Sylwia Czubkowska: Jak sobie radzi Kościół w czasach rewolucji?
Ron Ivey: Mówi pani o rewolucji cyfrowej? Tak, nowe technologie, nie tylko AI, ale też deep tech, robotyka czy inżynieria biologiczna to największe dziś wyzwanie dla ludzkości na poziomie humanistycznym.
Papież Leon XIV już w pierwszych tygodniach pontyfikatu podkreślał, że Kościół ma moralny obowiązek zaoferować wiernym odpowiedź na rewolucję, która właśnie zachodzi. Nie tylko technologiczną.
Zmienia się przecież natura naszego odnoszenia się do siebie nawzajem i do samych siebie. Zmienia się sposób, w jaki myślimy, oraz to, jak nasze ciała wchodzą w interakcję z technologią. Mamy do czynienia z nowymi zjawiskami, do których musimy stosować stare narzędzia Kościoła, filozofii i nauki, by ocenić, czy te nowości są dobre dla człowieka. Albo jak powinny być projektowane w sposób dobry dla ludzi.
Dlatego dziś tak ważne są odpowiedzi na fundamentalne pytania: kim jest człowiek? Czym jest godność człowieka? Czym jest życie społeczne? Uważam, że to duża szansa dla Kościoła.
Tylko czy katolicy potrzebują jego głosu w tej kwestii? Czy Kościół ma wciąż jeszcze taki autorytet, by ludzie zwracali się do niego z nowymi rozterkami?
Głos Kościoła wciąż ma znaczenie. Wciąż potrafi gromadzić ludzi tak, jak żadna inna instytucja na świecie. Dziś, gdy przyglądamy się neuronauce i zdrowiu poznawczemu, uświadamiamy sobie, że istnieją w nas sposoby rozumienia rzeczywistości, które nie są tylko naukowe, racjonalne czy analityczne, ale także oparte na intuicji, wyobraźni i żywych tradycjach, z których Kościół jest jedną z najważniejszych.
Audytorium, które takiej perspektywy szuka, liczy dziś miliard osób. Świat technologii nazwałby ich „użytkownikami”. My oczywiście nie chcemy myśleć o sobie w tak zredukowany sposób. Ale skala ma znaczenie, więc już sama obecność Kościoła sprawia, że jego głos jest słyszalny na całym świecie.
Jaki to ma wpływ na pojedynczego wiernego, pojedynczego „użytkownika”?
Dziś niemal codziennie musimy podejmować decyzje, jak korzystać z nowych technologii. Czy powinienem używać ChataGPT do mojej pracy, czy nie? Czy powinienem rozwijać relację z AI-dziewczyną albo AI-chłopakiem? Czy moje dzieci powinny stykać się z tymi systemami i wchodzić z nimi w interakcję?
Gdy jednostka sama próbuje nieustannie podejmować takie decyzje, staje się to dla niej dużym ciężarem. Natomiast kiedy jest częścią wspólnoty – czy to masowej jak Kościół, czy małej, jak grupa przyjaciół – ma szansę na wspólne rozeznanie i tym samym odciążenie decyzyjne.
Kościół ma wielowiekowe doświadczenie praktykowania i ułatwiania takiego wspólnotowego rozeznawania. Tego nie zastąpi przeczytanie nawet wielu artykułów ani nawet przestudiowanie długich badań, choć dziennikarze i badacze są równie ważni, jako przewodnicy po świecie technologii.
Co więcej, Kościół katolicki bywa postrzegany jako zaskakująco progresywny w tych tematach. Wiem, bo rozmawiam o tym z przedstawicielami różnych wspólnot wyznaniowych i środowisk świeckiego humanizmu.
Na czym ten progresywizm polega?
Przykładem jest choćby watykańska nota „Antiqua et nova” z początku 2025 r. o relacjach między sztuczną inteligencją a inteligencją człowieka. Dokument podkreśla, że AI ocenia nas tylko na podstawie pracy i rezultatów, a przecież nie można pomijać godności człowieka. Watykan za mylące uznaje też użycie słowa „inteligencja” w odniesieniu do AI, twierdząc, że to przecież produkt ludzkiej inteligencji, a nie osobny byt.
Mnie w „Antiqua et nova” uderzyło szczególnie ostrzeżenie przed wiarą w technosolucjonizm, czyli przekonaniem, że technologia zbawi nas od wszystkich zagrożeń i wyzwań.
Powiem więcej, w Dolinie Krzemowej rozwija się coś na kształt ruchu religijnego. Ludzie wierzą, że budują boga – superinteligencję czy wręcz osobliwość. Rozmawiałem z osobami, które przekonywały, że mogą stworzyć superracjonalny byt, nową formę świadomości, i że w tym celu powinniśmy być gotowi na ofiary.
