Winda w galerii handlowej przy placu Unii Lubelskiej. Wtaczam się z pełnym plecakiem, nieforemnie. Obok matka z wózkiem. W nim dziewczynka z podbitymi oczami, z cieniem po intensywnym płaczu. Marudzi bardzo. Matka: „No już, już, za chwilę wychodzimy”. Duszno, jakby upał przenikał przez gęstą zaporę klimy i przyczajał się w windach, instalacjach, przebieralniach. Są zaplecza, gdzie umie się wśliznąć. Dopiero co w kwiaciarni poczułam się osaczona lokalnym tropikiem. Klimatyzacja walczy o zaporę lodu, a upał podgotowuje łodyżki kwiatów, fermentuje zieleń.
A teraz stoimy w windzie i choć wiem, że ona się długo zastanawia, to coś jednak jest nie tak: upał? Mała zaczyna protestować: „Ja chcę iść!”. „Zuzia, zaraz ruszymy”. „Ja chcę iść”. Faktycznie, zacięło się. Matka się denerwuje: „Co będzie, co będzie, tu nie ma zasięgu, ja muszę wyjść już”. „Aha”. „Niech pani ruszy tą windą”. „U – zasępiam się – nie wiem nawet jak”. „Przepraszam, tak mi się powiedziało”. Światło gaśnie. „No nie!” – krzyczy matka. Dziecko zaczyna zawodzić. Dopiero teraz widzimy, że ekran windowy wyświetla nam filmik poglądowy o ibisie szkarłatnym. Na tym się zawiesił. „Patrz, patrz Zuzia. On zamieszkuje Amerykę Południową” – nalega matka. Zuzia patrzy się na mnie przez łzy: „Co zamieszkujesz?”. „Zamieszkuję Europę i nie jestem taka ładna”. Śmiejemy się, a Zuzia znów zawodzi. „Już nie rycz. Zobacz, jaki ibis jest piękny”. „Nie jest!”. „Jak to, tu pisze, że to piękny ptak”. „Nie!”. „Bo?”. „Bo ibis jest w klatce”. „Co ty, jest na wolności”. „Jest! Bo się na niego gapis
z. Jak na mnie. Wszyscy się gapią”. Winda ruszyła, dojechałyśmy.
Bydgoszcz, hotel Przystań, recepcja. „Będzie pani brała kajaka?”. „Hm, nie”. „Jest promocja na dwa, tylko trzeba ekipę zebrać szybko”. Recepcjonistka widzi mojego zeza. „Pani Gosia?”. „Nie, ja tu z festiwalu”. „Aaa, festiwal”. „No, literacki”. „To bez promocji”.
Hotel Przystań, siecze deszcz. Bicze wody wgniatają teren. Patrzę, jak zabiera się za parasole, atakuje plastikowe stoły, miażdży cherlawą roślinność hotelową. „Nie zdążylim schować parasola”. Nie zauważyłam, że tuż obok stoi pracowniczka i pali łapczywie. Wysysa, zjada papierosa: „Ja to lubię tak”. „Aha?”. „Taką jazdę w pogodzie”. „Ulewę?”. „No, idzie taki jak po swoje”. „? Deszcz?”. „Sukinsyn, dobry jest”. Zagrzmiało w apendyksie.
Lewiatan, szczyt zakupowy. Stoję za matką z dziećmi, starszą o kulach, gościem z siatą pustych butelek i dziewczynką z naręczem lodów. Ekspedient: „Kartę posiada?”. Matka dzieciom: „A opłaca się?”. „Ja tylko zapytuję”. „Ale opłaca się?”. „Założy pani, to żeberka Lewiatana w promocji”. „Lewiatana? Eee, nie”. Staruszka przy kasie. „Zapytuję o kartę”. „Nie mam”. „Możemy założyć”. „No nie wiem, wie pan, a jakie jeszcze części Lewiatana macie? Bo żeberek nie lubię”. Ekspedient: „?”. „No jakby się płetwa znalazła…”. Gość z butelkami: „Aj, ludziom odwala teraz”. Ekspedient: „Ja tylko zapytanie miałem”. „I dobrze, panie – śmieje się – wyszło na to, że nie ja jestem najgorszy”. Dziewczynka zapłaciła. Doszło do mnie: „Karta jest?”. „Nie ma”. „Warto”. „Żeberka”. Ekspedient na apatii: „I tak do wieczora będę powtarzał”.
