Był marzec 1942 r., apogeum niemieckiej okupacji. Wśród polskich lekarzy, zebranych w sali Szpitala Dziecięcego imienia Św. Ludwika w Krakowie, wyczuwało się napięcie. Wezwano ich, by zapoznali się z nowym dyrektorem. Niemcem, rzecz jasna.
Doświadczenia z dotychczasowym szefem mieli jak najgorsze. Johannes Müller, lekarz i podporucznik SS, kierował szpitalem od 1939 r. tak, że ta placówka dla polskich dzieci (niemieckie leczono osobno) przypominała mały obóz koncentracyjny. Müller stosował represje wobec polskich lekarzy i pielęgniarek, a małych pacjentów traktował jak więźniów. Oddziały były przepełnione, racje żywnościowe głodowe.
Jaki będzie jego następca?
Nietypowy Niemiec w okupowanym Krakowie
„Zostaliśmy wszyscy tu obecni, panie i panowie, koleżanki i koledzy, no i ja, skazani na wspólną pracę” – to były jedne z pierwszych słów, które od niego usłyszeli.
Josef Ströder – tak przedstawił im się młody pediatra. Obejmował funkcję komisarycznego zarządcy (to oficjalny tytuł) Kliniki i Szpitala Dziecięcego imienia św. Ludwika przy ul. Strzeleckiej oraz szpitala dla dzieci niemieckich przy ul. Kopernika.
Można sobie wyobrazić zdumienie polskiego personelu, gdy usłyszeli kolejne słowa Strödera (ten prowadził zapiski, stąd znamy ich treść): „Proponuję Państwu zatem, abyśmy tę klinikę uznali za obszar eksterytorialny, za wyspę pokoju. Niech tu nie będzie polskich i niemieckich pacjentów, tylko chore dzieci; niech nie będzie polskich czy niemieckich lekarzy, niech będą tylko lekarze, którzy tu wspólnie w pokoju działają. Jeśli państwo uznają i przyjmą mój pogląd na nową wspólną pracę, to na pewno w końcu zostaniemy przyjaciółmi”.

„Oprzeć się narodowosocjalistycznym fanfarom”
Kim był? I skąd wzięła się taka jego postawa, dla administracji okupacyjnej zupełnie nietypowa?
Gdy Ströder obejmował urząd w Krakowie, miał 30 lat. Urodzony w Mömerzheim, wiosce koło Bonn, pochodził z katolickiej rodziny chłopskiej. Wychowywał się w domu przybranych rodziców, jak pisał we wspomnieniach, zgodnie z benedyktyńską zasadą „módl się i pracuj”, która „pozostawała dla mnie wypróbowaną i szczęśliwą wskazówką na całe życie” (do końca życia pozostał praktykującym katolikiem).
Gimnazjum imienia Beethovena w Bonn, do którego trafił w 1921 r., cieszyło się w prowincji reńskiej prestiżem. Wynikał on z wychowywania uczniów w duchu humanizmu, zgodnie z ideałami filozofów antyku i myślicieli chrześcijańskich.
Ströder wspominał, że ta szkoła „nauczyła swoich wychowanków krytycyzmu, co pozwoliło niektórym z nich oprzeć się nierozumnym i niemoralnym wpływom, a więc i narodowosocjalistycznym fanfarom, uwodzeniu, zniewoleniu”.
Zarazem jednak, w innym miejscu, z rozgoryczeniem stwierdzał: „Nie czyniono na lekcjach nic, aby ocalić honor lżonej często już wówczas, we wczesnych latach dwudziestych, Republiki Weimarskiej, nic dla popularyzowania naszego demokratycznego ustroju”.
W 1930 r. zaczął studiować medycynę we Fryburgu Bryzgowijskim, potem w Bonn. Miał szczęście, że był uczniem lekarzy światowego formatu, jak anatomopatolog Ludwig Aschoff czy specjalista chorób wewnętrznych Siegfried Thannhauser. We Fryburgu kształcił się zaś w dziedzinie pediatrii u Carla T. Noeggeratha.
Skierowanie do Generalnego Gubernatorstwa
Na studiach Ströder należał do katolickiej korporacji studenckiej Cartellverband, odcinającej się od NSDAP. Podkreślał potem, że „szczęśliwe” czasy studenckie zakończyły się po 30 stycznia 1933 r., po dojściu do władzy Hitlera. Odtąd „społeczność uczących i nauczanych maszerowała w brunatnych koszulach”.
