Żyjemy w najlepszych czasach

Nie popadajmy jednak w zachwyt. Tym bardziej że niewielka w tym nasza zasługa. Wraz z większymi niż kiedykolwiek możliwościami spoczywa na nas większa odpowiedzialność.

28.08.2017

Czyta się kilka minut

Zatoka Meksykańska sfotografowana  z pokładu statku Apollo 7, październik 1968 r. / NASA.GOV
Zatoka Meksykańska sfotografowana z pokładu statku Apollo 7, październik 1968 r. / NASA.GOV

Tak źle jeszcze nie było. Świat jest pełen chorób, o których dwie dekady temu nawet nie słyszeliśmy! Kilku bogaczy posiada tyle dóbr, ile biedniejsza połowa ludzkości. Z ekranów i szpalt szokują nas informacje o krwawych wojnach i milionach uchodźców, o coraz wymyślniejszych torturach i atakach terrorystów. Jakby tego było mało, nowe technologie umożliwiają inwigilację na każdym kroku i produkcję diabelnie skutecznej propagandy. Zaraza, głód, wojny i niewola. Żyjemy w czasie apokalipsy. Zwiastujących ją proroków napotykamy co krok...

Niestety, wszystkie te twierdzenia są prawdziwe. Wciąż atakują nas nowe choroby, na świecie nie brak miejsc, gdzie ludzie umierają z głodu, są mordowani albo znajdują się w niewoli.

A jednak – żyjemy w najlepszych czasach. Świat jeszcze nigdy nie był tak zdrowy i syty, tak bezpieczny i wolny. To nie pobożne życzenia, ale wynik analizy danych z zakresu medycyny, gospodarki, historii wojskowości i historii politycznej.

„Kiedyś świat był lepszy...”

Skoro jest tak dobrze, to czemu ciągle słyszymy, że jest źle? Błogosławieństwa szczęśliwego czasu nie uświadamiamy sobie z kilku powodów. Przede wszystkim apokaliptyczne przepowiednie świetnie się sprzedają. Trudno zmobilizować wyborców, telewidzów albo wiernych pod hasłem: „Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Ponadto pamięć zbiorowa odmalowuje przeszłość w pastelowych barwach. Uwielbiamy fantazjować o rycerzach i damach albo o tym, jak to zdrowo, naturalnie i beztrosko żył sobie chłop w XVIII w. Na niekorzyść teraźniejszości działa też dziedzictwo Jana Jakuba Rousseau i cieszące się niesłabnącą popularnością opowieści o rozkoszach „stanu natury”. Lubimy przy okazji (czasem nie bez przyczyny) upajać się tym, jaki zły jest kapitalizm, wypełniający posiadłości bogaczy kolejnymi sportowymi samochodami i jachtami. Wielu ludzi tęskni też pewnie podświadomie za czasami, gdy codzienna przemoc porządkowała życie, ustalając wyraźną hierarchię. Nawet zajmujący najpośledniejsze miejsce w systemie chłop czy robotnik mógł przecież wyładować złość na swojej żonie, ta zaś – bezkarnie uderzyć dziecko albo kopnąć psa. Wiadomo było, kto jest kim. Był jakiś porządek na świecie.

I wreszcie przyczyna ostatnia, być może najważniejsza. Uświadomienie sobie, w jak dobrych czasach żyjemy, oznacza także przyjęcie na siebie odpowiedzialności za zło, które się mimo wszystko wydarza. Za głód, epidemie i wojny, którym moglibyśmy zapobiec. Z tego punktu widzenia narzekanie na współczesność i wyczekiwanie nadchodzącej apokalipsy to po prostu kolejny sposób na odsunięcie od siebie zobowiązań.

Dlatego, choć wygląda to na ćwiczenie z narcyzmu i samozachwytu, warto przypomnieć o tym, jak jest dobrze. Nie tylko po to, by docenić szczęście, które nas spotkało. Także dlatego, że opisywane tu dobrodziejstwa nie są nam dane raz na zawsze. Idealizując przeszłość i nie doceniając teraźniejszości, ulegamy nostalgicznym złudzeniom. Gdyby nasze życzenie się spełniło i przeszłość wróciła (a może się tak zdarzyć!), szybko przekonalibyśmy się, jakim koszmarem było życie w czasach, do których wzdychamy.

