Doczekaliśmy się redukcji lekcji religii z dwóch godzin tygodniowo do jednej, ewentualności łączenia klas na religii itd. Prawdę mówiąc, obawa czegoś takiego towarzyszyła już przywróceniu religii do szkoły w 1990 r. Było wiadomo, że nie jesteśmy przygotowani do tego powrotu. Opowiadali ci, co pamiętali czasy przedwojenne, o specjalnej kategorii księży – mianowicie „prefektów”. Wiem, że nie wszędzie byli, wiem, że także i oni nie zawsze stawali na wysokości zadania, ale na ogół była to kadra nauczycielska, przygotowana i nadająca się do tej pracy. Jak było, tak było, w każdym razie, kiedy u nas religia wróciła do szkół, nie mieliśmy kadry przygotowanej do uczenia w szkole.
Oby teraz nowy program okazał się lepszy niż ten, który nie zdał egzaminu. Jednak nawet doskonale przygotowany program nie wystarczy, jeśli nie będzie ludzi, którzy lekcje będą prowadzić ciekawie. Bo lekcje religii mogą być ciekawe, ale mogą też być mało interesujące. Mnie trzy lata religii (w męskiej wówczas szkole Rejtana) uczyli jezuici. Nie mieli problemów z dyscypliną, bo to, co mówili, było ciekawe. W kolejnym roku szkolnym nastał kolejny jezuita, podobno postać wybitna, jednak z pewnością nienadająca się do uczenia w gimnazjum. To było żałosne.
Pamiętam rozmowę na ten temat z jednym z biskupów, moim kolegą z lat seminaryjnych. Z całym przekonaniem bronił tezy, że każdy, kto zostaje wyświęcony na księdza, może uczyć religii. Ja byłem i jestem przekonany, że nie każdy. Istnieje na pewno wrodzony talent, albo ma się, albo się nie ma zdolności do mówienia w sposób przykuwający uwagę. Oczywiście, są ludzie merytorycznie nieprzygotowani, są też ludzie leniwi i o tych nie mówię. Ale są też ludzie, którzy nie potrafią mówić w sposób przykuwający uwagę. Myślę, że takim człowiekiem był nasz trzeci katecheta u Rejtana. Bardzo się starał, ale naprawdę nie mógł.
To, że lekcje religii są fakultatywne, jest dobre. Bo jak wszystko, co fakultatywne, mogą być świetne, pasjonujące, przyciągać ludzi swoją treścią – a nie przymusem chodzenia. Oczywiście zawsze znajdą się tacy, którzy nie będą chcieli chodzić na religię, jaka by ona nie była, ale to będą wyjątki, jeśli lekcje będą ciekawe. Ciekawe, nie znaczy, że opierające się na pytaniach uczniów i usiłowaniach odpowiedzi księdza. Lekcja musi zawierać dobrze przygotowany wykład.
Dobre przygotowanie krótkiego wykładu to oczywiście ciężka praca. Nie będę się rozwodził nad tym, ile wykładający musi mieć już w głowie, żeby przygotowanie samej lekcji było wartościowe. Ksiądz, który wiedzę swoją ogranicza do jednego skryptu zachowanego z seminarium, nigdy dobrze nie będzie nauczał religii (ani niczego innego).
Żywię wiele szacunku dla tych, którzy opracowują programy katechetyczne. Nie mam wątpliwości, że uczestniczą w tym ludzie znający zarówno tych, dla których te programy (skrypty, podręczniki itp.) są robione, jak i to, co chcą przekazać. Szacunek szacunkiem, ale pytanie pozostaje otwarte: dlaczego młodzi ludzie przestają chodzić na lekcje religii? Nawet jeśli odpowiedzi na to pytanie jest kilka, mnie interesuje jedna – chyba prawdziwa: lekcje religii nie dotykają rzeczywistych problemów. Nie dotyczą naszego życia – myślą uczniowie i z lekcji religii znikają. Po prostu szkoda im czasu.
Czy lekcje religii muszą być nudne? Nie, nie muszą, a nawet nie mogą. Tam, gdzie spotyka się religia i życie, jest dopiero ciekawie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















