Reklama

Dalekie ognie Brukseli

Dalekie ognie Brukseli

18.12.2005
Czyta się kilka minut
Rok temu byłem przygotowany na wszystko: na oszustwa wyborcze, na areszt, na wprowadzenie stanu wojennego lub nawet na wojnę z Federacją Rosyjską. Nie byłem zaś przygotowany na to, że pojawi się Majdan. Bo nie byłem przygotowany na taką reakcję ludności Ukrainy, przekształconej w naród.
Sylwester 2004 roku na kijowskim Majdanie
M

Mało kto liczył też na pomoc Unii Europejskiej, widząc jej bezzębną politykę wobec Białorusi. Nic nie wskazywało, że Bruksela odważy się popsuć swe stosunki z Moskwą. Pewne nadzieje wiązano z USA i Polską, ale Ameryka słabo angażowała się w problemy Ukrainy, a Polska nie wyglądała na gracza, który mógłby powstrzymać “rosyjską lokomotywę".

Zresztą nie tylko ja byłem pesymistą. Miliony Ukraińców demonstrowały brak wiary we własne siły, a władze nie mniej uporczywie potwierdzały gotowość “na wszystko": od bezprawnych milicyjnych aresztowań i “pogadanek" z bezpieką, po bandyckie napady. Zresztą fenomenu Majdanu nie przewidzieli ani Juszczenko, ani Tymoszenko. Liczono na masowe akcje protestu, ale nie na totalne.

Okazało się, że ludzie są gotowi na wszystko. Wyjazd do Kijowa traktowali jako misję, a nie uczestnictwo w “akcji protestu". Po wsiach i miasteczkach Galicji odprowadzano ich, paląc ogniska po obu stronach dróg. Ale wątpię, czy ukraińskie chłopstwo myślało o integracji europejskiej, gdy wysyłało swoje dzieci na Majdan “na poszukiwanie prawdy".

Podobnie pewnie było w politycznych środowiskach Unii Europejskiej. Europejscy deputowani solidaryzowali się ze spektaklem ukraińskiego oporu, ale gdyby zapytano ich o szanse na integrację Ukrainy - nawet nie o wejście do UE, ale o szanse - to ich odpowiedź byłaby bardziej niż ostrożna. Majdan dla Brukseli był wybuchowo-optymistyczny, ale wejścia do Unii nie przewidywał. Zresztą Majdan miał tylko dwa oczekiwania: do starej władzy, by uznała Juszczenkę za prezydenta, i do Boga, by nie dopuścił do przelewu krwi.

Kiedy mimo wszystko zwyciężyliśmy, okazało się, że Ukraina ma szansę na europeizację. O europejskości Ukrainy pleciono od początku jej niezależności w 1991 r. Proces ten dreptał jednak w miejscu. Ale czy była to wyłącznie wina Ukrainy?! To, czego Ukraina nie zrobiła, było jasne. Ale czy “stara" Europa dawała jej niezbędne sygnały? Nie jestem pewien. Na pewno polityka europejska Kuczmy oparta była jedynie na deklaracjach, ale czy warto zrzucać wszystko na niego? Zresztą ten wzajemny brak dawania sygnałów dobrze odzwierciedla przysłowie: “czemuś durny? boś biedny; a czemuś biedny? boś durny".

Kijów: szybciej! Bruksela: wolniej!

Dlatego na razie europejska polityka Juszczenki przypomina odmianę religii połączonej z kurtuazyjną miłością - ot, takie sobie poszukiwanie świętego Graala. Tylko byleby nie odbiło się to na wyniku wyborów parlamentarnych wiosną 2006 r., po których do władzy mogą wrócić nie mniej romantyczni zwolennicy agresywnej “miłości po rusku".

Juszczenko zwyciężył z jasnym “proeuropejskim programem", zobowiązując się przed społecznością światową i swym elektoratem. Nie jestem pewien, czy to był najważniejszy punkt jego programu. Ale mimo wszystko po raz pierwszy w historii Ukrainy wizytówką jej przywódców stało się pogłębienie integracji z Europą. Po raz pierwszy przedstawiciel władz wymógł, by Ukraina wybrała jeden kurs: na Zachód.

Początkowo obraz Juszczenki był skrajnie “zbiorowy": każdy widział w wodzu to, co chciał, a ten łagodnie pozwalał w to wierzyć. Później, po próbie otrucia go, gdy wydarzenia rozwijały się zbyt gwałtownie, nikt nie pytał już o “wiarygodność" programu Juszczenki - chodziło o to, by zatrzymać groźbę, jaką stanowił Wiktor Janukowycz. Czy więc Juszczenkę na Ukrainie rzeczywiście uważano za kandydata prozachodniego? Niby tak. Na pewno nie chciano kasować “wektora moskiewskiego" (w pełnym rozumieniu tego słowa) ani w biznesie, ani w polityce, gdyż większość “wewnętrznych sponsorów" kampanii Juszczenki związana jest finansowo z Rosją. Liczono, że uda się powoli zintegrować z Unią przy milczącym przyzwoleniu Moskwy.

