Skwer Chorwacki. Spochmurniało, ale nie pada. Przy jednej ławce grupka licealistów. Pierwszy Młody: „Ej, idziecie na procesję?”. Drugi Młody: „No muszę”. „Bo?...”. „Matka nie odpuści”. „No, ale poszła na tę dużą w centrum”. „Wygoni mnie na naszą”. „Udaj, że wychodzisz do kościoła. I chodź na browara”. „Hehe, luz, mieszkamy przy Zakrzewskiej. Będzie w oknie siedzieć”. „Powiesz, że obchodziłeś blok od tyłu”. Młoda: „I tak masz dobrze”. Drugi Młody: „?”. „Chodziłam z poduszką, a teraz pomagam przy kwiatkach”. Pierwszy Młody: „Hanka, ej, ale ty jesteś lesba”. „Nooo”. „No i? Myślałem, że niekościelna jesteś”. „Niby, ale muszę odpracować”. „Bycie lesbijką?”. „Nieee”. „To co?!”. „No, bo ona nie wie”. „Bosz, obezwładniasz mnie”. Drugi Młody: „Powiedz jej”. „Zwariowałeś!”. Trzeci Młody: „Hej, prawda wyzwala”. Młoda: „Starą zabija”.
Spacer, Łazienki. Przysiadam z książką na ławce. Na sąsiedniej dwie staruszki. „Jutro Boże Ciało”. „Nie mów, że świętujesz”. „Ja nie, ale Marek chodził…”. „Bo zdewociał. Mój Adam się nigdy nie pogodził, że tak go pod koniec życia zniosło”. Milczą. „Nie mów tak, on się wzruszał. Wiesz, tym ludzkim przeżywaniem”. „Ale czym? Że pcha się taka procesja w okna i zaśmieca chodnik?”. „Nie, nie. Widział, że oni wierzą”. „W co?”. „No, że naprawdę wynoszą tego Jezusa z kościoła i błogosławią ulice. Klękają, bo idzie”. „A jednocześnie siedzi w niebie, nie? Świetne”. „Ech, Ludko, nie mam siły na dyskusję”. „Dobrze, odpuszczam, ale dziwię się”. „Ja tylko chciałam powiedzieć, że się wzruszał. Że ktoś wierzy w taką obecność. Marek się nie nawrócił, wiesz”. „Tym bardziej się dziwię, że wspierał ten folklor”. „Dla niego to nie był folklor”. „A co?”. „Nie wiem. Chyba wierność. On przy nich odpoczywał, bo chodzili bez dowodu”.
Pociąg z Krakowa. Przy mnie Ukrainka. Mówi świetnie po polsku, tylko akcent dekonspiruje. „Moja babcia Polka, mama ze mną po polsku. A pani czym się zajmuje?”. Odpowiadam. „A to ja tak chciałam. Ale jak urodziłam i wróciłam po jakimś czasie na doktorat, wybuchła wojna”. „Aha”. „Męża mi szybko zabili. Wie pani, taka scena: idę z wózkiem do parku. Siadam na ławce i straszny huk, straszny. Myślę: niemożliwe”. „Ten moment”. „Tak. Człowiek ma te sekundy, zanim się obróci. Huknęło, a ja sobie przypomniałam, jak się ojciec za moimi plecami przewrócił, kiedy ja do szkoły chodziłam. Obracam się: leży. Udar był. I w parku pomyślałam, że nie, że nie można mi tak”. „Uhm”. „A jak obróciłam się, zobaczyłam dym i ogień. I wiedziałam…”. „Że można”. „Wie pani, to jest taki moment, że pani ma serce w stopie. Taki ból, że się umiera prawie”. „Tak”. Płacze. „A tu wózek stoi. No i trzeba żyć. Z mężem mi wszystko spłonęło. Ale rodzina daleka pod Warszawą. Myślę: jadę. I od roku już tu”. „Co powiedzieć…”. „Nic. Ja się cieszę, że pani może pracować. Ja się cieszę za każdego, co przeżył. Wcześniej nie umiałam tak, ale wojna mnie nauczyła”. „Uhm”. „Ja myślałam: przeżyć bez celu? Po co? A teraz wiem: przeżyć to cel. Nie umiem wytłumaczyć tego”. „Nie trzeba”. „Może instynkt? Tak mówią. I dobrze. Życzę wszystkim dobrym ludziom: przeżyć. Ja nie życzę: zginąć jak mój mąż. Życzę: żyjcie. Taka, wie pani, moja… Jak się nazywa, jak ktoś powtarza, takie zaklinanie…”. „Mantra?”. „Mantra moja”.
