Mundial mimo wszystko. O piłce, której nie da się odebrać

Polityka, komercja, upokorzeni goście, bilety za fortunę – lista zarzutów jest długa. A jednak, gdy brzmi pierwszy gwizdek, wraca pytanie o zachwyt, wspólnotę i marzenie Julesa Rimeta.
Czyta się kilka minut
Meksykańscy kibice przed otwarciem Mistrzostw Świata FIFA 2026. Meksyk, 10 czerwca 2026 r. // Fot. Ryan Pierse / Getty Images
Meksykańscy kibice przed otwarciem Mistrzostw Świata FIFA 2026. Meksyk, 10 czerwca 2026 r. // Fot. Ryan Pierse / Getty Images

Nazywam to „prawem Kupera”. Chodzi o regułę, sformułowaną przez pisarza i dziennikarza „Financial Timesa”, który w swoich książkach i tekstach często wraca do związków futbolu z ekonomią i polityką; regułę, zgodnie z którą ostatnie dwa tygodnie przed mistrzostwami świata przynoszą wysyp tekstów o niemal jednobrzmiącym przekazie, że oto czeka nas najgorsza piłkarska impreza w historii.

Mundial 2026: czy może być gorzej

I nie, żeby Simon Kuper te twierdzenia lekceważył; nie, żebym lekceważył je ja. O tym, ile problemów odsłonił obecny mundial, pisze się i mówi dłużej niż przez ostatnich czternaście dni, a katalog zastrzeżeń jest faktycznie bogatszy niż przy turniejach poprzednich. 

Podczas mundiali w RPA czy Brazylii, w 2010 i 2014 roku, koncentrowano się głównie na skali niepotrzebnych tym państwom inwestycji oraz zysków z imprezy, wywożonych z trapionych wewnętrznymi kryzysami krajów przez FIFA, a w czasie mistrzostw w Rosji i Katarze, w 2018 i 2022 - na sportswashingu, pozwalającym władcom państw-gospodarzy prać swój nienajlepszy wizerunek i ubijać geopolityczne interesy.

Problem korupcji w FIFA bynajmniej nie zniknął, a towarzysząca futbolowi komercjalizacja wydaje się podniesiona do jeszcze wyższej potęgi. Mundial Donalda Trumpa przynosi jednak nowe, nieznane dotąd jakości.

Owszem, wiemy choćby z lektury wydanej właśnie po polsku „Potęgi i chwały. Nieznanej historii mundiali” Jonathana Wilsona, że polityka towarzyszyła mistrzostwom od samego początku, że rozmaici dyktatorzy próbowali ogrzewać się w blasku futbolowych gwiazd - ale zwykle wyglądało to w ten sposób, że witali drużyny przyjezdne z szeroko rozłożonymi ramionami, w przypadku pierwszych dwóch turniejów (organizatorem drugiego był Benito Mussolini) nawet wspierając ich przybycie organizacyjnie i finansowo.

Gospodarz, który nie udaje gościnności

Tym razem o sportswashingu i gościnności nie ma mowy; rządzący Stanami Zjednoczonymi nie próbują nawet udawać, że ktokolwiek jest tu mile widziany; owszem, można powiedzieć, że mundial jest dla Trumpa ważny wizerunkowo, ale jako okazja do przypomnienia światu, że Ameryka znów jest wielka, czyli w tym przypadku może się nie oglądać na towarzyszące zwykle mistrzostwom zobowiązania gospodarza wobec przydzielającej mu prawo do organizacji turnieju światowej federacji piłkarskiej.

Nic to, że poszczególne reprezentacje w sportowej rywalizacji wywalczyły sobie prawo do udziału w mistrzostwach, a kibice z tych krajów chcieliby im towarzyszyć, nic to, że kontynentalne federacje mają prawo wydelegowania na mundial najlepszych sędziów - ostatecznie o wpuszczeniu ich na teren USA decydują amerykańskie służby. Nawet jeśli najlepszy arbiter z Afryki jest Somalijczykiem, a władze afrykańskiego futbolu chcą go wysłać do Ameryki - i tak nie ma tu czego szukać. 

