O tym, że niedawne, drugie już zwycięstwo Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich to symptom kryzysu demokracji, rozpisują się lewicowo-liberalni komentatorzy. Istotnie, biorąc pod uwagę, by tak rzec, kulturowy kapitał prezydenta elekta, jego biografię, modus operandi oraz liczne fantazyjne wypowiedzi, nie sposób się z tą diagnozą nie zgodzić. Poprzestawanie jednak na niej – co się niestety nader często zdarza – jest dowodem albo umysłowego lenistwa, albo przywary jeszcze w skutkach groźniejszej. Mianowicie: radykalnego samozadowolenia.
W domyśle mamy tu bowiem przekonanie, że zasadniczo za ów kryzys odpowiadają w całości politycy podobni Trumpowi. Ewentualnie jeszcze ich sprytni spin doktorzy grający na populistycznych nutach, umiejętnie mamiący nieświadomy („ciemny”) lud, który wciąż nie dojrzał do przestrzegania stosownych standardów. My zaś – to znaczy ci, którzy patrzymy na to wszystko z rosnącym przerażeniem i niesmakiem – żadnej odpowiedzialności nie ponosimy. Możemy co najwyżej ubolewać, jak bardzo w ostatnim czasie nasza polityczna, społeczna i światopoglądowa agenda przesunęła się na drugorzędne pozycje.
Że jednak i my – to znaczy: demokraci, liberałowie, lewica, zwolennicy progresu, nowoczesności i otwartości – możemy za ów kryzys częściowo odpowiadać? Że odwrócenie się ludzi od naszych propozycji bierze się być może również stąd, że się one rozmijają z ich doświadczeniem i potrzebami? Że unosimy się wprawdzie na miękkich, czułych falach naszych ze wszech miar słusznych teorii i ideologii, niemniej systematycznie oddalamy od brzegu? No nie, jeśli ktoś tak uważa, niechybnie przynależy do obozu wroga i należy go potępić, obśmiać i zmarginalizować.
Powyższa parafraza to nie jest oczywiście sto procent głosów pojawiających się ostatnimi czasy w mediach społecznościowych i na rozmaitych łamach, ale jest to ton wyraźnie słyszalny, gdzieniegdzie dominujący. Co potwierdza nienową tezę o postępującej alienacji zachodnich lewicowo-liberalnych polityków wobec realiów, w jakich żyją ich potencjalni wyborcy. Zdecydowane zwycięstwo Trumpa, zwłaszcza po niebywale intensywnej kampanii mającej przedstawić go jako wcielenie najstraszliwszych ludzkich cech, jest kolejną konsekwencją i ilustracją tego stanu rzeczy.
Pytanie tylko: czy środowiska Trumpowi nieprzychylne i stanowiące dlań naturalną konkurencję będą w stanie dokonać takiego rachunku sumienia? Czy będą w stanie przekroczyć tę niebezpieczną iluzję, że oto mamy do czynienia z jakimś nieledwie złym snem, koszmarem, pomyłką? Albo efektem specyficznego spiętrzenia: źli, głupi i straszni ludzie wybrali złego, strasznego i głupiego człowieka właśnie dlatego, że jest on zły, straszny i głupi dokładnie tak samo jak oni?
Odpowiedź na te pytania poznamy w najbliższych latach. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że obawy dotyczące całkowitego porzucenia Ukrainy przez Amerykę jednak się nie potwierdzą. Za delikatnym optymizmem w tej sprawie przemawia okoliczność, że byłoby to niekwestionowane – symboliczne, polityczne i wszelkie inne – zwycięstwo Putina. Rosyjski dyktator okazałby się (w oczach swoich sojuszników i wrogów) wytrawnym strategiem, który od początku wiedział, co robi, i konsekwentnie, wbrew międzynarodowemu sprzeciwowi, realizował swoje cele. Czy Trump zechce sprawić mu taki prezent?
Tymczasem czytam w amerykańskich mediach, że niektóre uczelnie, w tym te z Ivy League, czyli grupy najbardziej prestiżowych na świecie, zwolniły studentów z zajęć w powyborczym dniu, a także udostępniły dla nich… darmową pomoc psychologiczną. Jedna ze szkół Uniwersytetu Georgetown przygotowała nawet specjalną przestrzeń, w której można się było zrelaksować, pobawić klockami Lego, porysować, wypić kakao i zjeść darmowe ciasteczka. W ramach łagodzenia powyborczego szoku, oczywiście. Skądinąd filmy przedstawiające młodych – i nie tylko – ludzi rozpaczających i dosłownie rwących włosy z głowy z powodu wyniku wyborów pojawiły się na platformie X w wielkiej obfitości.
Cóż, nie od dziś wiadomo, że intensywność amerykańskiej polaryzacji dorównuje polskiej. Skoro narracja medialna i partyjna propaganda opierają się prawie wyłącznie na podkręcaniu apokaliptycznych fantazji, nie można się dziwić, że ludzie doświadczają w związku z polityką ekstremalnych emocji. Okoliczność wszakże, że szacowne uczelnie, których zadaniem jest kształcić przyszłe elity, traktują wygraną politycznego przeciwnika w legalnych wyborach jako traumę wymagającą psychologicznej pomocy, tworzenia safe space, a nawet „leczenia się” ciasteczkami i kakao – zdaje mi się czymś wysoce osobliwym. By nie powiedzieć – symptomem wspomnianego kryzysu demokracji, tyle że występującym po przeciwnej stronie spektrum.
W demokracji bowiem – przynajmniej dopóty, dopóki ona funkcjonuje – porażka jest oczywistym elementem gry. Ba, więcej nawet – jeśli któraś ze stron nie może przegrać, wówczas nie ma demokracji. Jej składową, w tym samym stopniu, jest więc również uszanowanie woli większości, autorefleksja nad przyczynami przegranej, a następnie próba konstruktywnego wyjścia z impasu. I tego właśnie wielu z nas oczekiwałoby od lewicowo-liberalnej strony. A że zamiast tego są lamenty, szok, zaprzeczenie, utyskiwania na wyborców, afekty, kryzysy, płacz, dni wolne, popterapia, kakao oraz ciasteczka – to mnie, przyznam, napawa niepokojem w co najmniej równym stopniu, jak zwycięstwo Donalda Trumpa.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















