Wykonano ją we wsi Majdan w obwodzie żytomierskim, na terenie sowieckiej Ukrainy. Z fotografii ślubnej z roku 1930 spoglądają na nas Emilia i Jan Korzeniewscy.
Niedługo na świat przyjdzie ich pierwszy syn: Ameryk, mój dziadek. Parę lat później, w 1936 r., zostanie wraz z rodziną deportowany do Kazachstanu. Jego młodszy brat Roman, urodzony w 1934 r., umrze wkrótce na kazachskim stepie – jedna z pierwszych ofiar zesłania.
Roman spocznie na prowizorycznym cmentarzu we wsi Krasnodolsk. To jedno z wielu polskich miejsc, rozsianych po terytorium Kazachstanu.
90 lat temu: deportacje Polaków i narodziny Krasnodolska
Krasnodolsk. Geneza tej wsi związana jest z polityką deportacyjną władz sowieckich, realizowaną w latach 30. XX w. Powstała właśnie wtedy, w 1936 r., jako rezultat przesiedleń Polaków i Niemców w ramach tzw. akcji deportacji przygranicznych.
Miały na celu „oczyszczenie” ówczesnego pogranicza Związku Sowieckiego z grup narodowych, które posiadały własne niepodległe państwa tuż za granicą i w oczach Moskwy mogły stanowić zagrożenie. W 1935 r. deportowano tak Finów, w 1936 r. Polaków, a rok później Koreańczyków z Dalekiego Wschodu.

Wysadzani z pociągów, wygnańcy często musieli zakładać zupełnie nowe osady – jak Krasnodolsk. Od 1936 r. aż po okres powojenny trafiały tu kolejne fale: Polacy (obywatele sowieccy, a po 1939 r. też obywatele II RP), Niemcy nadwołżańscy, narody Kaukazu.
Spotkanie tak odmiennych grup – różniących się językiem, religią i tożsamością – kształtowało specyficzną mozaikę społeczną. Jedynym wspólnym doświadczeniem była deportacja. Tak wyglądała sowiecka inżynieria społeczna w działaniu.
Wysadzono ich więc na stepie, w przestrzeni surowej. Pięknej w swym monumentalnym krajobrazie, lecz trudnej do życia. Długie zimy, ekstremalnie niskie temperatury i mało urodzajna gleba: to była ich codzienność. Z czasem doświadczenie zmagań z naturą i historią przekształciło się w fundament zbiorowej pamięci, przekazywanej kolejnym pokoleniom, urodzonym bądź przybyłym do tej wsi.
NKWD i czystka etniczna na sowieckim pograniczu
Masowe przesiedlenia z zachodnich obszarów ukraińskiej republiki, wchodzącej w skład Związku Sowieckiego, które zaczęły się w 1936 r., były elementem szerszej polityki represyjnej wobec grup uznawanych za politycznie niepewne.
W styczniu 1936 r. kierownictwo NKWD, tajnej policji, opracowało plan deportacji ludności z pogranicznych rejonów Ukrainy do Kazachskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Plan, zatwierdzony dekretem Biura Politycznego z 9 kwietnia 1936 r., przewidywał przesiedlenie 15 tys. rodzin z obwodów kijowskiego i winnickiego.
Wyrokiem dla nich stała się zaś przyjęta 28 kwietnia 1936 r. rezolucja (akt wykonawczy) nr 776–120 ss. Ten suchy urzędniczy dokument nie tylko pieczętował los tych ludzi, ale z chirurgiczną precyzją określił ramy ich nowej przymusowej egzystencji. Właśnie w tych paragrafach, spisanych na biurkach Rady Komisarzy Ludowych (sowieckiego rządu), zaplanowano zarówno logistykę wywózki, jak i surowe zasady „porządku gospodarczego”, który miał obowiązywać na kazachskim stepie.
Szukając przy tym pretekstu do „czystek”, władze sformułowały oskarżenia: Polakom i Niemcom przypisano – zbiorowo, bez żadnego śledztwa czy sądu – szpiegostwo, szerzenie antysowieckiej propagandy i aktywną działalność antykomunistyczną.
Droga na step i pierwsze ofiary zesłania
Rodzina Korzeniewskich została deportowana jesienią 1936 r., w drugiej (i ostatniej) fali tej konkretnej operacji.