Morowe powietrze

Nastały bardzo niezdrowe czasy. Śmieciowe jedzenie przygotowywane i konsumowane w pośpiechu, zatrute rzeki, smog... Wszystko rakotwórcze i syntetyczne. Koncerny farmaceutyczne faszerują nas pigułkami, a lekarze są niekompetentni. Kiedyś – to było życie! Wokoło las, nieprzetworzone, naturalne jedzenie, żadnych chemikaliów, syntetyków, konserwantów.

Takimi opowieściami o zdrowotnym raju utraconym kuszą nas producenci organicznego jedzenia, zwolennicy tzw. medycyny alternatywnej, bestsellerowe poradniki i hollywoodzkie produkcje. „Powrót do natury” jest na topie od lat. Ale czy naprawdę przeszłość była taka zdrowa?

Zacznijmy od kwestii najbardziej oczywistej. Statystycznie żyjemy dziś znacznie dłużej niż kiedykolwiek w historii. Choć podawane w różnych źródłach liczby różnią się nieco w zależności od przyjętych metod szacowania, to różnica między współczesnością a dowolnym okresem w przeszłości jest szokująca. Niemowlę urodzone w paleolicie mogło liczyć na jakieś 30 lat życia, w starożytnej Grecji i Rzymie bywało jeszcze gorzej – w pewnych okresach przeciętna długość życia spadała nawet do 20 lat. W średniowieczu znów wynosiła około 30. Od XVI w. dysponujemy już bardziej kompletnymi danymi. I trudno o bardziej wymowny argument na rzecz współczesności.

Jeszcze bardziej wymowne są statystyki dotyczące śmiertelności dzieci. W społeczeństwach sprzed rewolucji przemysłowej piątego roku życia doczekiwała mniej więcej połowa spośród tych, które miały szczęście i w ogóle urodziły się żywe. Choć są jeszcze na świecie miejsca, gdzie umiera co dziesiąte dziecko, to w tym zakresie postęp w skali globu jest imponujący [Diagram 1].

Jeżeli dziś tak straszliwe żniwo zbierają choroby układu krążenia i nowotwory, to nie dlatego, że wszystko wokoło zaczęło nagle powodować raka i choroby serca! Powód jest bardziej prozaiczny. Sto lat temu szanse zejścia na zawał lub nowotwór były znacznie mniejsze, bo potencjalnych kandydatów wcześniej dopadała grypa, zapalenie płuc, gruźlica lub choroby układu pokarmowego – według statystyk National Office of Vital Statistics najpowszechniejsze przyczyny śmierci w Stanach Zjednoczonych w roku 1900. Większość najgroźniejszych zabójców sprzed stulecia zniknęła lub stała się zaledwie irytującymi infekcjami, z którymi radzimy sobie biorąc kilka dni zwolnienia i parę pastylek. Doprowadziły do tego poprawiające się warunki higieny i rozwój wiedzy medycznej. Trudno też przecenić znaczenie obowiązkowych programów szczepień. To dzięki nim czarna ospa należy do historii. Wraz z nią w zapomnienie odchodzą kolejne choroby, których epidemie jeszcze niedawno zaznaczały się wyraźnymi pikami na wykresach śmiertelności. [Diagram 2]

Już same te argumenty wystarczyłyby, żeby w ciemno przedkładać teraźniejszość nad dowolny okres przeszłości. A przecież oprócz spraw życia i śmierci są jeszcze drobne, codzienne zalety. Dzięki rozwojowi środków higieny, podniesieniu zamożności i postępowi medycyny świat stał się po prostu znacznie przyjemniejszym miejscem do życia. Joseph Berger na marginesie „Rewolucji kapitalistycznej” zachęca do wykonania interesującego eksperymentu myślowego. Spróbujcie sobie wyobrazić, że wszystkie te imponujące postacie historyczne – myśliciele, zdobywcy, święci i tyrani – miały obrzydliwe, zepsute zęby (lub nie miały ich wcale) i śmierdzący oddech. Powieści i filmy historyczne (ani nawet te o podróżach w czasie) jakoś nie wspominają o tym, że wedle współczesnych standardów do XIX w. włącznie niemal wszyscy potwornie cuchnęli. Włosy były tłuste, cera nieświeża, ubrania lepiły się od brudu. Trudno sobie wyobrazić niedomytą Kleopatrę i szczerbatego Demostenesa, prawda? A jednak – taka właśnie była przeszłość, którą tak chętnie idealizujemy.

