Żeby nie ględzić. Edytorial ks. Adama Bonieckiego

Moje wspomnienia z lekcji religii, a miałem ją przez całe gimnazjum w szkole, to przeplatanka tych dobrych i złych. Uczniowie, pokolenie powojenne, czasem nieco przerośnięte, na pewno nie było pokoleniem łatwym.
Czyta się kilka minut
 / GRAŻYNA MAKARA
/ GRAŻYNA MAKARA

Co jakiś czas pojawia się wiadomość, że na lekcje religii chodzi mało młodych ludzi lub – prawie nikt nie chodzi. Nie przepisuję tu tych danych, bo są wciąż fragmentaryczne, ale przecież wiem, że sytuacja jest – mówiąc oględnie – kiepska. Wiem, że z „chodzenia na religię” rezygnuje wielu i nawet jeśli wiadomości złe dla Kościoła są w mediach częściej eksponowane, to i tak pokazują one tendencję dość powszechną – niezadowolenia z lekcji religii. Nie pomoże tu żadne oburzenie biskupa na uczniów ani środki administracyjne używane dla powstrzymania odpływu. Oczywiście kontekst kulturowy i miejsce w nim religii dynamicznie się zmieniają, a młodzież – sekularyzuje. Zajmuję się tu wyłącznie tymi, którzy może by i poszli, ale… No właśnie, jakie jest to „ale”?

Nawet jeśli odgrywa tu rolę stosunek do przedmiotu nieobowiązkowego i chęć uwolnienia się od niekoniecznego ciężaru, to trudno nie spytać, czemu jest, jak jest. Moje wspomnienia z lekcji religii, a miałem ją przez całe gimnazjum w szkole, to przeplatanka tych dobrych i złych. Uczniowie, pokolenie powojenne, czasem nieco przerośnięte, na pewno nie było pokoleniem łatwym. Pamiętam dobrze: uczniowie wzorowi na jednej lekcji, na innej byli nieznośni. I nie strach tu decydował, lecz osoba profesora. Odnosiło się to także do lekcji religii. Dlaczego jeden jezuita (u Reytana w Warszawie uczyli jezuici) miał spokój w klasie, a inny – bałagan? Z jakiego powodu u kolejnych dwóch katechetów było cicho i spokojnie, choć nigdy się specjalnie nie zajmowali utrzymywaniem ładu, a u trzeciego (wciąż się zmieniali) odrabialiśmy inne lekcje lub po prostu robili cokolwiek innego? Odpowiedź jest zaskakująco prosta. Wykład pierwszych dwóch był fascynująco ciekawy. Trzeci nudził. Był w zakonie – jak się znacznie później dowiedziałem – ważną postacią, cieszył się autorytetem i nie umiał uczyć. Potem miałem jeszcze jednego katechetę, księdza diecezjalnego. Jako dobry i religijnie nastawiony uczeń bardzo się starałem uważać na jego lekcjach i było to po prostu niemożliwe. Ględził.

Nie wiem, czy mam rację, ale podejrzewam, że dzisiejsze trudności z lekcjami religii polegają na tym samym. Kiedyś rozmawiałem z kolegą, który został biskupem. Twierdził, że z założenia święceń kapłańskich udziela się ludziom przygotowanym do uczenia religii. Rozmawialiśmy wiele lat temu, a ja nie mogę zapomnieć tego twierdzenia, właściwie przekonania. Tak jak nie wszyscy uczeni są w stanie uczyć w szkole, tak nie wszyscy księża są w stanie prowadzić lekcji religii. Trudno, tak jest. Nie mówię o profesjonalnym przygotowaniu nauczycielskim, choć i tu pewnie można by sporo zrobić, lecz o talencie do nauczania. Dla jednych uczenie – także religii – jest fascynującą przygodą, terenem poszukiwań i własnych doświadczeń, dla innych wieczną torturą.

Nie chcę się rozwodzić nad rzeczami oczywistymi, ale nie wiem, czy oczywiste jest twierdzenie, że nie każdy ksiądz jest dobrym katechetą, a szkody wyrządzone przez tego niedobrego idą dalej w życie. Niestety, wysłanie księży na to pole nie przyniosło dobrych rezultatów. Przygotowanie katechetów musi być specjalne i co więcej, musi eliminować ludzi, którzy się do tego nie nadają.

Pisałem o katechetach z moich czasów. Nie wiem, jak jest teraz w szkołach podstawowych, nigdy w nich nie uczyłem, choć słyszę, że zdarzają się w nich rzeczy i straszne, i śmieszne. Jednego jestem pewien, na pewno sam fakt bycia księdzem nie daje gwarancji talentów ani kwalifikacji nauczycielskich. Na pewno program nauczania można udoskonalić, może gruntownie zmienić, ale to nic nie da wobec słabości tych, którzy uczą religii. Nie tylko w szkole. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2022

W druku ukazał się pod tytułem: Żeby nie ględzić