Odyseja Ludmiły. Polska historia rodzinna, która zaczyna się w Chinach, a kończy w Armenii

Gdy latem 1953 roku za oknem po raz ostatni migały krajobrazy mandżurskiego Harbinu, dwunastoletnia Luda nie mogła wiedzieć, że właśnie zaczyna swoją podróż dookoła świata. Długą drogę do domu. O ile gdzieś jest jej dom.
z Erywania (Armenia)
Czyta się kilka minut
Fotografia dzieci i młodzieży z mandżurskiej Polonii w Harbinie z miejscowym księdzem Władysławem Ostrowskim, rok 1934. // Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Fotografia dzieci i młodzieży z mandżurskiej Polonii w Harbinie z miejscowym księdzem Władysławem Ostrowskim, rok 1934. // Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Była wietrzna niedziela 23 listopada 1953 r., gdy drobnicowiec „Kościuszko” wpływał do portu w Gdańsku. Na pokładzie, prócz rudy i kauczuku, wiózł ostatnich polskich przesiedleńców z Harbinu – miasta w Mandżurii, w północno-wschodnich Chinach.

12-letnia Ludmiła zaciskała palce na zimnej burcie, wiatr szarpał jej czarne warkocze. Nie mogła się doczekać, aż zejdą na ląd w tej cudownej Polsce, o której podczas podróży statkiem tyle opowiadał oficer kulturalno-oświatowy.

Jednak pierwsze wrażenie było zupełnie inne. Przed nimi rozciągał się zniszczony Gdańsk: morze ruin, przecinane kikutami kościelnych wież. Za plecami szumiał lodowato szary Bałtyk.

Taki dom. W Harbinie było inaczej. Nie zdawała sobie sprawy, jak często będzie powtarzać tę frazę.

Jak powstała polska mniejszość w Mandżurii?

Mandżurska Polonia, z głównym ośrodkiem w mieście Harbin, powstała na długo przed I wojną światową. Tworzyli ją inżynierowie, urzędnicy, kupcy, przedsiębiorcy, lekarze, pracownicy bankowi i sądowi, nauczyciele, właściciele ziemscy, a także oficerowie carskiego Korpusu Straży Granicznej.

Wielu z nich trafiło do Chin za sprawą budowy przez carską Rosję w 1898 r. Kolei Wschodniochińskiej – eksterytorialnej, liczącej ponad 1,5 tys. kilometrów magistrali kolejowej, która łączyła syberyjską Czytę z Władywostokiem nad Pacyfikiem. Skracając drogę między tymi dwoma ośrodkami, kolej przecinała terytorium chińskiego cesarstwa – wówczas upadającego i rozszarpywanego przez obce mocarstwa, które w Rosji upatrywało sojusznika w walce z coraz bardziej ekspansywną Japonią.

Nowa osada, Harbin, została założona przez Polaka Adama Szydłowskiego, który kierował ekspedycją naukową. Odkupił on od Chińczyków rozsypujący się budynek browaru, pod siedzibę Towarzystwa Budowy Kolei Wschodniochińskiej (kierowanego później przez Stanisława Kierbedzia).

Siedem tysięcy Polaków było w Harbinie prosperującą mniejszością

W rozmowach z ministrem spraw wewnętrznych car Mikołaj II miał wyrażać niepokój, że Polacy stanowią aż jedną piątą personelu inżynieryjno-technicznego, zajmującego się budową i eksploatacją tej kolei, często zajmując wysokie stanowiska.

Istotnie, było ich wielu – także w „otulinie” kolei. Polonia w Harbinie rozrastała się i na początku XX w. liczyła już ponad 7 tys. osób. Były tu polskie organizacje, szkoły, kościoły, wydawano czasopisma, rozwijał się handel. Polacy byli prosperującą mniejszością.