Głód

Kochamy fantazje na temat chłopskiego jadła. Przydrożne karczmy i producenci gotowych dań mamią nas obrazami sękatych stołów uginających się pod ciężarem pieczonych mięsiw, tłustych kiełbas i dzbanów pełnych śmietany. Tymczasem prawdziwy chłopski posiłek wyglądał zupełnie inaczej. Przedstawia go Patryk Zakrzewski w świetnym artykule „Wsi spokojna, wsi głodna. Kuchnia chłopska dla początkujących” (Culture.pl), rozpoczynając od przywołania dramatycznego, lecz rzetelnego opisu XVII-wiecznego świadka: „Ledwie by pies powąchał, co ci niebożęta z głodu zażywać muszą, bo jeśli się który chłop ma dobrze, to sobie i czeladzi śmierdzącym jadło okrasi olejem. Jeśli zaś niedostatnio, gdy go i na taką nie stanie okrasę, to tylko z wodą samą, jałowo, lada chwasty nadgniłe, jarzyny z pośladami krup lub grubych klusków zażywają”.

Chłop mięsa w zasadzie nie widywał (chyba że na pańskim stole), żywił się kaszą, chlebem, barszczem, a od czasu sprowadzenia kartofli – głównie tym cudownym warzywem. Przed rokiem 1945 większość ludności Polski regularnie doświadczała głodu. Susza, nieurodzaj czy długa zima mogły oznaczać śmierć.

Ale jedzenie to nie wszystko. W skali świata radykalnie poprawiła się dostępność niemal wszystkich dóbr. Choć w mediach i debacie akademickiej kapitalizm i rewolucję przemysłową wiąże się często (słusznie) z wzrostem nierówności, to ważne, by pamiętać, że nierówności nie muszą automatycznie oznaczać zubożenia najbiedniejszych. W ciągu ostatnich trzech stuleci mamy raczej do czynienia z procesem błyskawicznego bogacenia się wszystkich, przy czym faktycznie wąska grupa najbogatszych zyskuje najszybciej. Kiedy jednak przyjrzymy się uważniej rzeczywistym zmianom, jakie bogacenie się społeczeństw wprowadza w życie jednostek, okaże się, że najbardziej zmienił się świat tych najbiedniejszych. Bo to dla nich postęp oznacza nierzadko przekroczenie kluczowej granicy między głodem a sytością, między życiem a śmiercią. [Diagram 3]

Oznacza też życie znacznie wygodniejsze. Joseph Schumpeter w książce „Kapitalizm, socjalizm, demokracja” zachwyca się faktem, że dzisiejszy robotnik ma do dyspozycji przedmioty, o jakich Ludwik XIV mógł tylko marzyć. Przekonująco udowadnia, że rewolucja przemysłowa była rewolucją przede wszystkim dla szerokich mas ludzi niezamożnych. Dla arystokraty, którego stać było na służących zapalających co wieczór setki świec, elektryfikacja stanowiła zaledwie rodzaj ciekawostki. Dla zwykłego człowieka oznaczała bardziej wydajną pracę, możliwość podróżowania albo światło po zmroku. Pomyślcie tylko o świecie bez światła elektrycznego, bieżącej wody i lodówek. Wszystkie te dobra nie pozostają luksusowymi zabawkami dla bogaczy, lecz stopniowo trafiają do coraz uboższych domostw. Dziś w skali świata ich nieobecność jest raczej niepokojącym wyjątkiem niż regułą (np. dostępu do elektryczności nie ma obecnie 1,2 mld ludzi, czyli 16 proc. populacji). Prawdziwym osiągnięciem kapitalizmu – stwierdza sentencjonalnie Schumpeter – nie jest dostarczanie jedwabnych pończoch królowym, lecz dziewczynom pracującym w fabrykach.

W niektórych regionach świata ludzie uważający się za biedaków mieszkają dziś w domach, które dwieście lat temu były­by uznane za wspaniałe pałace. Interesującym ćwiczeniem jest zastanowienie się nad tym, jak w ciągu ostatnich stuleci zmieniła się liczba otaczających nas przedmiotów. Nieliczne zachowane inwentarze pozwalają oszacować, że chłop europejski w XV w. posiadał kilkadziesiąt przedmiotów, wliczając w to wszystko: narzędzia, ubrania, sprzęty domowe... Badania nad stylami życia współczesnych Amerykanów mówią, że na dobytek przeciętnego mieszkańca Kalifornii składa się 300 tys. przedmiotów. Wydaje się to niewiarygodne, ale pomyślcie tylko o wszystkich zdjęciach, przyborach do pisania, kosmetykach, książkach, płytach i kuchennych gadżetach.