Do filmików z gatunku tych, na których widać piłkarzy Senegalu czy Uzbekistanu drobiazgowo przeszukiwanych na lotnisku po przylocie do USA, przyjdzie nam pewnie przywyknąć. Do faktu, że gospodarz turnieju pozostaje w stanie wojny z jednym z gości, przywyknąć jakoś nie sposób, podobnie jak do upokorzeń, jakie muszą znosić reprezentanci Iranu próbując na mundialu wystąpić - to, że mogą pojawiać się na terytorium USA dopiero w dniu kolejnych meczów, a muszą go opuścić natychmiast po ich rozegraniu, nie ma nic wspólnego z duchem fair play, o równości szans dla rywalizujących ekip nie wspominając.

Wszystko to niesie za sobą komunikat z gatunku tych, jaki musiał przyswoić sobie kilkanaście miesięcy temu poniżany w Białym Domu Wołodymyr Zełenski: „Ameryka znów wielka” to nie Ameryka dyplomacji i szacunku, ale przemocy i siły. Ważne jest to, co przynosi jej zysk; marzenia pomysłodawcy mundiali Julesa Rimeta o świecie pojednanym dzięki sportowi, po upływie stulecia, wydają się po prostu śmieszne.

Kibic zapłaci za wszystko

Chciwość to oczywiście coś, co łączy Donalda Trumpa i prezydenta FIFA Gianniego Infantino. Nawet jeśli - przypominające politykę linii lotniczych - wprowadzenie dynamicznych cen biletów na mecze turnieju może jeszcze obrócić się przeciwko organizatorom, którzy nie bardzo mogą pozwolić sobie na pokazanie światu pustych trybun (podczas ubiegłorocznej przygrywki do mundialu, również zorganizowanych w USA Klubowych Mistrzostw Świata, ceny na ćwierćfinałowy mecz między Chelsea a Palmeiras spadły ostatecznie do nieco ponad 11 dolarów), to przez minione miesiące pozostawały horrendalnie wysokie.

Jeśli zaś jesteś kibicem z dalekiego kraju i udało ci się jednak otrzymać wizę amerykańską (co nie jest bynajmniej oczywiste: nie tylko obywatele pozostającego z USA w stanie wojny Iranu, ale także Haiti, Wybrzeża Kości Słoniowej i Senegalu, na wjazd do USA w zasadzie liczyć nie mogli), musiałeś organizować podróż, ergo: kupić także bilet na mecz, z odpowiednim wyprzedzeniem.

Do cen biletów - zbyteczne dodawać, że jeśli chciałbyś je jednak odsprzedać na platformie FIFA, i ty, i kupujący, musicie oddać FIFA 15 proc. prowizji - wypada doliczyć ceny parkingów: jak podaje BBC, oddalone o kilka kilometrów od położonego pod Los Angeles SoFi Stadium, gdzie USA zagrają z Paragwajem, mają kosztować 300 dolarów, za większe auta w pobliżu Arrowhead Stadium w Kansas City, gdzie rozegrany zostanie jeden z ćwierćfinałów, dobiją do 900 dolarów. 

Nawet za wodę na stadionach, mimo zagrażających zdrowiu kibiców i piłkarzy upałów, trzeba będzie płacić, bo organizatorzy w ostatnich dniach przed turniejem ogłosili, że nie można jej przynieść ze sobą na trybuny (na marginesie dodam, że zawodnicy będą mogli pić w trakcie dodatkowych przerw, ale nie wiem, czy wprowadzono je z troski o ich zdrowie, czy o to, by móc w tym czasie wyemitować dodatkowe reklamy).

Turniej, którego nie da się obejrzeć w całości

Powody do braku ekscytacji mundialem można wyliczać długo, opowiadając o turnieju i przez pryzmat Ameryki Trumpa, i FIFA Infantino, i relacji obu panów, zwieńczonej grudniowym wręczeniem przez futbolowego kacyka politycznemu satrapie pokojowej nagrody światowej organizacji piłkarskiej.