Aż dziw bierze, że “idei europejskiej" nikt prócz Juszczenki na Ukrainie nie wykorzystuje. Na wschodzie kraju dominuje podsycana przez Moskwę “idea braterstwa słowiańskiego" i “euroazjatyckiej" wyjątkowości Ukrainy. Idea “europejska" nie występuje również wśród elit postsowieckich. Jednym z antyeuropejskich argumentów (wykorzystywanych w polemice wyborczej na południu i na wschodzie) jest “polskie bezrobocie, powstałe w wyniku wstąpienia do Unii".

Do dziś największym problemem zwolenników integracji europejskiej na Ukrainie jest to, że pod gradem krytyki nie mogą jasno określić, po co Ukrainie potrzebne jest wejście do Unii. Niestety, na Ukrainie integracja pozostaje w sferze liturgii czy też magicznego rytuału; jest ceremonią sakralną, a nie zwykłym administracyjnym procesem. Na integrację nakłada się proces modernizacji państwa, mający niewiele wspólnego z tym, co stało się w Polsce 10 lat temu. Jednak, mimo problemów z samoidentyfikacją (według Centrum im. Razumkowa jedynie 33 proc. Ukraińców uważa się za Europejczyków, a 60 proc. nie ma takiego poczucia), Ukraińcy pozostali narodem eurooptymistów. Do dziś żyjąc w bantustanie, w postsowieckiej zagrodzie dla ludzi drugiej kategorii, nie stracili wiary w Unię i swą nieazjatyckość. Mimo że w czasie poprzedniej kampanii “janukancy" robili wszystko, by zdyskredytować ideę integracji europejskiej, to ich wysiłek okazał się niewystarczający.

Ale ze smutkiem należy stwierdzić, że nie ma pewności, czy Unia polubiła nas po Pomarańczowej Rewolucji. Przeciętny eurokrata nie żyje kategoriami kultury, a sprawami ekonomii. I do dziś mamy dwa tempa procesu integracji: ukraińskie sprinterskie (osiągnąć jak najwięcej do marcowych wyborów parlamentarnych) i europejskie (im wolniej, tym lepiej).

Na Ukrainie do dziś nie ma poczucia “namacalności" Unii. Dla większości jest ona tak samo realna, jak telenowela “Santa Barbara". Adekwatny do tego jest stosunek do “europejskiej telenoweli": nie każdy zwykły Ukrainiec wierzy, że mógłby odnaleźć się w wirtualnym raju. Zaś przykładów realnego doświadczenia Europy jest tyle, co kot napłakał: według wspomnianego Centrum im. Razumkowa jedynie 25 proc. Ukraińców odwiedziło kiedykolwiek Unię, a 55 proc. w ogóle nie było za granicą! Najwięcej “turystów" było w Rosji (28 proc.), Polsce (9 proc.) i Białorusi (6 proc.). Stąd ukraiński poziom eurooptymizmu (40 proc. we wrześniu) skłonny jestem uznać za superwysoki! Mimo wszystko Ukraińcy wierzą w Europę, żwawo wspierając leniwych ukraińskich urzędników z nieistniejącego ministerstwa ukraińskiej eurointegracji!

Mierz siły na zamiary

Na Majdanie nie pytano, czy Juszczence uda się wprowadzić Ukrainę do Unii. Pytanie stawiano inaczej: czy Ukraina wróci do Rosji, czy też zachowa niepodległość?

Ale potem “pomarańczowa" Ukraina nie potrafiła przebudować aparatu państwa zgodnie z nowymi zasadami, dokonując wymiany elit rządzących, bo w znacznej mierze była ich kontynuacją. Dlatego zasady pracy urzędników pozostały sowieckie, zachowała się biurokracja, choć nie była już dominująca, jak za Kuczmy. Kwitnie jednak niekompetencja urzędników, gdyż kryterium ich doboru jest przynależność do klanu, protekcjonizm i osobista wierność; absurdalnie brzmią nie tak sporadyczne słowa o “miłości do Wiktora Andrijowycza" [Juszczenki - red.]. Często za integrację odpowiedzialne są dzieci nomenklatury sowieckiej, absolwenci nieistniejących już uczelni, w błyszczących garniturach i ostronosych trzewikach podobni do przemytników alkoholu z czasów prohibicji, niebudzący zaufania u ludzi z Komisji Europejskiej, którzy w ubiorze preferują wiktoriańską wybredność.

