Na czym polegała akcja AB? Niemcy 85 lat temu uderzyli w polskie elity

Wiosną 1940 roku nasiliły się niemieckie represje wobec polskiej inteligencji na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Sprawców akcji AB, jak okupanci nazwali tę operację, nigdy nie ukarano – podobnie jak wielu innych zbrodni.
Czyta się kilka minut
Aresztowani w Akcji AB w drodze do Auschwitz; był to pierwszy transport więźniów do nowo utworzonego obozu. Tarnów, 14 czerwca 1940 r. // Holocaust History Archive w Holandii
Aresztowani w Akcji AB w drodze do Auschwitz; był to pierwszy transport więźniów do nowo utworzonego obozu. Tarnów, 14 czerwca 1940 r. // Holocaust History Archive w Holandii

Był 16 maja 1940 r., gdy Hans Frank, naczelny zarządca okupowanej centralnej Polski, zlecił Brunonowi Streckenbachowi, szefowi aparatu policyjnego w Generalnym Gubernatorstwie (GG), przeprowadzenie „nadzwyczajnej akcji pacyfikacyjnej” (niem. Außerordentliche Befriedungsaktion; w skrócie akcja AB). Celem były skoordynowane działania mające pozbawić polskie społeczeństwo, a zwłaszcza ruch oporu, jego przywódców.

85 lat temu: dogodny moment dla okupanta

Impulsem dla Franka był raport szefa policji w warszawskim dystrykcie Josefa Meisingera z 2 marca 1940 r., z tezą o rosnącym zagrożeniu ze strony polskiej konspiracji. Ale czy rzeczywiście tak było? W tym czasie polskie podziemie dopiero się kształtowało, a Niemcy mogli bardziej obawiać się powszechnej woli oporu, niepogodzenia się Polaków z losem. Mógł to być też środek „prewencyjny” przed możliwymi wystąpieniami podziemia w czasie planowanego ataku na Francję.

To właśnie agresja na Francję, rozpoczęta 10 maja, stworzyła władzom okupacyjnym okazję do rozprawy z polskimi elitami – odwracała bowiem uwagę świata od Polski. Hans Frank przyznawał: „Nie mogliśmy sobie pozwolić na szerzej zakrojone działania, dopóki uwaga opinii publicznej skupiała się na tym obszarze. Lecz z dniem 10 maja oszczercza propaganda przestała nas obchodzić. Teraz musimy wykorzystać ten dogodny moment”.

Frank nie chciał, by zagraniczne interwencje doprowadziły do uwolnienia więźniów, jak stało się w przypadku krakowskich profesorów uwięzionych jesienią 1939 r. Był to czas, gdy wojna nie ogarnęła jeszcze całego świata i nie nabrała wymiaru totalnego, a Niemcy liczyli się – rzecz jasna do pewnego stopnia – ze światową opinią publiczną.

Wiosną 1940 r. Niemcom i Sowietom przyświecał ten sam cel

Operacja z 1940 r. była częścią planu likwidacji polskiej inteligencji. Miała swe źródło w decyzji Hitlera, który w październiku 1939 r. zlecił Frankowi: „należy ich [polskich inteligentów], choć to brzmi brutalnie, zabić”. Już wtedy Niemcy dokonali masowych egzekucji na Pomorzu. Obławy na elity miały miejsce w Warszawie, Krakowie, Lublinie i Radomiu, a także na ziemiach włączonych do Rzeszy (Ciechanów i Suwałki).

Akcję AB prowadzono równolegle z sowiecką zbrodnią na polskich jeńcach, z których sporą część stanowili przedstawiciele elit – oficerowie rezerwy. 5 marca 1940 r. władze Związku Sowieckiego podjęły decyzję o rozstrzelaniu jeńców więzionych w obozach NKWD. Pierwsze nazwiska wytypowano 1 kwietnia, kilka dni później zaczęto egzekucje w Katyniu, Kalinie i Charkowie. Z kolei pod koniec marca 1940 r. niemiecka policja zaczęła aresztowania, a egzekucje związane z akcją AB zaczęły się na początku kwietnia.