W postaci „łysego z Fify” można skądinąd dojrzeć i to, jak zmienił się świat wokół nas - ów, jak go nazwał Piotr Sadzik, „przymilny akwizytor”, jeszcze cztery lata temu na inaugurację mundialu w Katarze wygadujący jakieś dyrdymały, że czuje się Arabem, Afrykaninem, gejem, niepełnosprawnym, a nawet migrantem zatrudnionym przy budowie stadionu, dziś wygląda raczej na jednego z komicznych z pozoru bohaterów „Przekrętu” Guya Ritchiego, który w świecie pełnym przemocy rychło zaczyna się czuć jak ryba w wodzie. 

Rozbudowanie mundialu do 48 drużyn - niewątpliwie efekt koncesji, jakie ów wszechwładny i nieodwoływalny także dzięki takim zabiegom prezydent FIFA uczynił na rzecz popierających go delegatów z kontynentów dotąd na turnieju reprezentowanych mniej licznie - spowoduje, że nawet osoby ponadprzeciętnie zainteresowane futbolem mogą nie mieć serca do oglądania wszystkich meczów fazy grupowej, Legendarna odpowiedź Pilcha na pytanie „Rzeczpospolitej”, czy obejrzał wszystkie mecze mundialu w Brazylii: „Nie widziałem drugiej połowy Honduras – Ekwador i do tej pory sobą gardzę”, wcielona dziś w życie literalnie groziłaby komplikacjami zdrowotnymi.

A przecież to właśnie jest miejsce, w którym tak naprawdę można zacząć prawdziwą rozmowę o tym, dlaczego dwunastego czerwca o czwartej nad ranem, a czternastego czerwca kilka minut przed trzecią w nocy będę stawiał mokkę na kuchence, by przygotować się do oglądania meczów Czechy-Korea Południowa i Szkocja-Haiti.

Wedle „prawa Kupera” ostatnie dwa tygodnie przed mundialami są najgorsze, ale jak tylko rozlega się pierwszy gwizdek, ciemności zaczynają się rozwiewać. I żeby było jasne: żadne z opisanych wyżej zjawisk nie znika ani nie przestaje być ważne, zarazem jednak wraz ze startem rozgrywek staje się oczywiste, że prawdy o największym karnawale świata nie da się do nich ograniczyć.

I nie, nie będę przekonywał, że karnawały przynoszą pogrążonemu w chaosie światu moment wytchnienia. Nie chodzi też o możliwość oglądania w jednym miejscu i czasie niemal wszystkich najlepszych piłkarzy naszych czasów - niektórych (jak ponad czterdziestoletni już Messi, Ronaldo czy Modrić) po raz ostatni, niektórych, co wydaje się nawet bardziej ekscytujące, po raz pierwszy. Że lista wybitnych selekcjonerów jest w tym roku równie imponująca, co lista zawodników - czyli, że ten turniej może być pasjonujący taktycznie. Że bramki, jakie będą na nim padać, okażą się niebywałej urody. Że faworyt nieoczekiwanie odpadnie, że niewykorzystane karne wielkich gwiazd przypomną znów o idącej pół kroku za geniuszem niedoskonałości.

Tęsknota za pierwszym mundialem

Nie chodzi, mówiąc innymi słowy, ani o prawdę konesera, ani o prawdę nostalgika, ani o prawdę spragnionego sensacji lub rozrywki gapia. Już bliższe rzeczywistości byłoby wspomnienie o prawdzie kogoś, kto odkrywa w sobie poczucie przynależności do wspólnoty narodowej - i kto opowiada ją sobie inaczej niż ruch MAGA, czyli nie gromadząc się wokół własnego totemu, by zagrozić innym. 

Kiedy się spojrzy na te wszystkie oszałamiające kreatywnością filmy, za pomocą których poszczególne federacje prezentowały składy swoich reprezentacji; kiedy się zestawi te obrazy dzikiej przyrody i pięknych budowli, kiedy się zobaczy monarchów i ludzi ciężkiej pracy, wspólnie prezentujących nazwiska jadących na mundial sportowców, kiedy się przeczyta te nazwiska na ulicznych szyldach, transparentach ciągniętych przez samoloty, tatuażach na ciele współobywateli, kiedy się usłyszy „Come Together” Beatlesów, które organizuje całe wideo Anglików, można by właściwie pomyśleć, że marzenia Julesa Rimeta mają jeszcze szansę się spełnić.