Te koncepcje brzmią jak przekonania religijne. Owszem, ci ludzie posługują się językiem racjonalizmu, a zwłaszcza efektywnego altruizmu, czyli czynienia dobra w sposób maksymalnie skuteczny, mierzalny i oparty na dowodach. Ale w gruncie rzeczy są to przekonania religijne: że jeśli stworzymy tę nową formę świadomości, to w pewnym sensie stworzymy „bogów”. To jedna strona problemu tech-bałwochwalstwa.
Drugą jest to, że podejmowane na dużą skalę decyzje mogą mieć potężne konsekwencje dla wielkich grup społecznych w sferze pracy i relacji. Dzieje się tak dlatego, że wąska grupa bardzo bogatych i wpływowych osób jest tak podekscytowana wizją stworzenia „boga”, że nie zastanawia się, jak wpłynie to na ludzkość. Nietrudno narysować tu paralelę z dawnymi bożkami i z tym, jak ludzie poświęcali swoją godność dla rzeczy, które sami budowali. Mówi o tym na przykład Greg Epstein, kapelan MIT i Harvardu, który jest świeckim humanistą.
Kolejną stroną są ludzie wrzuceni w ten świat. Jeśli masz technologię, która potrafi odpowiedzieć na każde pytanie, a ty możesz rozmawiać z nią bez końca, łatwo dojść do wrażenia, że wszystko wie i wszystko widzi. Wtedy bardzo łatwo zacząć ją idolizować. To już się dzieje.
Ostrzegałem przed tym, patrząc na rozwój chatbotów AI i towarzyszy społecznych AI. Gdy masz naprawdę samotnych ludzi, którzy zmagają się z utratą sensu lub celu w życiu, i dajesz im taką technologię, to – bazując na badaniach moich kolegów z Harvard Medical School – rośnie ryzyko doświadczeń urojeniowych i trudności z oceną rzeczywistości. Media coraz częściej opisują takie historie, są już blisko nas. Niedawno dostałem wiadomość od przyjaciela: jego znajomy tak uzależnił się od chatbota, że spędzał 12 godzin dziennie na interakcji; ukrywał to przed bliskimi, a potem przeżył załamanie psychiczne.
Obserwujemy więc mieszankę idolizacji i szukania w technologii mechanizmów na wypełnienie pustki, którą mogą wypełnić tylko inni ludzie, wspólnota i Bóg. To naprawdę przerażające.
W dodatku te technologie są celowo wyposażone w mechanizmy skłaniające do uzależnień. Nie bez powodu chatboty są tak pochlebcze. Zawsze udzielą odpowiedzi, zawsze pochwalą, są empatyczne. Jeśli dołożymy do tego wspomniany kryzys samotności, mamy przepis na łatwy substytut wymagających relacji międzyludzkich.
W swoim życiu doświadczyłem kilku typów relacji, które uważam za ważne. Miałem grupę przyjaciół, z którymi dzieliłem tę samą wiarę. W Ewangelii Mateusza jest mowa o tym, by napomnieć kogoś, gdy robi coś złego – najpierw sam na sam, a jeśli to nie pomoże, z przyjacielem. I umówiliśmy się, że będziemy się konfrontować, jeśli ktoś z nas zrobi coś głupiego i krzywdzącego.
Drugi rodzaj ważnych relacji to relacje mentorskie. Mam mentora, który zresztą jest mi też przyjacielem, ale potrafi być wobec mnie ostry, wymagający, a jednocześnie życzliwy. Takie relacje mentor–uczeń czy ksiądz–wierny są czymś niezwykle cennym.
A teraz nagle przemysł technologiczny zaczął promować AI jako mentora czy jako substytut rozwiązania kryzysu samotności. W „Antiqua et nova” najbardziej cenię to, że pokazuje różnicę pomiędzy prawdziwą relacją, jaką mamy z rodzicem, małżonkiem, przyjacielem, księdzem, a tym, co daje generatywna AI.
W małżeństwie trzeba przepracować mnóstwo trudnych spraw i przejść przez różne tarcia. Podobnie w roli rodzica. Obawiam się, że im więcej będzie pseudorelacji z AI, tym mniej ludzie będą ćwiczyć umiejętność radzenia sobie z konfliktem i odpowiedzialnością.
Czy to oznacza konieczność drastycznego ograniczenia technologii? Przecież Kościół i księża też w nich tkwią. Ewangelizują w mediach społecznościowych, korzystają z narzędzi AI.