Mimo paraleli między tymi zbrodniami historycy nie dotarli dotąd do dokumentów, które by przesądzały o współpracy obu okupantów w tym zakresie. Wiadomo, że od grudnia 1939 r. do marca 1940 r. trwały spotkania sowiecko-niemieckie, ale dotyczyły głównie wymiany ludności. Ze źródeł nie wynika, by omawiano współpracę przy zagładzie polskich elit.

Mimo braku dowodów łączących akcję AB ze zbrodnią katyńską wiosną 1940 r. obu okupantom przyświecał ten sam cel: zabicie najbardziej świadomej grupy społecznej II RP, a przez to zniszczenie wspólnoty i eliminacja ludzi, którzy mogliby stanowić fundament oporu.

Pierwszy transport do Auschwitz na dworcu w Tarnowie, 14 czerwca 1940 r. // Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Kolejne fale aresztowań w okupowanej Polsce

30 marca 1940 r. Niemcy mieli znienacka zacząć akcję AB na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa. Według sprawozdania Brunona Streckenbacha tego dnia aresztowano tysiąc osób. Z kolei z raportu Stefana Roweckiego, komendanta Związku Walki Zbrojnej (w lutym 1942 r. na bazie ZWZ powstała Armia Krajowa), wynikało, że na przełomie marca i kwietnia 1940 r. tylko w Warszawie Niemcy aresztowali 3 tys. osób. Szef ZWZ zdawał sobie sprawę, że to pierwsza fala represji mających zdezorganizować konspirację.

Zdarzały się przypadki zbrojnego oporu. Tak było przy próbie wejścia do kwatery Organizacji Wojskowej „Wilki” przy ul. Sosnowej: Niemcy zostali ostrzelani przez dwóch konspiratorów, którzy zdołali uciec. W odwecie aresztowano mieszkańców.

Represje nie ograniczały się do Warszawy. 30 marca pierwsze zatrzymania w ramach akcji AB miały miejsce w Krakowie, a kontynuowano je w maju. Przepełnienie tutejszego więzienia przy ul. Montelupich sprawiło, że część aresztowanych kierowano do Tarnowa i Wiśnicza. Aresztowania były też w powiatach piotrkowskim, koneckim, kieleckim i radomszczańskim. Dotknęły głównie oficerów, nauczycieli i uczniów szkół średnich, oskarżonych o konspirację lub jej wspieranie.

Kolejne fale aresztowań miały miejsce od połowy maja do początku lipca; trwały już wtedy egzekucje wcześniej zatrzymanych. Wówczas w rękach Niemców znalazły się tysiące działaczy społecznych, nauczycieli, prawników, urzędników i księży z Lubelskiego.

Wśród zatrzymanych byli inteligenci narodowości żydowskiej, niezwiązani z ruchem oporu. Masowe aresztowania prowadzono np. wśród warszawskich adwokatów i profesorów.

Deportacje do obozów koncentracyjnych

W czasie akcji AB prowadzono też łapanki uliczne, które skutkowały zatrzymaniem przypadkowych osób. Ludwik Landau pisał w dzienniku, że były to „aresztowania »na oślep«, »prosto z ulicy«”. Obławy na ludność Warszawy – w kawiarniach, na ulicach, domach – trwała przynajmniej do 9 maja. Były związane z wizytą szefa całej niemieckiej policji Heinricha Himmlera.

Według relacji Ludwika Fischera, gubernatora dystryktu warszawskiego, 29 kwietnia 1940 r. to Himmler zarządził, aby 20 tys. Polaków „umieścić w obozach koncentracyjnych”. Pierwszy transport z Warszawy do obozu w Sachsenhausen pod Berlinem wysłano na początku maja 1940 r.; liczył półtora tysiąca więźniów.