Z punktu widzenia jakości życia najważniejsza okazuje się jednak nie sama obfitość, ale względna stabilność warunków. Przyglądając się uważnie umieszczonym wyżej wykresom, łatwo dostrzec, że z biegiem lat linie stają się coraz mniej postrzępione. W pewnym stopniu jest to efekt większej częstotliwości i dokładności pomiarów. Jednak za gwałtownymi zmianami długości życia, śmiertelności dzieci czy zaopatrzenia w kalorie przed wiekami często kryją się kryzysy: epidemie, wojny albo wahania cen żywności. Chociaż słowo „kryzys” przy byle okazji odmieniane jest dziś w mediach przez wszystkie przypadki, to jeżeli za wyznacznik przyjmiemy właśnie te wartości (zmiany w długości życia czy cenach i dostępności żywności), w rzeczywistości żyjemy w czasach wyjątkowo stabilnych.

Wojna

W zasadzie zamiast tego rozdziału mógłbym po prostu zachęcić czytelników do zapoznania się z książką Stevena Pinkera „Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury” – to sugestywne zestawienie historycznych danych dotyczących morderstw, wojen i gwałtów. Niestety, najwyraźniej wykresy przedstawiające przemoc są mniej atrakcyjne od samej przemocy, bo książka Pinkera cieszy się w Polsce niewielką popularnością, a obrazy krwi i cierpienia – olbrzymią. Wpatrzeni w telewizyjne ekrany, przekonani jesteśmy, że świat zostawił za sobą złoty wiek pokoju i pędzi wprost ku zagładzie. Tymczasem jest dokładnie przeciwnie. Żyjemy w najbezpieczniejszym, najbardziej pokojowym, najmniej brutalnym okresie historii!

W zamierzchłej przeszłości śmierć od nabitej krzemieniami maczugi, brązowego topora lub żelaznego miecza była na porządku dziennym. Jeszcze w średniowieczu współczynnik zabójstw na rok (czyli szansa na skończenie z nożem w plecach w każdym kolejnym roku) wynosił jeden do tysiąca, czasem nawet więcej. W kolejnych stuleciach ta liczba zmniejsza się ponad stukrotnie, docierając do współczesnych wartości znacznie poniżej jednej ofiary rocznie na 100 tys. Stoi za tym rozwój nowoczesnych państw, które zmono­polizowały przemoc, surowo i skutecznie karząc występek, a także odbierając prawo do krwawej zemsty. W ten sposób słynny Hobbesowski Lewiatan broni nas przed „wojną wszystkich przeciw wszystkim”. Równolegle do współczynnika zabójstw spada szansa na to, że padniemy ofiarą gwałtu, pobicia czy napadu z bronią w ręku. [Diagram 4]

Choć to żadne pocieszenie dla ludzi, którzy giną w Syrii, Iraku i Afganistanie, albo dla milionów uchodźców z Sudanu Południowego – to jednak nie tylko zabójstwa, ale także wojny są obecnie rzadsze i mniej krwawe niż w poprzednich epokach. W roku 2016 łączna liczba bezpośrednich ofiar wojen (wliczając w to także krwawe porachunki karteli narkotykowych w Meksyku) na świecie wyniosła ok. 100 tys. Jeżeli uwzględnić fakt, że planetę zamieszkuje już 7,5 mld ludzi – daje to poziom 1,3 ofiary na 100 tys., o którym przez znaczną większość swej historii ludzkość mogła jedynie marzyć. A trzeba powiedzieć, że ubiegły rok był na tle poprzedniej dekady szczególnie krwawy.