Kres czasom prosperity położył pogłębiający się chaos w Chinach, wywołany bratobójczymi walkami, później okupacją japońską, a po II wojnie światowej objęciem władzy przez komunistów. To oni doprowadzili do unicestwienia Polonii mandżurskiej.

Harbin – tu byli u siebie. Tak przynajmniej im się wydawało, do czasu. Przeżyli wojnę rosyjsko- japońską 1905 r., upadek dynastii Quing, walki Czang Kaj-szeka z komunistami, marionetkowe księstwo Mandżukuo, okupację japońską. Bywało różnie, ale po chińskiej wojnie domowej, gdy w 1949 r. wojska Kuomintangu wylądowały na Formozie (dziś Tajwan), a rząd pojałtańskiej Polski podpisał umowę z Chińską Republiką Ludową o ostatecznej likwidacji mandżurskiej Polonii – musieli wpisać się na listę repatriacyjną.

Tysiące ludzi szukały w Chinach schronienia przed czerwonym terrorem

Rodzina Ludmiły przybyła do Harbinu później niż większość tutejszych Polaków. Jej dziadkowie, Antonina i Wiktor Ozimowscy, uciekli z Błagowieszczeńska nad Amurem (ośrodka wydobycia złota) na chińską stronę Rzeki Czarnego Smoka: w Harbinie schronili się przed rewolucją bolszewicką.

Nie byli wyjątkiem. Tysiące mieszkańców Rosji różnych narodowości szukały w Chinach schronienia przed czerwonym terrorem. Z sześciorga dzieci Antoniny i Wiktora przyszła mama Ludmiły, w chwili ucieczki 9-miesięczna Anna, była najmłodsza.

Rodzinne spotkanie, jeszcze w komplecie, na wsi u dziadków Ozimowskich. Antonina i Wiktor Ozimowscy – dziadkowie Ludmiły – po wybuchu rewolucji bolszewickiej uciekli z Rosji do chińskiej Mandżurii, na chińską stronę Rzeki Czarnego Smoka. // Fot. Archiwim rodzinne Ludmiły Baranowej

Na urodzajnej równinie, nad Rzeką Sosnowego Kwiatu (Sungari), dziadkowie objęli gospodarstwo w osadzie Czingaus (kilka domów, nieopodal Harbinu). Hodowali bydło i drób, mieli 25 krów. – Tam było wszystko – wspomina dziś Ludmiła. – Sad, ogród warzywny. Dziadek zajmował się też pszczelarstwem. Często przyjeżdżali znajomi dziadków i urządzali polowania. Brat mamy, Wiktor, też polował. O, tu na zdjęciu trzyma mnie na rękach – pokazuje zdjęcie uśmiechniętego bruneta w bryczesach.

Potem Wiktor zniknął. Trafił do Jednostki 731: „laboratorium diabła”, japońskiego obozu w Pingfang na przedmieściach Harbinu, gdzie w czasie wojny chińsko-japońskiej 1937-45 dokonywano eksperymentów na jeńcach (po wojnie w Japonii długo był to temat tabu; wielu oprawców wykupiło się od kary, przekazując Amerykanom wyniki badań nad bronią biologiczną i chemiczną prowadzonych na więźniach).

Polacy i Chińczycy pod japońską okupacją

W Europie zaczynała się kolejna wielka wojna, gdy w polskim kościele św. Stanisława w Harbinie ślub wzięli przyszli rodzice Ludmiły, Anna i Aleksiej Baranow. Mama pracowała w kawiarni, tata był mechanikiem i kierowcą (możliwe, że pracował dla jednego z najbogatszych harbińczyków: Władysława Kowalskiego, który miał koncesję leśną wzdłuż Kolei Wschodniochińskiej).