Rozmowa z Rudą o maturach: „Wiesz, że mogę zdać”. „Przekonamy się niedługo”. „Tak, ale nie przestawaj wierzyć”. „Ba, wierzę w ciebie, choćbyś nie zdała”. „Tak, ale nie przestawaj wierzyć, że zdałam”. „Owszem, mam podstawy”. „Chcę się uczyć”. „Wiem”. „Nie zapominaj, że mi się udało”. „Tak”. „Zdobyłam mowę. Wszyscy to rozumieją”. „Tak, to wielka rzecz”. „Przypominam ci, że długo nie mówiłam”. „A wiem”. „A teraz przystąpiłam do matury”. „I nie załamałaś się”. Ruda na zdziwieniu: „Dlaczego miałam się załamać?”. „Wiesz, stres…”. „To jest nic. Mogę się uczyć, mam mowę. Matura to nic”.
Pociąg do Krakowa, tuż obok rodzina z dwójką dzieci. Matka: „Na komunię dostaniesz, jak brat”. Córka: „Ale ja mam upatrzony model”. „A ja mam wydatki. Na komunię będzie”. Ojciec: „Szkoda, że ja już wszystkie sakramenty stuknąłem”. Matka: „Nie psuj dzieci”. Córka do ojca: „Ty masz własną kasę. Ja muszę żebrać”. Matka: „Oj, nie bądź taka biedna”. Syn: „A mnie kupicie na bierzmowanie coś?”. Ojciec: „Jeszcze rok, nie zawracaj głowy”. Matka: „Musimy planować. Jeszcze chrzest po drodze”. „A co, masz dziecko na boku?”. „Głupi. Marta urodzi”. „Aaa. To ślub będzie?”. „Zmuszą ją. Bękart, te sprawy”. „I dobrze”. „Dla nas lepiej, jedna impreza”. „Ja bym kupił jakiś święty obraz”. Córka: „Obraz?! Porąbało was?”. Ojciec: „Świętą Rodzinę tanio kupię”. Matka: „Marta się wścieknie, że nie koperta”. Ojciec: „Eee, powiesz, że to cudowny obraz. I kasę wymodli”.
Autobus 116, dwie starsze. „Jak pani myśli, pani Zosiu, unieważnią nam te wybory?”. „E tam”. „Srożą się tylko?”. „Ależ oczywiście”. „No to po co takie cyrki?”. „Jak po co? Nic innego nie potrafią”. „Też prawda”. „Niech pani będzie spokojna, prezes im nie pozwoli”. „Prezes nie jest premierem”. „Prezes jest pomazańcem”. „Haha, pięknie powiedziane. To mnie pani uspokoiła”. „Oni przecież wiedzą, że przegrają. W Polsce nie mogą wygrać, pani Zosiu. Ten naród nie jest od tego”. „Prawda”. „Liczeniem się Polaka nie przekona”. „Tak”. „Po naszej stronie Matka Boska trzyma głosy”. „Tak, tak!”. „A jak trzeba, cud zrobi”. „!”. „Niech się pani nie martwi, pani Marysiu, liberały jak covid”. „Dobrze powiedziane”. „Postraszą, ale się nie przyjmą”. „Ano”. „To nie jest polska choroba”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