Oczywiście zostaje jeszcze terroryzm, którym media i politycy straszą nas ostatnio wyjątkowo chętnie. Jeżeli morderstwa i wojny są w odwrocie, to może przynajmniej żyjemy w epoce bezprecedensowej fali terroryzmu? Na szczęście i tutaj tropicieli apokalipsy czeka rozczarowanie. Choć niedawne zamachy z użyciem ciężarówek albo ataki bombowe w Londynie i Madrycie sprzed dekady poruszają wyobraźnię, inspirując głosy o „oblężonej Europie”, w rzeczywistości zarówno liczba ataków terrorystycznych, jak i liczba ofiar są na naszym kontynencie niskie w porównaniu chociażby z latami 70. XX w. W szczytowych momentach działalności ETA, RAF i IRA liczba ataków przekraczała tysiąc rocznie, a liczba ofiar – 400. Dla porównania: według danych Global Terrorism Database liczba ofiar terroryzmu w Europie w szczególnie krwawych latach 2015 i 2016 wynosiła nieco ponad sto osób rocznie, a w latach 2005-14 nie przekraczała kilkunastu (z wyjątkiem roku 2011 i masakry dokonanej przez Andersa Breivika, którego przypadek jako żywo nie pasuje do tezy o islamskiej inwazji).

Niewola

Kanonicznym czwartym jeźdźcem Apokalipsy powinna być wprawdzie sama śmierć, jednak zawsze miałem tu wrażenie pewnej redundancji. Wszak formą śmierci są i zaraza, i głód, i wojna. Kiedy próbuję opowiedzieć o tym, dlaczego czasy, w których przyszło nam żyć, są tak wspaniałe, kluczowy wydaje mi się nie tylko fakt, że w ogóle żyjemy (zamiast umierać z powodu zarazy, głodu i wojen), lecz także to, że coraz lepiej uczymy się cenić każde pojedyncze ludzkie (i nie tylko ludzkie) życie.

Kiedy narzekamy na teraźniejszość i fantazjujemy o przeszłości, wyobrażamy sobie samych siebie w lśniących zbrojach rycerzy albo krynolinach księżniczek. Tymczasem szansa, że urodzilibyśmy się na dworze lub w pałacu, jest niewielka. Znacznie bardziej prawdopodobne, że naszym udziałem byłby los jednego z milionów niewolników przez całe krótkie życie harujących w pocie czoła na cudzej ziemi. Bo jeżeli cofniemy się w przeszłość o 200 lat (lub praktycznie do dowolnego wcześniejszego okresu historycznego), trafimy do świata, którego większość populacji nie była wolna. Wszyscy słyszeliśmy o cierpieniach, jakich doświadczali czarnoskórzy niewolnicy na plantacjach bawełny. Zaczytując się Sienkiewiczem i fantazjując o szablach i kontuszach, rzadko myślimy o tym, że los polskiego chłopa wcale nie był lepszy. W opiewanej jako państwo szczęścia i tolerancji I Rzeczypospolitej chłop był w zasadzie niewolnikiem. Określenie „właściciel iluś tam wsi” należy rozumieć dosłownie. W szlacheckiej Polsce chłopi byli częścią majątku. Bez zgody pana nie mieli prawa opuszczać swej ziemi, ich wolność osobista była mocno ograniczona. Oprócz niesławnej pańszczyzny (w XVIII w. wypełniającej niemal cały czas chłopa) oraz świadczeń w naturze w wielu majątkach funkcjonowało także barbarzyńskie prawo pierwszej nocy. Uregulowane prawem zobowiązanie zmuszało chłopa, by nieliczne zarobione pieniądze przepijał w należącej do pana karczmie. Wyroki za zabicie chłopa przypominały bardziej kary za zniszczenie mienia niż za zamordowanie człowieka.

Wolność trudno jest sprowadzić do jednego współczynnika i przedstawić na wykresie, ale ostatnie 200 lat to w skali globu proces postępującej (nie bez trudu) emancypacji na wielu poziomach i w wielu obszarach. Emancypacja klasowa znosi podziały na wszechwładną arystokrację i żyjący w stanie niewoli plebs; emancypacja rasowa prowadzi do stopniowego zrównania praw ludzi o różnym kolorze skóry; emancypacja kobiet wyprowadza połowę ludzkości z absurdalnego stanu, w którym odmawiano jej prawa do samodzielnego dysponowania majątkiem, edukacji, głosowania czy wyboru partnera. Dziś w większości miejsc na Ziemi jest oczywiste, że prawa człowieka przysługują każdemu, bez względu na pochodzenie, kolor skóry i płeć.