Gdy ustawy norymberskie w 1935 r. pozbawiły żydowskiego profesora Thannhausera jego stanowiska i musiał on opuścić Rzeszę, Ströder był jednych z dwóch studentów, którzy mieli odwagę pożegnać wykładowcę na dworcu kolejowym.
W 1936 r. uzyskał stopień doktora nauk medycznych we Fryburgu. Następnie pracował na Uniwersytecie w Bonn i w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie we Fryburgu. W 1941 r. uzyskał habilitację, został docentem.
Trwała wojna. Zmobilizowany, przez rok służył w Luftwaffe jako lekarz. Jego wypowiedzi krytykujące narodowy socjalizm i przywódców uznano za antypaństwowe. Sąd wojskowy wszczął przeciw niemu dochodzenie, groziła mu kompania karna.
Z kłopotów wybawił go jego przełożony, dzięki któremu Ströder został przeniesiony do pracy biurowej w Ministerstwie Lotnictwa w Berlinie. Następnie wystarał się dla swego podwładnego o posadę poza Rzeszą.
W ten sposób w 1942 r. Ströder został skierowany do Generalnego Gubernatorstwa, gdzie Niemcy, coraz liczniej tam przybywający, potrzebowali niemieckiej opieki lekarskiej. Oddelegowanie poza Rzeszę przerwało kompletowanie dowodów przeciw niemu przez Gestapo.
Do Krakowa wyruszał wraz z żoną Luizą, jak pisał, „z lekkim bagażem i ciężkim sercem”.
Nie robił różnic między dziećmi – polskimi i niemieckimi
Obietnicy, którą złożył obejmując 6 marca 1942 r. funkcję szefa dziecięcych szpitali w Krakowie, dotrzymał: zmiana, jaka odtąd nastąpiła, była zasadnicza. Ströder nie robił różnic między dziećmi – tak samo troszczył się o niemieckie, jak i polskie. Wobec braku żywności i lekarstw, aby ratować polskie dzieci, udostępniał leki i odżywki przeznaczone dla dzieci niemieckich. Żeby pozyskać środki dla funkcjonowania szpitala, wykorzystywał znajomości wśród nazistowskich prominentów i esesmanów, których dzieci leczył.
W ten sposób klinika przy Strzeleckiej stała się niemalże oazą spokoju.
Z czasem Ströder wtajemniczany był przez polskich współpracowników w wiele spraw niebezpiecznych. Reszty się domyślał. Za jego wiedzą przyjmowano do leczenia dzieci żydowskie. Wystawiał nocne przepustki ludziom, którzy nie powinni ich mieć, dla celów tylko im wiadomych. Przekazywał wiadomości zasłyszane od niemieckich urzędników. Nie dopuszczał do wywózek na roboty, angażował się w pomoc aresztowanym polskim lekarzom, a nawet, bywało, wyciągał z więzienia.
Polski lekarz Karol Barta wspominał: „Przyjaźń, która związała niemieckiego szefa [Strödera] z jego polskimi asystentami, nie zrodziła się na bankiecie, gdzie ją wyrażają politycy, lecz w obliczu ciągłego zagrożenie życia”.
„O wszystkim tym dowiedzieliśmy się więcej”
To z rozmów z polskimi współpracownikami dowiadywał się też o realiach okupacji. Wspominał o sobie i żonie: „Byliśmy w podobnej sytuacji jak wielu innych Niemców. Dopóki nie byliśmy w Krakowie, wiedzieliśmy o obozach tyle, co nic. Wydawało nam się, że był to rodzaj zakładu poprawczego, najprawdopodobniej z bardzo surowymi przepisami i twardym reżimem. (…) Nie wiedzieliśmy dokładnie, kogo i za co wysyła się do obozu koncentracyjnego, tym bardziej nic na temat potwornych okrucieństw (…). O wszystkim tym dowiedzieliśmy się więcej, aczkolwiek na pewno nie do końca, w Krakowie”.
W Krakowie Ströder prowadził też badanie kliniczne i teoretyczne dyfterytu (błonicy) – przy czym były to badania polsko-niemieckie. Brali w nich bowiem udział Polacy, m.in. prof. Józef Kostrzewski i dr Franciszek Groër.