Nie chodzi o wycinanie technologii, tylko o refleksję, do czego jej stosowanie może prowadzić. Widzę coraz więcej aplikacji tworzonych z myślą o codziennej pracy duszpasterskiej. Oczywiście – są wygodne. Jednak istnieje realne ryzyko, zgodnie z tym, co mówi „Antiqua et nova”, że ludzie zaczną otrzymywać moralne wskazówki od czegoś, co nie ma żadnego moralnego autorytetu.
Sherry Turkle z MIT ma świetne spostrzeżenie: chatboty nie umierają, nie mają ciała, nigdy nie doświadczyły śmierci bliskiej osoby. Nie zrobiły czegoś złego, by poczuć winę, ani czegoś dobrego, by poczuć radość. Nie rozumieją życia moralnego człowieka.
Owszem, potrafią pobierać i porządkować treści, jedne lepiej, inne gorzej. Dlatego mogą być ciekawym narzędziem. Na przykład dawać szeroki dostęp do encyklik i nauczania Kościoła. Sam z nich korzystam. Kluczowy jest jednak sposób ich projektowania – tak, by nie udzielały rad. Narzędzia muszą pozostać narzędziami, a nie udawać osoby.
Nie tylko sięganie po cyfrowych doradców jest atrakcyjne. Mamy też wizje transhumanizmu. Obietnice pokonania natury i osiągnięcia długowieczności w świetnym zdrowiu i większej wydajności ciała.
Coraz więcej ludzi zwraca się ku transhumanizmowi. Ale jednocześnie obserwuję trend odwrotny: pęd do samodoskonalenia zmusza ludzi do zadawania fundamentalnych pytań. Co to znaczy być człowiekiem? Jaki jest mój cel? Co jest źródłem godności człowieka? Pytania o tożsamość i rozwój są dziś skarbnicą refleksji religijnej, filozoficznej i literackiej. To niezwykła szansa dla Kościoła, by odpowiedzieć na te pytania w sposób przekonujący, pozytywny, a jednocześnie intelektualnie bogaty. Stąd te zwroty ku wierze, choćby we Francji, gdzie rosną liczby chrztów.
Kościół, który naucza, że człowiek ma się upodabniać do Boga, stanowi przeciwwagę dla transhumanizmu, który próbuje dokonać przebóstwienia przy pomocy technologii. Tymczasem akcent powinien być położony na rozwoju duchowym – rozwoju w Bogu. Takie „poprawianie siebie” jest dostępne dla wszystkich, nie tylko dla miliarderów. Transhumanizm to ich nowa, elitarna religia, ale stworzona tylko dla nich. Kiedy oni mówią o biohackingu, nie wyjaśniają, w jaki sposób kierowca ciężarówki w Oklahomie ma dostać nowe ciało i stać się „bogiem”.
Oczywiście nie wszyscy ludzie technologii tak myślą. Są wśród nich także pobożni katolicy, są świeccy humaniści troszczący się o ekologię i pracowników, są Żydzi kierujący się głębokimi zasadami etycznymi. Ale są też bardzo wpływowi ludzie, którzy promują tech-utopizm wymieszany z ambicjami stania się nowymi bóstwami. W swoich wizjach łączą klasyczne idee Platona czy Bacona z filozofią obiektywizmu Ayn Rand. Do tego dochodzi quasialchemiczny nurt w stylu Bryana Johnsona, inwestora testującego na sobie transhumanistyczne idee, by osiągnąć długowieczność.
Język alchemii czy magii to strategia. Budowanie narracji, że mamy do czynienia z tak skomplikowanymi rzeczami, których zwykły człowiek nie jest w stanie pojąć.
Najbardziej niepokoi mnie jednak ideologia, która za najwyższe dobro uważa rozwój technologii dla technologii. Czyli materialny postęp, który oznacza ogromny majątek, choćby za cenę utraty pracy przez wiele osób. Widziałem to we wpisach Sama Altmana, prezesa OpenAI, że „czekają nas trudne lata, będzie dużo zamieszania”. Odwaga, z jaką mówi się o kosztach społecznych, jest zdumiewająca.
Może więc powinniśmy zacząć od obnażania mitów, jakimi ta nowa tech-religia nas karmi?
Częścią tego, co czyni ich produkty tak atrakcyjnymi, jest aura magii. Powinniśmy uchylić tę zasłonę i pokazać, że to, co zbudowali, jest owszem imponujące, nawet niesamowite i może mieć wspaniałe zastosowania, ale to wciąż dzieło mózgu i rąk człowieka, a nie żadna magia. Nie jestem katastrofistą czy doomerem. Dlatego też doceniam, że Kościół patrzy na wyzwania obustronnie: pokazuje zagrożenia technologii, ale mówi też, że możemy projektować technologie inaczej, przyjmując inną filozofię.