Dzwoni staruszka od ciśnienia: „Pani Elizo, to jak będzie z tym krajem?”. „Hę? Skąd mam wiedzieć?”. „No miewa pani sny”. „Tak, ale nie prorocze”. „A to trzeba proroczych? Nieee, pani Elizo, ja myślę, że teraz bardziej wartościowe są sny-maligny”. „Może i racja”. „A na pewno. Co pani chce wyprorokować w sytuacji bez przyszłości”. „A, no to pani już wie, co będzie z tym krajem”. „Owszem. Ale każde czasy potrzebują Kasandry”. „Haha, Kasandry na miarę czasów”. „Ano”.
Autobus 159, dwóch starszych: „Myśli pan, że zaprzysiężenie pewne?”. „Oczywiście”. „Karol będzie prezydentem?”. „Będzie”. „Ja się ciągle boję, że oni to wywrócą”. „Coś pan. A co oni mogą”. „No niby sfałszowane…”. „Panie drogi, to jest gdakanie kury. »Sfałszowane, sfałszowane«. Nic więcej nie mają”. „No ale jednak doszli do władzy”. „Opatrzność dopuściła, by naród się w sobie odnalazł”. „No, ale politykę mamy podzieloną”. „Polityka to pozór, panie Tolku. Polityka to może chwilę przetrwać. A potem zaczyna się Polska”.
Pociąg, jazda do Olsztyna. Przy mnie trzy w wieku studenckim. Pierwsza: „Ej, a macie sny?”. Druga: „Rzadko i głupie”. „Sen nie może być głupi”. „Moooże”. „Tak się podobno podświadomka odczyszcza”. „No nie wiem, dla mnie są też głupie”. „To jaki miałaś głupi?”. „Śniło mi się, że wracam do szkoły”. „Klasyka”. „No, ale w tej szkole pracują ludzie ojca. Ci od transportu. Nie mogliby…”. Trzecia: „A pani się czasem coś śni?”. „Śni? Owszem. Ostatnio śnił mi się smok”.
Pierwsza: „Ooo, słodkie, to jak z bajki. Opowie pani?”. „No więc wychodzę na balkon dużego bloku mieszkalnego. Ma kształt walca”. Druga: „O, ciekawe”. „I siedzi sobie taki, rozmiaru średniego psa, liże łapę. Na mój widok nastroszył się. I wtedy zrozumiałam, że jestem łowiona”. Trzecia: „Co było dalej?”. „Dużo detali”. „Mnie się nigdy detale nie śnią”. „Mnie często. Udało mi się wbiec do mieszkania i zamknąć balkon, ale wiedziałam – wiedzą senną – że on sobie prędzej czy później poradzi, wejdzie. Biegłam w dół. Wskoczyłam do pierwszej lepszej toalety. O dziwo, było tam dużo toalet, jak w biurowcu. I usłyszałam piski”. „Oj”. „Gdy wyjrzałam, był już większy. I rzucił się za mną. Przeskoczyłam dwa piętra naraz, potem znów. A on rósł i rósł, z cienia sądząc. Wybiegłam, wskoczyłam do auta mojego ojca. Nie wiem, kto prowadził. Kiedy się obejrzałam, zobaczyłam nad blokiem cień wielkości trzech takich aut. I wiedziałam, że już nie wrócę”. „Ja bym na to wzięła Xanax”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