Szampanki” na Rzece Sosnowego Kwiatu (Sungari). Nad jej brzegiem, niedaleko Harbinu, dziadkowie Ludmiły objęli gospodarstwo. // Fot. Archiwim rodzinne Ludmiły Baranowej

13 września 1941 r. na świat przychodzi Ludmiła, zdrobniale Luda. Jest wątła i często łapie choroby. Rodzice chętnie wyjeżdżają na wieś do dziadków; pomagają w gospodarstwie i odpoczywają. – Czasem jechaliśmy dorożką, bo dziadek Baranow, uczestnik wojny japońsko-rosyjskiej w 1905 r., uwielbiał konie, miał własną konną dorożkę. Nazywała się zabawnie: „Pijany kuczer”. Pamiętam „szampanki”, łodzie rybackie na rzece Sungari. Pięknie było.

– A zimą – ożywia się pani Luda – kiedy Sungari zamarzała, wujek Olek, brat mamy, chodził nad rzekę i przynosił na plecach lód. Chowaliśmy go do piwnicy, to była nasza lodówka. Wielu Chińczyków zarabiało zimą, sprzedając lód.

Bogata w węgiel, rudy żelaza, ropę i aluminium Mandżuria kusiła nie tylko Rosję, ale i Japonię. Prowokując konflikt z Chinami, w 1931 r. Japończycy dokonali jej aneksji i okupowali aż do września 1945 r., gdy skapitulowali.

Pod okupacją Polakom nie było łatwo. Ale Chińczycy byli w gorszej sytuacji, okupanci traktowali ich jak podludzi. Ludmiła: – Wujek Olek nosił teraz na plecach ze wsi od dziadków mleko, narażając życie, bo było to zabronione. Czasem Japończycy dawali dzieciom sajki, małe bułki. Pomagaliśmy naszym sąsiadom Chińczykom, a oni nam, tak jak mogliśmy.

W komunistycznej Polsce miał czekać na nich dobrobyt

Gdy Europa zaczynała lizać rany po II wojnie, w Państwie Środka wciąż kipiał wewnętrzny konflikt: bili się komuniści, nacjonaliści i zwykli zorganizowani przestępcy. W 1946 r. dziadków napadli hunhuzi (chińscy bandyci). Zabrali, co mogli. Dziadka katowali, dopóki nie oddał im schowanego złota. Z gospodarstwa zostały dwie krowy i cielak.

1 października 1949 r. Mao Zedong proklamował Chińską Republikę Ludową. Pod rządami komunistów życie okazało się jeszcze trudniejsze. Nieprawomyślnych zsyłano do łagrów, brakowało jedzenia.

Wśród Polaków w Harbinie coraz częściej mówiło się o repatriacji. Ci, których było na to stać, emigrowali do Australii i Ameryki. Inni się wahali. Tych delegat rządu PRL zapewniał, że w Polsce czeka na nich dobrobyt, że rząd w Warszawie za wszystko zapłaci, da mieszkania i pracę.

Rodzice Ludy długo się zastanawiali. W międzyczasie, w lipcowy poranek 1949 r., odprowadzili na dworzec rodzinę mamy: dziadków Ozimowskich, którzy odjechali w wygodnych chińskich kuszetach, aby po dwóch dniach na granicznej stacji Mandżuria Pogranicznaja przesiąść się do zatęchłych tiepłuszek, które przez Azję i pół Europy zawiozą ich do Polski. Osiądą w Elblągu.

Ludmiła zaczyna swoją podróż dookoła świata

Ludmiła pamięta, że rodzice odkładali decyzję o wyjeździe najdłużej, jak mogli, ale w końcu przyjęli paszport repatriacyjny.

Pociąg do Phenianu (dziś Pjöngjang) toczył się przez most na Sungari. Za oknem migały po raz ostatni krajobrazy Harbinu. Luda nie mogła wiedzieć, że właśnie zaczyna swoją podróż dookoła świata.