Co to znaczy?
Jeśli chodzi o generatywną AI, to wciąż nie wiem, czy te rozwiązania jako całość są dla nas dobre, czy nie. Ale możemy je oceniać indywidualnie, pytając: czy to narzędzie rozwija twoje zdolności, czy je degraduje? Jeśli ich nie rozwiniesz – jak mówił za Arystotelesem Tomasz z Akwinu – nie możesz rozkwitać, nie możesz być szczęśliwy. To sedno: pewne technologie wzmacniają nasze zdolności, inne je osłabiają.
Które osłabiają najbardziej?
Wiem na pewno, że AI-dziewczyny i AI-chłopcy osłabiają nasze społeczne i emocjonalne zdolności, szczególnie u dzieci. Ja mam 47 lat, w tym 20 lat życia sprzed ery cyfrowej, mogę więc porównać te światy. Społeczna AI to nowe media społecznościowe. Nie straćmy kolejnego pokolenia, tak jak straciliśmy poprzednie na rzecz mediów społecznościowych.
Przykład: Mattel wprowadza na rynek lalki Barbie z AI dla dzieci w wieku mojej córki. Nawet jeśli nie będę chciał, by moje dziecko miało taką zabawkę, jest duże prawdopodobieństwo, że ktoś w sąsiedztwie ją kupi. Czyli i tak będzie miało z nią kontakt. Nie da się samodzielnie w pełni ochronić dzieci. Trzeba to robić na poziomie wspólnoty. Dlatego tak ważna jest choćby mała parafia. Równie ważna jak szczyty hierarchii. Zwykli księża są w samym środku wspólnoty, jaką jest lokalny Kościół. Widzą, co dzieje się tu i teraz, w konkretnej parafii. W Kościele zaczyna się ruch, by szybko tworzyć materiały dla księży i kleryków, które pomogą im odnaleźć się w nowej rzeczywistości. To także priorytet dla papieża Leona.
Imiennik obecnego papieża Leon XIII ogłosił w 1891 r. encyklikę „Rerum novarum”, o katolickiej nauce społecznej na czas rewolucji przemysłowej. Czy potrzebujemy teraz nowej encykliki poświęconej AI?
Z mojej perspektywy – po rozmowach z badaczami AI, naukowcami społecznymi i ekonomistami – myślę, że tak. Oczywiście, można wykorzystywać na nowo bogactwo wcześniejszych encyklik, ale nie odpowiadają one na wszystkie współczesne pytania. Na razie jednak mamy „Antiqua et nova”. Już sam tytuł tego dokumentu – „Dawne i nowe” – podkreśla nowość sytuacji: to, że nasz język i umysł wchodzą dziś w bezpośrednią interakcję z technologią.
Św. Augustyn mówił o ordo amoris, czyli porządku miłości, przejawiającym się w kochaniu właściwych rzeczy, we właściwy sposób i we właściwej hierarchii. Współczesny neuronaukowiec Iain McGilchrist widzi to w funkcjonowaniu mózgu: lewa półkula odpowiada za użyteczność i efektywność, a prawa za holistyczne spojrzenie na świat, empatię i symbole. Technologie i AI świetnie działają w obrębie tego, co robi „lewa półkula”. Potrzebujemy natomiast zrozumienia, jak systemy, a zwłaszcza generatywna AI, wpływają na porządek miłości.
Widać chęć takiego zrozumienia wśród twórców AI?
Niepokoi mnie, że Dolina Krzemowa jest środowiskiem z natury technologiczno-inżynierskim, które najwyżej w hierarchii stawia użyteczność. Wszystko jest narzędziem, a każdy człowiek jest użytkownikiem. Jeśli dzięki chatbotowi mogę natychmiast otrzymywać odpowiedzi i stać się potężniejszym, to jak będę teraz patrzeć na drugiego człowieka? Jak będę go cenić? Jak mogę go kochać albo nienawidzić?
Dlatego nowa encyklika byłaby bardzo pomocna, żeby przepracować te kwestie, koncentrując się na najwyższych wartościach, jak miłość, prawda, piękno, cnota i świętość. To zupełnie inny poziom wyzwań niż fabryki z XIX wieku. Tamta rewolucja nie wchodziła w sam rdzeń naszego języka. Czyli w to, co fundamentalne dla bycia człowiekiem.

RON IVEY – doradca papieży Franciszka i Leona XIV ds. AI, były doradca Białego Domu. Na Harvardzie prowadzi badania nad więziami społecznymi i poczuciem przynależności. Współtworzy projekt Humanity 2.0 przy Papieskiej Akademii Nauk. Założył organizację non-profit Noasis Collaborative.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