Droga na wschód była przerażająca. Rafalina Korzeniewska, krewna moich dziadków, tak ją zapamiętała: „Załadowali nas na furmankę, przywieźli do Nowogrodu Wołyńskiego na stację i zapakowali do wagonów towarowych”.
Jechali dwa tygodnie. Rafalina: „Wyobraźcie sobie, że nawet ubikacji nie było, nic nie było. Jedna rodzina na górnych narach, druga na dolnych. Co dwie-trzy godziny pociąg zatrzymywał się i ludzie biegli, ktoś za trawą dla krowy, a ktoś za swoją potrzebą”.
12 czerwca dojechali do stacji Tajynsza. Rafalina: „Wyładowali, wsadzili na samochody i wywieźli tam, gdzie stały cztery długie namioty. (...) I wyładowali nas, i my w tych namiotach, rodzina obok rodziny, całe lato. Wokół jeden, nietknięty przez wieki step!”.
Na gołym stepie, w namiotach wojskowych spiesznie stawianych przez NKWD, zaczęło się ich nowe życie. Najtrudniejsza była pierwsza zima, ona też przyniosła najwięcej ofiar. Step, mróz, brak nadziei. Rafalina: „Łzy, płacz, pracowaliśmy, saman ten robiliśmy i chorowaliśmy. Przeżywaliśmy bardzo ciężko. Bardzo wielu ludzi zmarło. Jednej rodzinie, jak teraz pamiętam, o nazwisku Wróblewscy, trójka dzieci w ciągu doby zmarła”.
Jak polscy zesłańcy budowali życie od zera
Saman to słowo-archetyp. Pojawia się jak refren niemal w każdym wspomnieniu, w opowieściach o dzieciństwie, o domu i ziemi. To budulec, powstały z gliny i słomy. Prosty, ale fundamentalny materiał, z którego wzniesiono domy Krasnodolska i innych polskich wsi.
Saman nie jest jedynie tworzywem architektonicznym. Metaforycznie staje się symbolem formowania i podporządkowywania sobie stepu, przestrzeni nieujarzmionej. Glina i słoma, mieszane rękami i nogami ludzi, poddane rytmowi pracy i wysiłku, zamieniają się w masę, której nadaje się kształt. Z tej bezkształtności rodzą się cegły, z cegieł domy.
Bo przesiedleńcy trafiali do miejsc, które na mapach administracyjnych jeszcze wiosną 1936 r. nie istniały. Były tam jako tzw. toczki: punkty, które dopiero miały stać się wsiami.
Najwięcej transportów skierowano do obwodów północnokazachstańskiego (wytyczono tu 31 osiedli) oraz karagandyjskiego (tu powstało sześć wsi).
Historyk oceni dziś, że 80 proc. lokalizacji wyznaczonych do zasiedlenia nie było w żaden sposób przygotowanych na przyjęcie ludzi. Deportowani, zostawieni niemal sami sobie, musieli rzucić wyzwanie naturze: od podstaw budować i domy, i infrastrukturę. Podjąć morderczy wysiłek „oswojenia” stepu.
System nie dał im czasu. Państwo upomniało się o nowe osady i już pod koniec 1936 r. blisko 95 proc. z nich wciągnięto w tryby kolektywizacji, tworząc kołchozy, spółdzielnie rolne. Kołchoz organizował każdy aspekt życia: od pracy przez szkoły po opiekę medyczną.
Codzienność w Kazachstanie pod kontrolą NKWD
Nad tą fasadą normalności unosił się cień aparatu represji. Kołchozy były pod nadzorem spieckomendantur, urzędów NKWD. Ich komendant był panem życia i śmierci.

Oddajmy głos Rafalinie. Gdy ukończyła X klasę, władze zdecydowały, że będzie uczyć w szkole – brakowało nauczycieli. Ją skierowano do szkoły w Krasnodolsku, a jej przyjaciółkę do sąsiedniej Rostówki.
Przed rozpoczęciem roku szkolnego odbyła się narada nauczycieli. Rafalina: „Spotkałyśmy się na tej naradzie i ta przyjaciółka z Rostówki mówi: »Mam bardzo dobry zeszyt, z konspektami«. Bo my przecież młode byłyśmy. Uczyć dzieci, to trzeba było samemu coś umieć. »Mam dobre opracowania w tym zeszycie, weź, przepiszesz sobie, żebyś miała«”.