W późniejszych transportach do obozów kierowano też warszawskich adwokatów i mieszkańców dystryktu krakowskiego. Do Auschwitz wywieziono 13 i 14 czerwca 1940 r. grupę 728 więźniów z Tarnowa; był to pierwszy transport do tego nowo tworzonego obozu. Tydzień później, 20 czerwca, do Auschwitz wysłano więźniów z Wiśnicza Nowego; byli to nauczyciele, urzędnicy, studenci i uczniowie.

Hans Frank sprzeciwiał się wysyłce do obozów – opowiadał się za zabijaniem na miejscu. Nie chciał dopuścić, by międzynarodowe interwencje prowadziły do ich uwolnienia. Żalił się: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg”.

Sportowiec, posłanka, wiceprezydent: ofiary akcji AB

Wiosną i latem 1940 r. masowe egzekucje objęły nie tylko osoby aresztowane w ramach akcji AB. W Palmirach pod Warszawą 2 kwietnia zamordowano ok. 100 osób, głównie aresztowanych dwa miesiące przed akcją AB za przynależność do podziemia, do Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej (PLAN).

Trzy tygodnie później w tym samym miejscu zabito 34 zakładników. Był to odwet za wspomniane ostrzelanie Niemców przez członków Organizacji Wojskowej „Wilki”. W kwietniu rozstrzelano kilkaset osób w Firleju pod Radomiem, członków przedwojennej elity społeczno-politycznej.

Nasilenie egzekucji nastąpiło od drugiej połowy maja 1940 r. Największa miała miejsce 21 czerwca w Palmirach (358 osób). Wśród ofiar byli głównie konspiratorzy, m.in. 20-letnia Agnieszka Dowbor-Muśnicka (jej siostra zginęła w Katyniu), sportowiec Janusz Kusociński i marszałek Sejmu Maciej Rataj, posłanka Halina Jaroszewiczowa, wiceprezydent Warszawy Janusz Pohoski.

Egzekucje w Palmirach Niemcy utrzymywali w tajemnicy. Do mieszkańców Warszawy docierały wprawdzie informacje o wywożeniu więźniów z Pawiaka, jednak nie zdawano sobie sprawy z celu tych transportów.

Oficjalnie akcja AB się skończyła, ale represje trwały

Egzekucje w ramach akcji AB prowadzono też w kilkunastu miejscach dystryktu krakowskiego, m.in. w Wiśniczu, pod Rzeszowem, w Wysokiej koło Nowego Sącza, nad Sanem koło Tarnawy Dolnej, w lesie pod Jasłem oraz w krakowskich Przegorzałach. Najwięcej ofiar stracono w dawnym forcie w Krzesławicach koło Krakowa.

W dystrykcie lubelskim miejscem straceń był wąwóz koło wsi Rury Jezuickie. Ofiarami byli inteligenci, jak Bolesław Wnuk, poseł na Sejm z Zamościa, a także dowódcy konspiracji, jak Cecylia Iwanowska, szefowa Wydziału Łączności Okręgu ZWZ Lublin.

Podczas akcji AB Hans Frank próbował zachować pozory praworządności. Polecił, aby aresztowani byli sądzeni w ramach szczególnego trybu postępowania karnego. W maju 1940 r. policyjne sądy doraźne skazały (de facto bez rozpraw) na karę śmierci kilkaset osób z więzień przy ul. Montelupich w Krakowie i na zamku w Lublinie.

Oficjalne zakończenie „Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej” miało nastąpić 10 lipca 1940 r., jednak egzekucje kontynuowano w tych samych miejscach, a ich ofiarami nadal byli przedstawiciele polskiej inteligencji.

Ściganie „bandytów”, czyli kamuflaż dla świata

Swoistym kamuflażem dla celów akcji AB była równoległa eksterminacja około 3 tys. przestępców kryminalnych: miała „przykryć” likwidację inteligencji. Szef niemieckiej Policji Bezpieczeństwa, Bruno Streckenbach, nakazał mordowanie przestępców kryminalnych bez postępowania sądowego. Ponieważ Niemcy nagminnie utożsamiali bandy rabunkowe z ruchem oporu, mogło to obejmować także uczestników konspiracji.