Gestapo podejmuje śledztwo
Utrzymywanie osobistych kontaktów towarzyskich z Polakami (co nie było dopuszczalne przez władze okupacyjne), jego interwencje w sprawach aresztowanych, krytyczne wypowiedzi o narodowych socjalistach, a także uchylanie się od udziału w niemieckich uroczystościach – wszystko to powodowało, że był coraz bardziej postrzegany przez rodaków jako „element niepewny”.
Wiosną 1944 r. Ströder dowiedział się, że Gestapo prowadzi śledztwo przeciw niemu. Najbardziej niebezpieczny był zarzut „Polenfreundschaft”, przyjaźni z Polakami.
W porę ostrzeżony, Ströder cytuje treść zarzutów we wspomnieniach: „Kierownik kliniki dziecięcej [tj. on] zaczyna dyżur serdecznym uściskiem dłoni swojego polskiego ordynatora. W czasie wizyty u chorych padają z jego ust nieprzyjazne, obraźliwe, wręcz dyskredytujące wypowiedzi pod adresem narodowego socjalizmu i jego przywódców. Popiera całkowicie ludność polską. Podejrzewa się, że przyjmuje i leczy w ukryciu dzieci żydowskie. Jest niezwykle szczodry w wystawianiu nocnych przepustek. Kierownik kliniki walczy namiętnie o zwalnianie słusznie zatrzymanych lekarzy polskich i członków ruchu oporu”.
Zarzutem było też, iż codziennie rano modli się w kościele Mariackim.
Urząd dyrektora kliniki przy Strzeleckiej pełnił do października 1944 r. Musiał zniknąć z Krakowa, zanim zostałby postawiony w stan oskarżenia. Znów dzięki pomocy dawnego przełożonego został zawezwany do Głównego Wydziału Zdrowia w Berlinie i formalnie zwolniony ze służby w GG. Końca wojny doczekał na terenie Niemiec.
„Jestem Niemcem z urodzenia, lecz Polakiem z mentalności”
W 1948 r. zaczął pracę na Wydziale Medycznym Uniwersytetu w Würzburgu (jako profesor), objął też kierownictwo tamtejszej Katedry i Kliniki Dziecięcej. Zadanie miał trudne: podczas alianckiego nalotu na Würzburg 16 marca 1945 r. klinika została zniszczona. Ströder ją odbudował. Uruchomił też ośrodek przeciwgruźliczy i przykliniczną szkołę dla dzieci. Szefem tej kliniki był przez długie 32 lata, aż do 1980 r.
W pracy naukowej koncentrował się na odporności immunologicznej w chorobach zakaźnych u dzieci, na problemach krzywicy, wirusowego zapalenia wątroby i zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. Opublikował ponad 300 tekstów naukowych.
Pracując w Würzburgu, wspierał kształcących się tam studentów i lekarzy z Polski (zorganizował dla nich pokój gościnny nazwany Casa Polonica). Dzięki jego inicjatywie w hallu kliniki dziecięcej wmurowano tablicę ku czci Janusza Korczaka.
W 1963 r. otrzymał członkostwo honorowe Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego, w 1976 r. Złoty Krzyż Zasługi (wręczając go, ambasador polski mówił: „Niósł [Pan] pomoc moim rodakom-dzieciom, lekarzom i zwykłym ludziom – bez względu na grożące Panu niebezpieczeństwo”), a w 1978 r. doktorat honoris causa Akademii Medycznej w Krakowie. W 1988 r. ukazał się polski przekład jego wspomnień.
Często odwiedzał Polskę. Dziennikarzowi Olgierdowi Budrewiczowi, który robił z nim wywiad, mówił: „Powiem panu w tajemnicy: jestem Niemcem z urodzenia, lecz Polakiem z mentalności i temperamentu”.
Zmarł w 1993 r., w wieku 81 lat.
***
Człowiek, który miał odwagę zachować się inaczej niż większość jego rodaków w czasie tamtej wojny, uratował setki dzieci. We wspomnieniach Josef Ströder zapisał: „Zbudujmy przyjaźń trwałą między naszymi krajami, by zaoszczędzić młodemu pokoleniu tych przeżyć, których piętno tak tragicznie wyryło się w naszej drodze życia”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















