Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Zabawy w Europę

Zabawy w Europę

05.11.2012
Czyta się kilka minut
Białoruś i Ukraina poszły w ostatnich kilkunastu latach innymi drogami rozwoju polityczno- -gospodarczego, jednak żadna z nich nie prowadziła do zbliżenia z Unią Europejską. Paradoksalnie okazuje się, że Mińsk i Kijów są dzisiaj w podobnym miejscu.
Demonstracja opozycji w Mińsku, 19 grudnia 2010 r. Fot. Natalia Ablażiej / BELARUS PRESS PHOTO
O

Obaj nasi wschodni sąsiedzi znajdują się daleko od Europy i niebezpiecznie blisko Rosji. Przyczyn tego stanu należy szukać w sytuacji wewnętrznej tych państw, polityce rosyjskiej, ale do pewnego stopnia również w niechęci Unii do otwarcia im perspektywy członkostwa.

Białoruś – w odróżnieniu od Ukrainy – nie deklaruje, że jej celem jest integracja z Unią. Stanowisko Mińska wybija się nawet na tle państw północnoafrykańskich, z których większość podpisała już umowy o strefie wolnego handlu z Brukselą i jest zainteresowana dalszą integracją ekonomiczną z rynkiem unijnym. Tymczasem relacje białorusko-unijne z każdym rokiem są gorsze, a perspektywy ich poprawy wyglądają mgliście.

Stąpanie w miejscu

Najważniejszą – a tak naprawdę: jedyną – przeszkodą w ułożeniu normalnych stosunków na linii Mińsk–Bruksela jest charakter systemu politycznego na Białorusi. Aleksandr Łukaszenka, jego twórca i główny beneficjent, widzi w Unii zagrożenie dla swojej władzy. Z perspektywy Łukaszenki podstawową wadą współpracy z Brukselą jest łączenie rozwoju tych relacji z demokratyzacją reżimu. Dla Łukaszenki równałoby się to końcowi jego rządów. W rezultacie w ostatnich latach pomiędzy Mińskiem a Brukselą można było obserwować długie okresy zamrożonych kontaktów, na zmianę z którymi przychodziły krótkie ocieplenia.

Patrząc na obecne relacje białorusko-unijne trudno być optymistą. Gdyby jednak wybiec w przyszłość i przyjąć, że na Białorusi zapanuje kiedyś demokracja, to wówczas by się okazało, że droga tego kraju do zbliżenia z Unią może być krótsza niż Ukrainy. Mniejszy kraj i gospodarka, a więc mniejsza skala wyzwań i problemów do rozwiązania. Ważne jest również, że idea integracji z Europą cieszy się poparciem dużej części Białorusinów.

Pozory europeizacji

Ukraińskie władze niezmiennie od lat deklarują, że ich celem jest przystąpienie do Unii. Akcesję popierają niemal wszystkie najważniejsze partie polityczne i ogromna część mieszkańców kraju. Problem jednak w tym, że za deklaracjami polityków nie idą działania, które przybliżałyby Ukrainę do Europy. Po Pomarańczowej Rewolucji wydawało się, że kraj wejdzie na drogę reform, które urealnią europejskie marzenia. Jednak na przeszkodzie szybko stanęła polityczna niestabilność.

Paradoksalnie, po wygranej Wiktora Janukowycza w wyborach prezydenckich w 2010 r. Ukraina zaczęła dokonywać postępów w zbliżeniu z Brukselą. Kluczowe było zamknięcie negocjacji nad umową stowarzyszeniową i będącą jej częścią umową o pogłębionej strefie wolnego handlu. Dokument zakłada przyjęcie przez Kijów części unijnego dorobku prawnego i może być ważnym instrumentem modernizacji. Niestety, nie udało się postawić kropki nad i. Z powodu skazania na karę więzienia Julii Tymoszenko umowa – z woli Brukseli – nie została podpisana, a jej przyszłość pozostaje niejasna.

Ukraińskie władze sprawiają wrażenie, że nie rozumieją, o co Unii chodzi ze sprawą Tymoszenko, uznając, że „miejsce przestępców jest w więzieniu”. Nie chodzi już jednak tylko o los byłej premier, ale o budzący zaniepokojenie stan ukraińskiej demokracji. Czasami wydaje się, że Ukraina chciałaby integracji z Unią, ale na własnych warunkach. Skazanie Tymoszenko (ale także m.in. Jurija Łucenki, byłego ministra spraw wewnętrznych) pokazuje, że priorytety wewnątrzpolityczne biorą górę nad deklarowanymi celami w polityce zagranicznej. To zaś skłania do wątpliwości, czy część elity rządzącej Ukrainą, wbrew deklaracjom, rzeczywiście zainteresowana jest realnym zbliżeniem z Unią. Integracja oznaczałaby bowiem konieczność implementacji europejskich norm i standardów, większej transparentności życia politycznego, zmiany reguł funkcjonowania gospodarki itd. A to byłoby zagrożeniem dla interesów części ukraińskiego establishmentu.

