„Odkąd dostałem diagnozę, wszystko się zmieniło. Pojąłem, że to, co się ze mną działo, miało zupełnie inny sens, niż myślałem. Zaczynam nowe życie” – napisał na Facebooku pewien mój znajomy (to parafraza, a nie dokładny cytat, żeby nie dało się dotrzeć do źródła). Dodajmy, że diagnoza, którą otrzymał, nie jest uznawana przez medycynę. Czy raczej: nie jest uznawana przez medycynę opartą na dowodach, lecz przez rozmaite tzw. medycyny alternatywne, którymi niekiedy, tak bywa, parają się również oficjalnie wykształceni lekarze.
Co i rusz czytamy w mediach społecznościowych, że ktoś narodził się na nowo. Wcześniej żył pogrążony w ciemności i rozproszeniu. W mgławicy niepokojów, lęków, trudności i strat – przekonany wszakże, że mu się żyje w miarę normalnie i zdrowo. Tymczasem plątanina symptomów, o których nie wiedział nawet, że są symptomami, zacieśniała się coraz bardziej. Zdawało się, że nie ma z tych wnyków żadnej ucieczki, że nie ma ratunku. Jednak w pewnym momencie nastąpił zwrot, wielopoziomowa metanoia. Za sprawą – różnie – takiej czy innej diagnozy, najdoskonalszej diety, ezoterycznych warsztatów, wizyty u homeopaty, speca od „totalnej biologii” albo „programowania przeznaczenia”. Od tego punktu sprawy nagle skręciły w przeciwną stronę. Ciemność się rozświetliła. Gdzie był chaos, nastał kosmos.
Byłem ślepy, a teraz widzę – zdaje się mówić ów ktoś – byłem martwy, lecz powróciłem do życia.
Żeby było jasne, w żadnym razie nie ironizuję, a nade wszystko – nie neguję realności tego doświadczenia. Nie mówię także o przypadkach ewidentnych. O ludziach, którzy wyszli z wieloletniego nałogu, dźwignęli się z paraliżującej depresji albo dowiedzieli się, że cierpią na jakąś uprzednio niezidentyfikowaną chorobę – co oczywiście wiąże się nierzadko z wielką (i zrozumiałą) ulgą. Chodzi mi o historie, w których czuć pewien – mniej lub bardziej subtelny – naddatek. O posty, które czasami po kilku lub kilkunastu miesiącach niepostrzeżenie znikają. O entuzjazm wygasający nieraz szybciej, aniżeli kaskada pojawiających się pod nimi komentarzy. Wreszcie – o pewną obecną we współczesnej kulturze opowieść, na którą nieustannie się natykamy, także w swoim własnym życiu. A może raczej o tęsknotę, dojmującą tęsknotę, na której ukojenie rynek, rzecz jasna, ochoczo dostarcza bezlik rzekomych sposobności.
Co to za tęsknota? Wydaje się, że najbardziej adekwatne jest tutaj właśnie pojęcie „odrodzenia”. Rozpoczynania na nowo, z siłami w pełni zregenerowanymi, od zera. Niczym po jakimś resecie albo powrocie do punktu startowego – wraz ze stuprocentową kasacją tego, co było wcześniej.
W świecie, w którym, z jednej strony mamy z pozoru (podkreślam: z pozoru) nieskończone możliwości wyboru ścieżki życiowej, kariery, tożsamości czy partnera, z drugiej natomiast przygniata nas poczucie związanych z tym presji, fantazja rozpoczynania na nowo wydaje się szczególnie atrakcyjna.
Niesie ze sobą pokusę: możesz się cofnąć do tej cudownej chwili, kiedy jeszcze nie zamknęły się za tobą żadne drzwi, nie runęły jeszcze za tobą żadne mosty. Możesz zatem unieważnić fatalne skutki tych wszystkich wyborów prowadzących cię do miejsca, w którym przecież wcale nie chciałeś się znaleźć. I w którym nigdy byś nie pomyślał, że się znajdziesz.
Uwierz mi – podszeptuje fantazja – nic nie jest nieodwołalne, żadna twoja księga na zawsze się nie zamknęła. Przeszłość – jak szczerze wierzył wielki Jay Gatsby, bohater wyjątkowo aktualnej powieści Scotta Fitzgeralda – da się przeżyć jeszcze raz. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sięgnąć po alternatywną wersję losu. Ona wciąż gdzieś istnieje, wciąż więc da się ją jeszcze rozpostrzeć, a tamtą, już rozpostartą, zrolować i schować do piwnicy, gdzie od początku było jej miejsce.
Pobrzmiewa w tym jakiś znajomy ton, nieprawdaż? Powiedziałbym: nadzieja na (świeckie) odkupienie, (świeckie) rozgrzeszenie, (świeckie) odpuszczenie win. Bo przecież, skoro się rodzę na nowo, skoro zaczynam od początku, to także moje dotychczasowe grzechy – czyli te złe wybory: miłosne, zawodowe i inne – zostają definitywnie wymazane.
Jest to oczywiście ton stary jak sama ludzkość. Dziś – podobnie jak wiele innych pierwotnych potrzeb – doskonale zmonetyzowany. Wystarczy się rozejrzeć – w sieci i nie tylko. Na każdym kroku, na każdym rogu ktoś obiecuje odrodzenie. Ustawienia rodzinne, które niezawodnie wyzwolą nas spod bezwzględnej władzy strasznych klątw – do dziesięciu pokoleń wstecz. Wspomniana pseudodiagnostyka, wykrywająca mniemane syndromy, zespoły albo utajone choroby (o których medycyna twierdzi często, że ich wcale nie ma). Odczynianie traum, regulowanie deregulacji, harmonizowanie tego, co uporczywie nieharmonijne...
Nie da się ukryć, lista tych ofert jest tak długa, że spokojnie zapełniłaby cały numer „TP”. A każda zwiastuje nowy początek, absolucję, czystą kartę, otwarcie na przyszłość. Tyle że – oczywiście – po ich zastosowaniu i krótkotrwałej euforii szybko się zazwyczaj okazuje, że problemy wciąż się piętrzą, przeszłość pozostaje na swoim miejscu, a ciężar win nieodmiennie przytłacza. Co wtedy zrobić? W każdym razie – wytrzymać w kontinuum i nie zastosować kolejnej cudownej metody, dzięki której, tym razem już na pewno, będzie można wreszcie zacząć wszystko od nowa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