Potem były trzy letnie dni spędzone pod gołym niebem w stolicy Korei Północnej, w oczekiwaniu na statek do miasta Dalian w północno-wschodnich Chinach; dziś to jeden z największych portów świata. Przyszło im czekać na statek do Polski tak długo, że matka i ojciec Ludy podjęli tymczasową pracę w porcie (ona jako kierowniczka magazynów, on jako elektryk).

W końcu popłynęli – statkiem towarowym „Kościuszko”, należącym do polsko-chińskiego armatora Chipolbrok. Prócz ładunku zabrał on na pokład trzy polskie rodziny, razem 12 osób.

Statki pod polską banderą omijały sankcje nałożone na Chiny

W czasach nasilającej się zimnej wojny i morskiej blokady Chin takie rejsy miały charakter tyleż gospodarczy, co polityczny. Liczne kraje Zachodu nałożyły sankcje na komunistyczne Chiny – najpierw za pokonanie Kuomintangu, a potem za wsparcie militarne dla Korei Północnej, która w 1950 r. zaatakowała Koreę Południową.

Statki Chipolbroku, z polsko-chińską załogą, pływały oficjalnie w rejsach handlowych, po wodach międzynarodowych, gdzie pozornie nic im nie zagrażało. Amerykanie i Chińczycy z Tajwanu nabrali jednak podejrzeń, że ich ładownie zawierają towary zakazane przez reżim sankcyjny. W 1953 r. zatrzymali pierwszy statek pod polską banderą, nazywał się „Praca”.

Ale tego wszystkie Ludmiła wówczas nie mogła wiedzieć. Wspomina, że była to niesamowita podróż: – 72 dni na morzu. W Szanghaju zrozumiałam, dlaczego Morze Żółte nazywa się żółte. Nazwa nie kłamie, ono jest takie na skutek mułów nanoszonych przez rzekę Jangcy. Na chińskiej wyspie Hajnan mieliśmy pięciodniowy postój, na statek ładowano rudę żelaza. Oczekiwanie skracały nam spacery po plaży i napawanie się widokiem palm.

Przez morza Azji, Afryki i Europy

Ludmiła: – Gdy zbliżaliśmy się do Tajwanu, dostaliśmy zakaz wychodzenia na pokład. Po jakimś czasie mieliśmy spotkanie z „Pracą”, która potem została wzięta do niewoli przez Chińczyków z Tajwanu. Załogi wymieniły się filmami, potem oglądaliśmy je na rozwieszonych prześcieradłach na pokładzie. Pamiętam tytuły, były to radziecka komedia „Iwan Iwanowicz się gniewa” i „Zaorany ugór”, ekranizacja powieści Szołochowa.

Pamięta widok Singapuru („niezapomniany”) i postój w Kolombo na Cejlonie (dziś Sri Lanka), gdzie ładowano kauczuk: – Zwiedziliśmy zoo i przeżyliśmy przejażdżkę na słoniach. Tam dokuczały nam monsunowe deszcze, ale gdy potem przez dwie doby płynęliśmy przez Morze Czerwone, parzył nas wiatr od Sahary.

I dalej: – Widoki niebywałe, najpierw ludzie pchający prowizoryczne taczki w Arabii Saudyjskiej, a potem brzeg Egiptu mieniący się światłami kawiarni. Przy Kanale Sueskim czekał nas arabski jarmark. Egipcjanie na łódkach podpływali i dostarczali nam żywność.

Potem było Morze Śródziemne („najpiękniejsze z mórz”), a po minięciu Gibraltaru sztorm. Kanał La Manche przepłynęli „w ogromnej mgle”. Jeszcze tylko Kanał Kiloński i już dobijali do portu w Gdańsku.

– To był cudowny czas. Załoga odnosiła się do nas ciepło. Był tam lekarz, pan Duszyński, uczył nas polskiego. Zapamiętałam wiersz „Abecadło z pieca spadło”. Kochany człowiek, zaszczepił we mnie bakcyla medycyny – mówi Ludmiła, która została potem pielęgniarką. – Tato pomagał na statku, za co kapitan chciał mu płacić, ale tato powiedział, że Polska zrobiła dużo dla jego rodziny. Wtedy od kapitana dostaliśmy owoce i słodycze.