O co zatem chodzi? Na łamach „Irish Times” przeczytałem - o dziwo, podczas owych poprzedzających turniej feralnych dwóch tygodni - wyznanie rówieśnego mi skądinąd Paula Howarda, że przez całe życie goni za uczuciem, które towarzyszyło mu podczas pierwszych świadomie przeżywanych mistrzostw świata.

Kiedy Polska zdobywała brąz na mundialu ’82, a Boniek pakował trzy gole Belgom, Howard miał jedenaście lat: nie wszedł jeszcze na dobre w okres dojrzewania i choć był na tyle duży, by dostrzec magiczny wymiar tego, co rozgrywa się na hiszpańskich boiskach, to równocześnie na tyle mały, by jeszcze nie zdawać sobie sprawy, ile za tym wszystkim kryje się cynizmu. 

No i miał starszego brata, cztery lata wcześniej podczas mistrzostw w Argentynie wystarczająco dorosłego, by nie trzeba było odnosić go do łóżka po tym, jak zasnął przed telewizorem, i by mógł w związku z tym każdego poranka odtwarzać zobaczone na własne oczy bramki, obijając futbolówkę o drzwi garażu i wykrzykując przed młodszym z Howardów tajemnicze nazwiska: „Krankl! Bettega! Cubillas! Rensenbrink! Kempes!”.

To chyba najoczywistsza okołomundialowa emocja: tęsknota za światem, w którym bywało się na podwórku Bońkiem, Smolarkiem, Latą czy Matysikiem. Emocja, którą w związku z tym niezwykle umiejętnie wykorzystuje np. mundialowa prezentacja kadry Czechów, wypełniona amatorskimi filmikami z czasów, gdy obecni reprezentanci kraju byli jeszcze dziećmi, marzącymi dokładnie o tym, co latem 2026 roku staje się ich udziałem w prawdziwym życiu.

Czego nie da się zawłaszczyć

Napisano o tym dziesiątki stron, nikt nie robił tego lepiej od Pilcha - postawmy więc w tym miejscu kropkę. Po części również dlatego, że na tęsknocie za tamtymi podwórkami i za tym, kim wtedy byliśmy, bazuje popkultura, muzyka, moda - i rynek reklam oczywiście. Kiedy coś niepostrzeżenie z niszy weszło do głównego nurtu, a w dodatku świetnie się sprzedaje - warto rozejrzeć się za wyjściem ewakuacyjnym.

Jeśli jednak przez ostatnie dni towarzyszy mi tekst Paula Howarda i jeśli chciałbym, podobnie jak jego autor, obejrzeć te sto cztery mecze o nieludzkich z perspektywy naszej strefy czasowej porach, to dlatego, że idei Julesa Rimeta (żarliwego katolika zresztą, który pod wrażeniem „Rerum novarum” Leona XIII myślał również o przyniesieniu ulgi klasie robotniczej, znajdującej się „w stanie niezasłużonej, a okropnej niedoli”) wciąż nie udało się całkowicie zawłaszczyć postaciom typu Trump czy Infantino.

W mistrzostwach świata zaklęte jest coś, co sprawia, że nawet tych (policzmy szybko w głowie) jedenaście turniejów później, czyli zdecydowanie nie będąc już dzieckiem, wciąż można przeżyć na nich coś z dziecięcą świeżością. Chyba tylko podczas Bożego Narodzenia doświadcza się podobnego spotkania z niewinnością; nie bez powodu mówią, że futbol jest jak religia.

„To nie był ziemski, to był niebiański porządek” - napisał Pilch szykując się do któregoś z mundiali i wspominając poprzednie, ale nie chodzi o cytat, powtórzenie, nawiązanie, aluzję czy rekonstrukcję czegoś, co było i nie wróci.

A co dokładnie chodzi, nie powiem, no bo przecież się jeszcze nie zaczęło.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł