantażowaniem włącznie. W kraju panuje cenzura, pacyfikuje się studentów, rządzi turbonacjonalizm i militaryzm, władza wszędzie węszy spisek. 

Z początku El-Nabawi zdaje się martwić jedynie o swoją karierę i publiczny wizerunek, jakby granie w propagandowym gniocie było jakąś degradacją w porównaniu z kiczowatymi rolami, które grywa na co dzień. Ale kwestia smaku szybko przestaje być istotna. Mimo że żyje w związku z młodziutką aktorką, obracający się teraz w wysoko postawionych sferach rządowych George wplątuje się w erotyczną aferę z żoną ministra obrony. 

Nad głową „faraona” zbierają się coraz ciemniejsze chmury, lecz będzie musiał odegrać swoją rolę aż do końca. W ten sposób Saleh, znany z sensacyjno-kryminalnego temperamentu filmowego, opowiada o konformizmie, jaki rodzi się zwykle tam, gdzie cel uświęca wszelkie środki. I gdzie trosce o własną karierę towarzyszy najzwyklejszy strach o najbliższych. 

To oczywiste, że „Orły republiki”, mówiony po arabsku szwedzki kandydat do Oscara, choć jest ostatnim ogniwem „trylogii kairskiej” Saleha, nie mógł być kręcony w prawdziwym miejscu akcji. I nie chodziło jedynie o antyrządową tematykę filmu. 

Zdjęcia, siłą rzeczy dość generyczne, powstawały głównie w Stambule, bowiem ojczyzna przodków postawiła reżyserowi szlaban, kiedy nakręcił tam „Morderstwo w hotelu Hilton” i w konwencji kryminału pokazywał głęboką korupcję egipskich elit. A złowieszczą postać sługusa systemu, doktora Mansoura, gra w nowym filmie Amr Waked, aktor od dawna przebywający na wygnaniu, skazany w Egipcie na osiem lat więzienia za rzekome sianie dezinformacji. 

Z pewnością nie byłby tam również mile widziany Fares Fares, ulubiony aktor Saleha, znany też z seriali „Westworld” czy „Czarnobyl”. Trzeba przyznać, że ów Szwed libańskiego pochodzenia wciela się w postać starzejącego się egipskiego bożyszcza z iście faraońską charyzmą, a zarazem nadaje jej „zmęczony”, ludzki rys. 

Na planie fikcyjnego filmu „Wola ludu” i w rządowych gabinetach toczy się nie tyle walka bohatera o swoją duszę, ile o podstawowe przetrwanie. George pozna więc ewidentne korzyści wynikające z uległości (można komuś pomóc), jak i nieprzejrzystą naturę całego systemu, w którym sławny aktor ma być tylko statystą w dużo większej „produkcji”. 

Są momenty, kiedy w profesjonalno-pragmatycznym podejściu do rządowego zlecenia pojawiają się przebłyski nonkonformizmu – jak chociażby wtedy, gdy „strażnicy republiki” próbują kontrolować aktorstwo George`a i przestaje tu cokolwiek znaczyć jego gwiazdorski status. Bo przecież „aktor jest od grania…”.

Jednocześnie staje się to gwiazdorstwo dodatkowym brzemieniem, gdy bohater próbuje zaprzyjaźnić się ze swym synem i w rozmowie brzmi tak, jakby przemawiał tekstami ze swych pulpowych filmów. Tyle że psychologia została potraktowana tutaj od sztancy (Saleh to nie Farhadi) i staje się częścią mechanicznego konfliktu między profesjonalizmem a oportunizmem, poświęceniem i resztkami honoru. Takiemu aktorowi jak Fares należało się zdecydowanie więcej do zagrania aniżeli bycie interesującym „twarzowcem”.   

Lecz jeśli nawet brakuje „Orłom” lotności czy drapieżności, to stylistycznie i politycznie starają się nie być kinem, w jakim dał się poznać główny bohater. Szkoda, że film co chwila zatrzymuje się w pół kroku czy raczej rozkroku między obrazem mocno zaangażowanym a trochę staromodną stylizacją na kino szpiegowskie. 

W takim ujęciu groza staje się co prawda bardziej uniwersalna, ale współczesne realia egipskie potraktowane zostały zdawkowo i schematycznie. W tym stosunek wojskowego reżymu do religii – główny bohater jest koptyjskim chrześcijaninem, co akurat nie stanowi problemu, ale władza wyraźnie kontroluje sfery religijno-obyczajowe i zwalcza radykalne Bractwo Muzułmańskie, czemu Saleh poświęcił swój poprzedni, znacznie gęstszy politycznie film, „Chłopiec z niebios”. 

Na szczęście, balansując teraz między umownością a konkretem, potrafi być sprawnym opowiadaczem, w dodatku obdarzonym poczuciem humoru i to zarówno w wydaniu satyrycznym, jak i czysto absurdalnym. Kiedy na przykład okazuje się, że czasem bezpieczniej jest nie mieć znanej twarzy, a Szekspir tak naprawdę był… Arabem.

ORŁY REPUBLIKI („Eagles of the Republic”) – reż. Tarik Saleh. Prod. Dania/Francja/Szwecja 2025. Dystryb. Aurora Films. W kinach.

Tarik Saleh to szwedzki reżyser, producent i dziennikarz pochodzenia egipskiego. W 2005 r. zadebiutował jako współtwórca dokumentu „GITMO – Nowe prawa wojny”. Cztery lata później nakręcił „Metropię”, animowany film SF. Najbardziej znany jest z tzw. trylogii kairskiej, którą prócz „Orłów republiki” tworzą „Morderstwo w hotelu Hilton” (2017) i „Chłopiec z niebios” (2022).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Faraon ekranu