Ostatnie stulecie to także odkrycie praw dziecka. Choć osiągnięcia w tym zakresie chętnie traktujemy jak oczywiste, w rzeczywistości są to nadzwyczaj świeże zdobycze cywilizacji! Jeszcze pod koniec XIX w. praca dzieci była czymś zupełnie oczywistym. Np. we Włoszech pracowało 80 proc. chłopców i 46 proc. dziewcząt przed 14. rokiem życia, w Wielkiej Brytanii – 36 proc. chłopców i 20 proc. dziewcząt. Dziś, według danych International Programme on the Elimination of Child Labour, w skali świata pracuje mniej niż 10 proc. dzieci, i to pomimo faktu, że definicję dzieciństwa rozciągnięto do 17. roku życia. Postęp w tej dziedzinie jest szczególnie imponujący w ostatnich latach. Od roku 2000 liczba pracujących dzieci zmniejszyła się z 246 mln do 168 mln.

Nie spoczywajmy na laurach

To, że żyjemy w najlepszych czasach, nie stanowi powodu do popadania w samozachwyt. Zwłaszcza że niewielka w tym nasza zasługa. Wraz z większymi niż kiedykolwiek możliwościami spoczywa na nas też większa odpowiedzialność.

Po pierwsze, w dobrych czasach jesteśmy bardziej niż kiedykolwiek odpowiedzialni za zło. Pod wieloma względami jest go w świecie mniej niż dawniej, tym bardziej jednak powinna nas razić wszelka niesprawiedliwość. Nie doceniając swego szczęścia, grzeszymy podwójnie. Bo nie tylko żyjemy w najlepszych czasach, lecz także w jednym z najzdrowszych, najbezpieczniejszych, najbogatszych i najbardziej wolnych zakątków świata. Chociaż chętnie postrzegamy Polskę jako uboższą krewną zachodnich potęg, na tle całości globu mieszkamy w kraju wyjątkowo zamożnym i spokojnym. Stanowczo stać nas na to, by przestać myśleć wyłącznie o podniesieniu własnego komfortu i zacząć pomagać tym, którym wiedzie się gorzej. W tak wspaniałych czasach każdy przypadek epidemii, głodu, przemocy i niewoli jest skandalem. Mamy możliwości, dzięki którym żadne dziecko nie musiałoby umierać z głodu ani cierpieć z powodu chorób, które są uleczalne. O pomstę do nieba woła też fakt, że w roku 2016 w różnych formach niewoli wciąż żyje niemal 46 mln ludzi (według Global Slavery Index). Większość przypadków śmierci czy niedoli nieuprzywilejowanych nie jest dzisiaj dziełem potężnych sił, których nie możemy kontrolować, lecz rażącym zaniedbaniem z naszej strony. Złem, na które pozwoliliśmy.

Po drugie, nic nie jest dane raz na zawsze. Trendy mogą się w każdej chwili odwrócić. Tam, gdzie nie ma chorób, łatwo zapomina się o dobrodziejstwach szczepień; gdzie brak głodu – zachłannie fantazju­je o willach, jachtach i sportowych samochodach. Sytym łatwo przeoczyć potężne zmiany klimatyczne, które w jednej chwili mogą pozbawić nas wszystkiego, co tak łatwo uznaliśmy za należne. W miejscach, w których od lat nie widziano wojen i coraz mniej jest zabójstw, narzeka się na nazbyt wtrącające się państwo i wzywa do rozdania broni obywatelom, żeby mogli bronić się sami, a czasem wręcz tęskni za opiewaną w pieśniach żołnierską przygodą. Wolni swą wolność uznają za oczywistą, zbyt często odmawiając jej innym.

Niesamowita poprawa losu, której ludzkość doświadczyła przez ostatnie dekady, nie jest wynikiem działania tajemniczych praw przyrody, lecz rezultatem splotu szeregu niezwykle skomplikowanych mechanizmów społecznych i szczęśliwych zbiegów okoliczności. Nie jest więc tak, że świat będzie zdrowszy, zamożniejszy, bezpieczniejszy i bardziej wolny niezależnie od tego, co będziemy robić. Apokalipsa faktycznie może nadejść w każdej chwili. Nie dlatego, żeby czterej jeźdźcy od lat się do nas zbliżali (bo, przeciwnie, dane pokazują, że choroby, głód, wojna i niewola są w defensywie), lecz dlatego, że kierując się błędnymi przesłankami, wielu ludzi wzywa do odwrotu od zdobyczy medycyny, rewolucji przemysłowej, rozbrojenia czy emancypacji. Dużo wskazuje wręcz na to, że jesteśmy właśnie w skali globalnej świadkami potencjalnego punktu przełomowego. Momentu, w którym bezprecedensowa poprawa życia może paść ofiarą własnego sukcesu. W zbyt wielu sytych, wolnych i spokojnych miejscach planety słychać dziś wezwania do radykalnej zmiany kursu.