Pomorze Zachodnie: nowa ojczyzna „Mandżuraków”

Hotel Orbis w Szczecinie stał się na kolejne miesiące przystanią dla Ludy, tak jak dla wielu „Mandżuraków” (tak się sami określali) i innych przesiedleńców z całego świata. Dziś Książnica Pomorska, publiczna biblioteka w Szczecinie, ma bogatą kolekcję harbinariów – podarowaną przez mandżurskich Polaków, którzy osiedli na Pomorzu Zachodnim.

Ludmiła na szkolnej fotografii z Nowej Soli, 1954 r. // Fot. Archiwum rodzinne Ludmiły Baranowej

Rodzice się rozstali. Mama zamieszkała u rodziny Ozimowskich w Elblągu z dwójką dzieci, Mikołajem i Ireną, a Luda pojechała z tatą do Nowej Soli. Tam, na Dolnym Śląsku, tato pracował jako mechanik w państwowym przedsiębiorstwie autobusowym, a Luda skończyła piątą klasę podstawówki. Na starannie złożonym świadectwie szkolnym widnieje  data: 25 czerwca 1954 r.

Ludmiła: – Potem przenieśliśmy się do Bornego Sulinowa. Mój tato był Rosjaninem, ale nawet w tym zamkniętym sowieckim mikroświecie nie mógł się odnaleźć. Gonił obraz przedrewolucyjnej Rosji, znanej tylko z opowiadań jego ojca. Choć tak naprawdę gnała go tęsknota za domem, za tym w Harbinie.

Jak Ludmiła została stewardessą na Bajkale

W 1956 r. Aleksiej, głuchy na wszelkie argumenty, podejmuje decyzję o wyjeździe do Związku Sowieckiego: do niewielkiego miasta Starodub w obwodzie briańskim (dlaczego akurat tam, tego nie ma w rodzinnym przekazie).

Luda jedzie razem z nim. Koleją. Granicę przekraczają w Brześciu i od razu dziwi ich, że w pociągu w lampach naftowych są świeczki zamiast nafty. Gdy po przyjeździe chcą kupić chleb, słyszą, że chyba z nieba spadli, jaki chleb. Toalet w domach też nie ma. Taki dom.

Pomału oswajali sowiecką rzeczywistość. Tato podjął się pracy spawacza. Luda zaczęła naukę w szkole. Chciała studiować medycynę, ale nie dostała się na studia do Charkowa.

Wyjechała w stronę Harbinu – do Irkucka, gdzie uczyła się na pielęgniarkę. Była bystrą brunetką o błękitnych oczach, łatwo znalazła pracę jako stewardesa na pasażerskim wodolocie „Rakieta” kursującym po Bajkale. Załoga, składająca się z dwóch kapitanów, dwóch mechaników i trzech stewardes, sunęła po lazurowych wodach jeziora cztery razy dziennie.

Zdarzały się specrejsy z wyjątkowymi osobami na pokładzie. Bywali różni ludzie, ale tylko Kim Ir Sen, przywódca Korei Północnej, pamiętał o prezentach dla załogi: – Wszedł niski mężczyzna ubrany na biało, usiadł po turecku w fotelu w pierwszym rzędzie, a na koniec wręczył kapitanom skórzane torby, mechanikom białe figurki pegazów, a nam, stewardesom, płaszcze przeciwdeszczowe. Wtedy to był luksus.

Emerytka Ludmiła w stolicy Armenii

W układance nadbudówek i dobudówek z różowego tufu, krytych rdzawą blachą lub eternitem, w pajęczynie ulic i przesmyków posowieckich osiedli – w Erywaniu, stolicy Armenii, odnajduję w końcu zapisany na kartce adres. To ślepa uliczka. Najpierw wybiegnie mały rozszczekany pies, a po chwili w żelaznej bramie pojawi się siwiuteńka jak gołąb pani Luda.