Niemiecka policja mordowała pospolitych przestępców np. w maju 1940 r. w Firleju pod Radomiem – obok przedstawicieli inteligencji i ruchu oporu rozstrzelano tam także kryminalistów skazanych jeszcze przed wojną. Podobne przypadki miały miejsce wcześniej.

Od tego momentu dla niemieckiej policji granica między Polakami walczącymi o niepodległość a zwykłymi rabusiami i mordercami zaczęła się zacierać. W kolejnych latach Niemcy nazywali oddziały polskiego podziemia „bandami”, a żołnierzy AK – „bandytami”. Po 1944/45 r. zwyczaj ten przejęli także komuniści, budujący w pojałtańskiej Polsce nowy system władzy.

Polskie straty są niemożliwe do oszacowania

Liczbę ofiar akcji AB trudno określić, zwłaszcza z powodu samowolnych mordów dokonywanych przez volksdeutschów z tzw. Selbstschutzu (niemieckiej organizacji paramilitarnej), a także za sprawą zgonów w więzieniach i obozach.

Straty w kulturze są niemożliwe do oszacowania – niepowstałe dzieła i przerwane myśli zamordowanych twórców pozostaną nieznane. Akcja AB odebrała życie ludziom o wielkim potencjale i niespełnionych możliwościach. Niemcy wyeliminowali ze struktury społecznej całe środowiska inteligencji, m.in. adwokatów i profesorów uniwersyteckich.

Hans Frank wykorzystał akcję AB do umocnienia swojej pozycji i podporządkowania sobie części aparatu okupacyjnego. Przejął kontrolę nad Selbstschutzem, który wcześniej podlegał Himmlerowi, pod pretekstem ukrócenia samowolnych egzekucji tej formacji. Następnie z części jej członków utworzył Sonderdienst – specjalną jednostkę policyjną podległą wyłącznie jemu. W ten sposób osłabił wpływy SS i wzmocnił swoją władzę w Generalnym Gubernatorstwie.

Akcja AB: zbrodnia bez kary

Niemcy skutecznie ukryli akcję AB przed światem. O ile o zbrodni pomorskiej z jesieni 1939 r. udało się polskiemu rządowi (wtedy na uchodźstwie w Paryżu) poinformować opinię światową i skłonić przywódców Wielkiej Brytanii i Francji do wydania wspólnej deklaracji potępiającej te okrucieństwa, o tyle zdemaskowanie represji z wiosny i lata 1940 r. było trudniejsze. Uwaga aliantów skupiła się na niemieckiej ofensywie na Zachodzie – jak trafnie przewidział to Frank.

Brak reakcji Zachodu wynikał także z faktu, iż Niemcy skutecznie ukryli skalę tej zbrodni, a łączność między okupowaną Polską a rządem RP została utrudniona na skutek masowych aresztowań. Meldunek Stefana Roweckiego z jesieni 1940 r. o skutkach akcji AB dotarł do gen. Kazimierza Sosnkowskiego, przewodniczącego Komitetu Politycznego Rady Ministrów, dopiero wiosną 1941 r. Komendant ZWZ informował w nim, że warunki pracy w konspiracji znacznie się pogorszyły.

Z kolei po 1945 r. sprawcy akcji AB uniknęli odpowiedzialności. W procesie norymberskim egzekucje z 1940 r. uznano za odwet, reakcję na akcje polskiego ruchu oporu. W wyroku skazującym Franka na karę śmierci nie uwzględniono akcji AB. Także żaden wysoki funkcjonariusz SS ani policji nie został ukarany.

Fakt ten to część szerszego problemu unikania odpowiedzialności za niemieckie zbrodnie. Nieskuteczność powojennego wymiaru sprawiedliwości w Niemczech w tej kwestii wciąż wymaga badań.

TOMASZ CHINCIŃSKI jest historykiem, profesorem Instytutu Pileckiego i wykładowcą Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. Autor opracowań o II wojnie światowej i niemieckiej okupacji, m.in. „Forpoczta Hitlera. Niemiecka dywersja w Polsce w 1939 roku” (2010). 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jedna z tysięcy