Dlatego, choć żyjemy w czasach o wyjątkowo niskiej tolerancji dla przemocy, zróbcie wyjątek! Następnym razem, kiedy spotkacie kogoś, kto nazywa szczepionki „sekretnym ludobójstwem” albo postuluje rozdanie broni obywatelom „w obliczu zalewu wszechobecnej przemocy”, powiedzcie mu, żeby walnął się w pustą głowę. Najlepiej mocno.©

 

1.

LECH MAZURCZYK

Oto współczynniki śmiertelności dzieci dla Szwecji (najstarsze dostępne dane pozwalające zaobserwować długi trend), Polski oraz rekordzistów – Japonii (najniższa śmiertelność dzieci na świecie), Sierra Leone i Afganistanu (niechlubnie wysokie współczynniki). Wystarczy rzut oka, by dostrzec nie tylko wyraźny trend, lecz i imponujące tempo, w jakim poprawia się opieka medyczna. Dziecko urodzone dzisiaj w Sierra Leone ma większe szanse na przeżycie niż japońskie niemowlę zaledwie pięć dekad temu.

 

2.

Ten wykres zestawia oczekiwaną długość życia mieszkańca Wielkiej Brytanii (najstarsze dostępne dane), Japonii (najdłuższe życie), Sierra Leone (najkrótsze) i Polski. Z danych wynika, że mieszkaniec Anglii, który urodził się między XVI a XVIII wiekiem, mógł liczyć na 30-40 lat życia.

Dziś najprawdopodobniej będzie świętował 80. urodziny.

 

3.

Polska wieś nie była szczególna. Sto lat temu w większości domostw na Ziemi czymś wyjątkowym był nie głód, lecz jego nieobecność. Ekonomista Max Roser, jeden z twórców internetowego serwisu ourworldindata.org, przedstawia historyczne zmiany przeciętnego spożycia kalorii, przypadającego dziennie na mieszkańców różnych krajów Europy. Jeżeli przyjmiemy dzienne zapotrzebowanie na 2600 kcal, ostatnie trzy stulecia objawią nam się jako drabina prowadząca od nieustannego widma głodu do pełnej spiżarni.

 

4.

Ten wykres obejmuje tylko ostatnie kilkadziesiąt lat, jednak prowadzony przez Centre for Global Economic History katalog konfliktów od roku 1400, choć bardzo niekompletny, pozwala wnioskować, że pokojowy charakter ostatnich lat nie ma w historii precedensu. Na pierwszy rzut oka wojny sprzed XX stulecia wydają się znacznie mniej krwawe. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę ich liczbę, czas trwania, a także nieporównywalnie mniejszą populację globu, okaże się, że szansa na gwałtowną śmierć na polu bitwy była w krwawej I połowie XVII w. (wojna trzydziestoletnia) podobna jak podczas II wojny światowej. Europa ostatnich kilku dekad przedstawia się na tym tle jako arkadia.

 

Infografiki: Lech Mazurczyk

Dane do infografik opracował Marcin Napiórkowski na podstawie:
1. Clio Infra, wykres OurWorldInData.org/life-expectancy // CC BY-SA
2. Human Mortality Database i UN Child Mortality Estimates, wykres na podst. OurWorldInData.org/child-mortality // CC BY-SA
3. Dane zebrane przez Maxa Rosera (Our World in Data)
4. Wykres ma charakter poglądowy, poszczególne okresy rekonstruowano na podstawie nieco różniących się metodologią zestawów danych. Źródła danych: PRIO, Uppsala Conflict Project, The Decline in Global Violence Reality or Myth? (HSRP)

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Semiotyk kultury, doktor habilitowany. Zajmuje się mitologią współczesną, pamięcią zbiorową i kulturą popularną, pracuje w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzi bloga mitologiawspolczesna.pl. Autor książek Mitologia współczesna… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 36/2017