"Kompleks Baader-Meinhof" - tak brzmi w dosłownym tłumaczeniu tytuł książki Stefana Austa i powstałego na jej podstawie filmu. Można by zatem spodziewać się, że opowiadając o najsłynniejszej w RFN grupie terrorystycznej, twórca będzie chciał wejść w rolę psychoanalityka niemieckiej duszy. Albo nawet zajrzeć w podświadomość zachodniej demokracji po ’68 roku. Ale zawarta w tytule obietnica zostaje spełniona tylko częściowo. W filmie "Baader-Meinhof" otrzymujemy bowiem przede wszystkim rzeczową, wręcz surową fabularyzowaną relację z narodzin i upadku ruchu, który wystawił na próbę wiele spośród urządzeń nowoczesnego społeczeństwa zachodniego i już za swego życia stał się legendą.
Edel, choć niemal rówieśnik bojowników RAF-u, stara się oprzeć urokowi tej legendy. Lewaccy terroryści z eksdziennikarką Ulrike Meinhof i Andreasem Baaderem na czele mają błysk nawiedzenia w oku. Są dobrowolnymi wygnańcami z własnych domów, ale bardzo niewiele łączy ich z radosnymi starszymi braćmi - hippisami. A jednak, choć Edel w najmniejszym stopniu nie mitologizuje młodych zamachowców, przy całej powściągliwości filmu mają oni w sobie przekonującą energię. Nie ma ona nic wspólnego z charyzmą - ekranowi członkowie "Baader-Meinhof" to postacie przeciętne, średnio urodziwe, działające w sposób odrażający, często na granicy histerii.
Mimo to widz filmu Edela ma szansę dotknąć tematu, jakim jest terroryzm, od podszewki, od czysto ludzkiej strony. Poczuć wraz z bohaterami niespokojny nerw epoki, która to zjawisko zrodziła. Zobaczyć tamtych zdesperowanych ludzi w świetle, które nie usprawiedliwi ich zachowań, ale wskaże na ich ówczesne społeczne i polityczne podglebie. Gdzieś daleko płonie Wietnam, odbija się echem izraelska "wojna sześciodniowa", młode pokolenie Niemców nie utożsamia się z politycznymi sympatiami swoich włodarzy. Grupa ekstremistów bierze na siebie ciężar tych frustracji. Działają bez sensu, niemal na oślep. A tymczasem po drugiej stronie mają świetnie zorganizowany aparat państwowy, który w imię walki z terroryzmem nie cofnie się przed niczym: będą tortury, elektrowstrząsy, zaskakujące samobójstwa "baaderowców"... W cieniu męczeńskiej legendy dorosną kolejne roczniki desperatów. Świat aż za dobrze zna tę historię, w najróżniejszych wariantach: od irlandzkiego po bliskowschodni. Znamy tę wybuchową mieszankę zacietrzewienia i naiwności, która sprawia, że obie strony tylko podkręcają się nawzajem. Kompleksy i traumy pozostaną - nieleczone, za to brutalnie tłumione.
Film Edela analizuje te procesy, próbując zachować zdrowy obiektywizm. Można mu zarzucić ilustracyjność czy uproszczenia w budowaniu postaci, choć i tak "Baader-Meinhof" obroni się jako filmowy zapis pewnej epoki. Kinu niemieckiemu z pewnością brakuje twórcy tej miary co Michael Haneke (skądinąd urodzony w Niemczech). Kogoś, kto potrafiłby w sposób tak wyrafinowany i uniwersalny egzorcyzmować rozmaite lokalne fobie. Ale to problem wszak nie tylko niemiecki.
Przeczytaj tekst Joachima Trenknera o odbiorze filmu w Niemczech. Więcej>>>
BAADER-MEINHOF - reż. Uli Edel, zdj. Rainer Klausmann, wyst. Martina Gedeck, Moritz Bleibtreu, Johanna Wokalek, Bruno Ganz i inni. Prod. Niemcy/Francja/Czechy 2008. Dystryb. Monolith.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