W czasach kuczmizmu w wystąpieniach zachodnich polityków najczęściej dało się słyszeć, że to Ukraina daje Brukseli niewystarczające sygnały. Walka o eurointegrację rozpoczęła się przecież nie na Majdanie; na przestrzeni lat na tym niewdzięcznym ołtarzu złożono niemało ofiar. Unia ich nie dostrzegła. Ale od razu po rewolucji nadzieje na integrację kwitły: eurodeputowani z pomarańczowymi wstążeczkami, Solana i Kwaśniewski, reakcja Waszyngtonu i, co najważniejsze, ustępstwo Moskwy. To może w nagrodę eurointegracja?! Dlatego tak zabolały słowa komisarz ds. polityki zagranicznej Unii Benity Ferrero-Waldner, że Unia nie powinna czynić przedwczesnych działań celem wprowadzenia doń Ukrainy. Ogłosiła to 25 stycznia, gdy w trzecim dniu prezydentury Juszczenko występował na sesji Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w Strasburgu.

Na Ukrainie do dziś nie utworzono ministerstwa integracji europejskiej; byłem rozczulony podpisaną na szczeblu państwowym umową między polskim Urzędem Komitetu Integracji Europejskiej i jego nieistniejącym ukraińskim odpowiednikiem. Rząd również słabiutko dba o promocję Ukrainy za granicą. Np. lwowski Instytut Rozwoju Miasta wydał po polsku pierwszy numer czasopisma “Ukraina", które miało sprzyjać promocji; planowano wydawać je też po angielsku. Czasopismo zaprezentowano Juszczence w styczniu w Warszawie. Wszyscy uznali, że to dobry projekt, ale pieniędzy na rozwój nikt nie dał. To niestety zjawisko powszechne. Są też sukcesy, ale niepoważnie brzmi podawanie jako przykładu osiągnięć w sferze “kontaktów międzyludzkich" organizacji Dnia Europy na Ukrainie (Kijów, Odessa, Donieck).

Realna perspektywa dla Ukraińców to twardy gospodarczo-surowcowy dyktat Moskwy, podczas gdy poparcie Unii wygląda mgliście. Unia nie pragnie patronować wschodnim sąsiadom. W razie szantażu energetycznego Moskwy wobec Ukrainy Bruksela ograniczy się do dwulicowego wzruszania ramionami i stwierdzenia, że “to przecież gospodarka, to przecież stosunki dwustronne". Powstaje wrażenie, że przyklaskując Ukrainie i budząc nadzieje podczas rewolucji, Europa dziękowała za ciekawe widowisko, dodając, że “nic nie obiecywała".

Ukraińcy mają świadomość, że “stara" Europa sceptycznie patrzy nie tylko na nowych członków, ale i na potrzebę dalszego rozszerzania. Czy więc Ukraina powinna zrezygnować ze swoich interesów? Nie! Trzeba robić malutkie kroczki, choć po Pomarańczowym Zwycięstwie była nadzieja, że wystarczy wypowiedzieć magiczne słowa “odwieczna europejskość Ukrainy" i Juszczenko na białym koniu wjedzie do Brukseli. Na pewno bierność Europy będzie największym rozczarowaniem dla Majdanu i uderzy w Juszczenkę, bo według większości Ukraińców (64 proc.) właśnie on dotąd najbardziej pozytywnie wpływa na rozwój stosunków z Unią.

Jednocześnie w świadomości społecznej współpraca z Unią nie przekłada się na życie codzienne. Do Moskwy można jechać bez wiz. Na Majdanie nie liczono nawet, że Juszczenko przyprowadzi Ukrainę do Unii. Wierzono jednak, że w razie demokratycznego zwycięstwa Unia zmiłuje się i przewartościuje swój stosunek do Ukrainy.

Wielowektorowy Kijów

Integracja europejska Ukrainy znów jawi się jako proces “wielowektorowy" - zależy bowiem nie tylko od Ukrainy (z całym zbiorem jej problemów), ale także od psychologicznej gotowości państw Unii do ujrzenia Ukrainy w swym gronie - i od naporu Kremla. Inaczej niż w przypadku Kuczmy oraz jego kłamliwych deklaracji (mówił, że chce do Unii, ale naprawdę wcale nie chciał), nowa władza “chce do Unii, ale nie może".

Wysocy rangą urzędnicy ukraińscy komentując unijny Plan Działań [Action Plan - zbiór bardzo skromnych unijnych działań wobec Ukrainy - red.] zachowują służbowy optymizm. Jeśli jednak w “dialogu politycznym i reformach" sukcesy rzeczywiście istnieją, to są one niewystarczające w “ekonomicznych i społecznych reformach i rozwoju" oraz w “handlu, reformach rynkowych i regulacyjnych".

