No więc życie wiejskie. Co rusz ktoś mnie pyta, jak mi się żyje i czy jestem szczęśliwy. Albo konkretniej – czy dużo czasu tracę na dojazdy i czy już się rozpakowaliśmy. Na pytania ogólne nie umiem odpowiedzieć, słowo „szczęśliwy” od zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie, jakbym mówiąc, że jestem szczęśliwy, coś komuś odbierał. Na ogół więc uchylam się niezgrabnie: „Nie jestem nieszczęśliwy, to na pewno”. Ale taka odpowiedź, jak wiadomo, tylko prowokuje domysły i interpretacje: „Aha, musi mu się nie podobać”, „W mieście miał lepiej, bez dwóch zdań”, „Sam nie wie, czego chce”.
Nie rozumiem tej kategoryczności, z jaką wrzuca się mnie między te dwa określenia: szczęśliwy/nieszczęśliwy. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy jestem zadowolony, bez trudu odpowiem, że jestem, i nawet bardzo. Ale szczęśliwy? W świętych Księgach to słowo za często się nie pojawia, no bo co by właściwie miało znaczyć? Jak Bóg „widział, że było dobre”, to był szczęśliwy? Albo jak się Jezusowi cud w Kanie Galilejskiej udał? Częściej się w Biblii mówi o nieszczęściu niż o szczęściu, i to jest zrozumiałe. Biblia po to została spisana, żeby człowiek przede wszystkim swojemu nieszczęściu umiał wyjść naprzeciw. A słowo „szczęście” nabiera ciężaru dopiero wtedy, gdy mowa o szczęściu wiecznym.
Tak, tak chyba mógłbym odpowiedzieć: chwilami w domu na wsi mam szczęście wieczne. Bo wieczność to nie jest coś tam „na kiedyś”, „na potem”. To nie jakaś „przyszła nagroda”. Co będzie po śmierci, to będzie; wierzę w pełne niebo i puste piekło, ale nie o tym teraz mowa. „Życie wieczne”, pisał Nietzsche, „to nie jest jakieś inne życie: to właśnie to życie, które żyjesz”. Krzyś Michalski napisał na ten temat całą książkę, zatytułowaną „Płomień wieczności”. Żyć trzeba wiecznie, inne życie nie ma sensu. Chwila, którą przeżywasz, musi nosić na sobie tę rysę wieczności, tę świadomość, że to, co „teraz”, jest też w jakimś sensie „zawsze” („raz na zawsze”), i że to, co widzisz, odczuwasz, zrozumiałeś, jest tylko częścią tego, czym ta chwila jest, co się na ową chwilę składa, i tak dalej. Słowa są tu nieporadne, ale coś uchwycić mogą. Życie to „tu i teraz”, tak niezwykle cenne, bo niepowtarzalne. Ale życie to również „więcej” – nie do pojęcia, wymykające się, przerastające wszystko, co może nam podpowiedzieć wyobraźnia, wiedza, wiara...
Dosyć. Nie o tym miałem pisać. Może kiedyś o tym, ale na razie nie o tym. Albo o tym, tylko inaczej. Jak jest upał, to wszystko robi się miękkie, stopniałe. Widok za oknem jest rozwibrowany, nieostry, umysł też trochę jak jajko na gorącej patelni. W upalne dni żyje się tylko świtami i po zmierzchu, reszta to właściwie przerwa między jednym a drugim. Oczywiście, chodzimy do pracy, pocimy się w drodze na przystanek i z przystanku, ba, nawet przygotowujemy ciepłe jedzenie. Rytuały, nawyki, przymusy to nasze sposoby przetrwania. W upalne dni wieś, przedmieście może być wybawieniem. Łatwiej utrzymać chłód w domu niż w mieszkaniu, łatwiej o cień, o powiew, żar spływa jedynie z góry, a nie ze wszystkich stron, jak to się dzieje w zabetonowanych i wyasfaltowanych przestrzeniach miasta. „Lepiej na wsi w taki upał?”, pytają konkretnie ludzie. „No lepiej, lepiej – potakuję. – O niebo lepiej”.
Choć i tu przecież gorąc jak diabli. I trzeba się chować. Koty chowają się pod samochodami, a jak tam robi się zbyt gorąco, uciekają między leszczyny. Przychodzi tych kotów teraz trzy, cztery. Szary samiec, którego nazwaliśmy Dzikusem, przegonił Krupcię i sprowadził własną rodzinę. Tęsknię za pieszczotami z Krupcią, drugiej takiej pieszczochy jeszcze nie spotkałem, ale wiem, że ma niedaleko własny dom i jest bezpieczna. Rodzina Dzikusa to dwie dorosłe kotki, Malusia i Beksa, oraz jedna mała, którą nazwaliśmy Kropką. Cała czwórka bardzo by chciała mieszkać na dwa domy i nawet dogadała się już z Leonem, żeby jej nie przepędzał. Tylko Dzikus się nie dogadał. No ale my jednak stawiamy opór. Pięć kotów w domu? Sami powiedzcie.
W każdym razie nie jeździmy w świat, bo u nas przed wejściem jak na nabrzeżu w Stambule: wszędzie wylegują się koty. Kiedy rankiem podnoszę roletę w kuchni, wpatrują się we mnie trzy pary zielonych, głodnych ślepek. Tylko Dzikus się nie wpatruje, czeka z boku, czy wystawię trzy czy cztery miski. A gdy jest mniej upalnie, najedzone gonią się wokół garażu, a Leon, zapewne starszy od nich i jakby poważniejszy, obserwuje. Czasem podrywa się, usiłuje złapać Beksę, ale ta zgrabnie mu się wymyka, przewraca na grzbiet i daje znać, że nie zamierza się z nim mocować. Bywa też, że któraś złapie polną mysz, a wtedy cała scena zmienia swój charakter. Dlaczego niektórzy ludzie znęcają się nad zwierzętami? Czy z tych samych powodów, dla których kotki zabawiają się przerażoną myszą?
„Jak ci tam na wsi? Szczęśliwy?”. „No pewnie – tak chyba będę odpowiadał. – No jasne”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