Dziewczęta pracowały w sąsiednich wsiach, a między wsiami nie było wolno się przemieszczać bez zgody NKWD. Rafalina przemknęła więc polami. „Przyszłam, wzięłam zeszyt. I zapomniałam, że wracać trzeba było tą samą drogą. Rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, ona mnie odprowadziła na drogę żwirową. No i ja idę do domu, czarna spódnica, biała bluzeczka. Słyszę, ktoś jedzie konno. Odwracam się. O Boże, to komendant”.
Wywiązał się dialog. „Dokąd idziesz?” – spytał. „Do domu”. „Gdzie byłaś?”. „Poszłam po zeszyt”. „Wsiadaj!”.
Pojechali razem konno do Kellerówki, siedziby powiatu. Do aresztu. Rafalina: „Dobrze chociaż, że miał trochę sumienia. Pojechał i powiedział mojej mamie, że mnie tam zostawił. Nie wiem, w jaki sposób, czy dyrektor... W każdym razie na drugi dzień do celi przyszedł kierownik rejonowego wydziału oświaty. Wszystko wyjaśnił i mnie wypuścili. I ja pieszo, 40 km, w ulewnym deszczu, wracałam do domu”.
Upadek Związku Sowieckiego i droga do repatriacji
Sowiecka inżynieria społeczna miała na celu nie tylko karanie obywateli. Równie istotnym celem było wykorzystanie deportacji do stworzenia nowego typu obywatela: człowieka sowieckiego, bez zakorzenienia we własnej tradycji, historii i tożsamości.
Jednym zaś z przykładów realizacji tej polityki była kwestia języka. W niewielkich wsiach, miejscach osiedlenia, skupiano przedstawicieli kilku narodów. Językiem komunikacji między nimi – i językiem kontaktu z władzą – był wyłącznie rosyjski. Stawał się on narzędziem integracji i zarazem podporządkowania, wzmacniał unifikację i kontrolę.
Eksperyment tworzenia „człowieka sowieckiego” poniósł ostatecznie klęskę wraz z upadkiem imperium w 1991 r. Dla społeczności, które tworzyli potomkowie deportowanych, był to jednak ciężki czas. Transformacjom towarzyszyły niestabilność ekonomiczna, bieda i bezrobocie, niepewność jutra. Dotkliwie odczuwali to także mieszkańcy Krasnodolska na początku lat 90. XX w.
Jako pierwsi ruszyli Niemcy. Już pod koniec lat 80. zaczęli wyjeżdżać do historycznej ojczyzny, w ramach procesu repatriacji. Polacy uzyskali możliwość wyjazdu do Polski w połowie lat 90., ale dopiero nowelizacja ustawy repatriacyjnej z 2017 r. stworzyła spójny system wsparcia. Dzięki tym regulacjom co roku do Polski przybywa kilkaset osób – potomków deportowanych.
Zakończenie szczęśliwe: powrót rodziny do Polski po ponad 80 latach
Wróćmy do rodziny Korzeniewskich. Mój przyszły dziadek Ameryk, zesłany jako czterolatek, do lutego 1956 r. pozostawał – jak wszyscy Polacy wywiezieni w 1936 r. – pod nadzorem delegatury NKWD. Wkrótce potem, po tamtej „odwilży”, poślubił Ewelinę z Grabowskich. Doczekali się pięciorga dzieci, a wśród nich mojej mamy, Galiny.
Po 2017 r. cała nasza rodzina osiedliła się w Polsce. Po ponad 80 latach jako potomkowie deportowanych otrzymaliśmy możliwość powrotu do historycznej ojczyzny.
Dla nas powrót ten był nie tylko aktem administracyjnym. Było to domknięcie wielopokoleniowego doświadczenia wygnania. Oraz początek odbudowy zerwanej ciągłości, pamięci i tożsamości.
Przywracanie pamięci
Historia deportacji Polaków, obywateli sowieckich, jest dziś słabo znana, pozostaje na marginesie zbiorowej pamięci. Muzeum II Wojny Światowej i Muzeum Pamięci Sybiru planują obchody rocznicy pierwszej deportacji Polaków do Kazachstanu. Będą się odbywać w różnych częściach Polski oraz w Kazachstanie. Mają nie tylko upamiętnić ofiary, lecz też włączyć ich doświadczenia w sferę publiczną – w szerszą narrację historyczną o przymusowych migracjach w XX wieku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