Za tą bramą roztacza się jej królestwo: placyk po teściach, otoczony zielenią, z sadem i ogrodem warzywnym, a także z parterowym domkiem. Przez całe życie nie była w stanie go wykończyć: bo wojna, bo samotne wychowywanie dzieci, bo śmierć syna, bo choroba.

Przyszłego męża – przystojnego żołnierza, pochodzącego z Armenii – poznała na tańcach. Dla niego rzuciła studia w Irkucku, „Rakietę” na Bajkale i przyjechała do Erywania.

Pracowała tutaj w laboratorium, jeszcze długo po tym, jak formalnie przeszła na emeryturę. Tymczasem nabrzmiewała kolejna zmiana: rozpad Związku Sowieckiego i wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach (wtedy wygrana przez Ormian). A w międzyczasie trzęsienie ziemi, które uderzyło w Armenię 7 grudnia 1988 r. Wtedy siostra jej ojca – ta, która miała włosy aż do ziemi, a z Szanghaju wyemigrowała do Brazylii – przysłała kilka dolarów pomocy.

To był, jak dziś wspomina, czas niemal bez prądu, gazu i wody. Dojmujące zimno i wielogodzinne kolejki po chleb. W domu dwoje małych dzieci. Mąż, Ormianin, wyjechał za pracą do Rosji i przepadł. Przestał przysyłać pieniądze, nie dawał znaku życia. Nie przyjechał nawet na pogrzeb syna. Dopiero po 33 latach zapukał do drzwi. Schorowany, przyjechał umrzeć.

Luda: – Dwa lata leżał w stołowym pokoju. Nie byłam w stanie koło niego chodzić, choć jestem pielęgniarką, córka się nim opiekowała.

Ludmiła Baranowa, Erewanń , 2024 r. // Fot. Aleksandra Majdzińska

Fotografie z Elbląga

Poza córką, z rodziny Ludmile została dzisiaj tylko siostra w Donbasie. Pani Luda czasem do niej telefonuje, ale ostatnio nie może się dodzwonić. Kiedyś, dawno, pisała listy do rodziny, która została w Polsce, pod Elblągiem. Ale kontakt urwał się jeszcze w latach 70. XX w.

– Mam tylko ich adres, ale pewnie nieaktualny. Oraz to – Ludmiła pokazuje fotografię młodej kobiety.

Latem 2024 r. odnajduję Izabelę z fotografii. W białym domku z gankiem za tujami, na skrzyżowaniu koło kościoła, w lewo na Tolkmicko. To żona Olka – tego, który nosił na plecach lód z Sungari.

Olek już nie żyje, Izabela mieszka sama. Po mężu zostały świadectwa jego urodzenia z Harbinu i fotografie. Olek dotarł do Polski inną drogą niż Luda: lądową, jednym z dwóch transportów z Harbinu, w sowieckich bydlęcych wagonach. Na fotografiach z archiwum Izabeli odnajduję też Ludę: z mamą, z tatą, z wujkiem Wiktorem, którego zamęczyli Japończycy.

***

Pod rozłożystym orzechem, przed domkiem w Erywaniu, pijemy kawę po ormiańsku, z tygielka.

Słucham opowieści 83-letniej pani Ludy, szukam życia w pożółkłych zdjęciach.

– Kiedy oglądam telewizję, często do siebie mówię: o, tu byłam, tu też byłam, tu też. Można pomyśleć, że na starość coś mi się w głowie poprzewracało. Ale tak było. Ja tam naprawdę byłam – pani Luda patrzy przed siebie, na bawiące się koty, ale myślami jest daleko.

Tekst zrealizowano przy pomocy finansowej województwa pomorskiego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 17-18/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Odyseja Ludmiły