Białoruś i Ukraina tracą czas niezbędny dla potrzebnych im modernizacji i reform. Każde z tych państw ma swoją specyfikę, ale żadne nie było w stanie odejść od poradzieckiego modelu polityczno-gospodarczego, który łączy się z autorytaryzmem (Białoruś), oligarchizacją gospodarki (Ukraina) i korupcją jako nieodłączną częścią systemu. Tymczasem zbliżenie z Unią przyczyniłoby się nie tylko do systemowej modernizacji, ale również – co kluczowe – do umocnienia państwowości. Łatwo dziś zapominamy, że Ukraina i Białoruś obchodziły niedawno dopiero 21. rocznicę ogłoszenia niepodległości.

W cieniu Rosji

Przez ten czas oba państwa przebywały w pewnego rodzaju strefie buforowej między jednoczącą się Europą a szukającą tożsamości Rosją. Wyraźnie widać jednak, że kończy się koniunktura międzynarodowa, która to umożliwiała. Unia przechodzi najpoważniejszy w historii kryzys wewnętrzny i wciąż nie jest jasne, w jakim kształcie się z niego wyłoni. Rezultatem tego jest m.in. osłabienie możliwości oddziaływania na państwa Europy Wschodniej, które znalazły się daleko w hierarchii unijnych priorytetów. Rosja zaś widzi w tym szansę dla siebie. Nie przypadkiem właśnie teraz Moskwa forsuje projekt integracji poradzieckiej: jest to priorytet prezydenta Władimira Putina. Moskwa zdaje sobie sprawę, że sytuacja zmienia się na jej korzyść. Również dlatego, że Białoruś i Ukraina przeżywają poważne problemy gospodarcze z perspektywą ich pogłębienia w najbliższych miesiącach.

O ile Białoruś już uczestniczy w rosyjskim projekcie unii celnej i ma ograniczone możliwości manewru w polityce zagranicznej, o tyle Ukraina konsekwentnie odmawia udziału w tej strukturze. Moskwa zdaje zaś sobie sprawę, że bez Kijowa jakikolwiek poradziecki projekt integracyjny będzie niepełny. Dlatego też Kreml za pomocą różnych instrumentów próbuje „przekonać” ukraińskie władze i społeczeństwo do korzyści związanych z przystąpieniem do unii celnej. Zablokowanie podpisania umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z UE jest więc na rękę Moskwie. Bowiem wbrew wielokrotnym deklaracjom rosyjskim zbliżenie jakiegokolwiek państwa z obszaru WNP z Brukselą jest dla Moskwy nie do przyjęcia.

Mierzyć siły na zamiary

Sytuacja w Europie Wschodniej musi budzić coraz większe zaniepokojenie. Czy w ubiegłych latach Polska mogła wpłynąć na polityczne wybory dokonywane przez liderów ukraińskich albo Łukaszenkę? Odpowiedź musi być negatywna. Najbardziej spektakularna próba przechylenia szali na korzyść sił, wydawałoby się, proeuropejskich, którą była Pomarańczowa Rewolucja, po latach okazała się porażką z powodu destrukcyjnego konfliktu w obozie „pomarańczowych”. Dzisiaj polskie możliwości oddziaływania na rozwój sytuacji za Bugiem wyraźnie się zmniejszyły. Walka z kryzysem Unii angażuje większość naszych wysiłków i jest naturalnym priorytetem Warszawy.

Co można zrobić, aby sprzyjać zbliżeniu Ukrainy i Białorusi do Unii? Z pewnością na Wschodzie należy mierzyć siły na zamiary. Bez złudzeń – jedynie społeczeństwa i elity tych krajów mogą zmienić sytuację. Nie znaczy to, że nie powinniśmy stawiać sobie ambitnych celów, które jednak muszą być realistyczne. Warszawa w dalszym ciągu pozostanie adwokatem tych państw w Europie, ale nie tyle z pobudek ideowych, co we własnym strategicznym interesie. Z pewnością należy walczyć o podpisanie i wejście w życie umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą. Długofalowo będzie to sprzyjać europeizacji tego kraju. Istotne jest nieustanne przypominanie zachodnim stolicom, że Kijów i Mińsk są ważne dla Brukseli i ich europeizacja leży w interesie unijnym. Paryż, Rzym czy nawet Berlin regularnie o tym zapominają. Być może brak perspektywy członkostwa dla Ukrainy po 2004 r. w jakimś stopniu przyczynił się do negatywnych procesów w tym kraju.

Ważne jest rozwijanie programów pomocy rozwojowej, kierowanej na mądrze wybrane obszary. Istotne są naukowe programy stypendialne dla młodych ludzi: wiele mogłoby zmienić rozszerzenie programu Erasmus o państwa Europy Wschodniej. Przede wszystkim jednak Polska w dalszym ciągu powinna służyć elitom tych krajów jako przykład udanej transformacji. W atrakcyjnym modelu, który warto naśladować, tkwi nasza największa siła.

Wojciech Konończuk jest analitykiem w Ośrodku Studiów Wschodnich, kierownikiem Zespołu Białorusi, Ukrainy i Mołdawii.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]