Chyba największym problemem jest brak ogólnoukraińskiej zgody w sprawie integracji europejskiej, nie mówiąc już o dążeniu do NATO. Wrogowie Juszczenki są coraz bardziej aktywni, a jego sojusznicy milczący albo nieporadni. Istnieje nie tylko problem “braku gotowości Ukrainy", nie tylko tego, “co" przeszkadza Ukrainie zostać członkiem np. WTO, ale również problem tego, “kto" to robi, m.in. w Radzie Najwyższej. Do dziś istnieje potężne prorosyjskie lobby, mające oparcie w ideologicznej ograniczoności i konserwatyzmie komunistyczno-janukowyczowskiego elektoratu. Dla tego lobby, dla tych klubów parlamentarnych stolicą w dalszym ciągu pozostaje Moskwa, która dała “sygnał", by nie dopuścić do uchwalenia ustaw pozwalających Ukrainie na wstąpienie do WTO przed Rosją. Kluby te finansowane są przez ukraińskich monopolistów, bojących się napływu światowego kapitału i konkurencji.

Przed wyborami Juszczenko został zakładnikiem własnego euroentuzjazmu. Jeśli więc Unia nie zrobi dla Ukrainy więcej, oznaczać to będzie, że Europa sama spycha Ukrainę do trumny “przyjaźni" ukraińsko-rosyjskiej.

Kijów i Bruksela oczekują na wynik wyborów parlamentarnych w 2006 r., które będą kryterium “demokratyczności" Ukrainy i określą jej perspektywy na najbliższe, decydujące lata. Dlatego przed wyborami partie, zarówno lewicowe, jak i, co gorsza, prawicowe, grać będą kartą “niewchodzenia" do Unii. Tę grę wspierać będzie Moskwa. Przez fatalny zbieg okoliczności w tej sprawie interesy “kieszonkowych" nacjonalistów i czerwonego obozu (uzależnionego od promoskiewskiego biznesu) będą zgodne.

Podstawowe pytanie

Mimo dialogu z Kijowem, Unia nie dawała gwarancji, a jedynie mgliste “sygnały", że niby drzwi są otwarte dla każdego. Ale tryb wizowy nie ulega uproszczeniu, inwestycje są niezauważalne, do pracy Ukraińcy dalej jeżdżą nielegalnie, a najgorsze, co się może wydarzyć, to zamknięcie przez Polskę ukraińskiego okna na Europę.

Jest zrozumiałe, że dla adaptacji Ukrainy do Europy brakuje wszystkiego: kadr, bazy prawnej, woli politycznej. Ale powiedzmy jasno: nie tylko woli Kijowa. To prawda, że Ukraina sama hamuje swoje wejście do struktur europejskich niskim poziomem ekonomii i powolnością reform, zbyt wielką korupcją, nieadekwatnym realnym poziomem demokracji. Ale czy rzeczywiście Juszczenko mógłby radykalnie zmienić wszystko, nie ryzykując, że zagrożony zostanie cały projekt “pomarańczowej" Ukrainy? Na pewno nie. Jeśli przyjrzymy się postępowi ukraińskich reform, to właśnie na Juszczenkę spada największy ciężar odpowiedzialności za sakramentalne “wszystko". Nawet za niepowodzenia, nieefektywność i populizm rządu Tymoszenko winowajcą okazał się Juszczenko.

Problem polega na tym, że do dziś brakuje szczerości w stosunkach między “starą" Europą i Ukrainą przy omawianiu perspektyw jej członkostwa. Niby używane jest to samo słowo (eurointegracja), ale w Kijowie i Brukseli ma ono różną treść. Czasem powstaje wrażenie, że przeciw członkostwu Ukrainy jest nie tylko Rosja, ale także urzędnicy z Brukseli. Ukraina zaczyna przypominać Kopciuszka, który powinien “zrobić-nie-wiadomo-co", i to jak najszybciej.

Bieg Ukrainy do Europy przypomina pościg za horyzontem: niezależnie od szybkości, cel pozostaje tak samo daleko. Europejscy biurokraci znajdą, jeśli zechcą, mnóstwo powodów, by trzymać Ukrainę za “aksamitną" kurtyną.

Bez odpowiedzi pozostaje podstawowe pytanie, czy rzeczywiście Europa chce widzieć w swoim towarzystwie Ukrainę? I czy gotowa jest wyjść jej naprzeciw? Widać natomiast, że do integracji europejskiej łatwiej przekonać górników z Doniecka niż Francuzów.

Przełożył Andrzej Zelwak

ANTIN BORKOWŚKYJ jest filozofem, wykładowcą Uniwersytetu Lwowskiego, redaktorem pisma “Ji" (Lwów). Obecnie stypendysta na Uniwersytecie Warszawskim. Tekst jest skróconą wersją wystąpienia w dyskusji “Rok po Pomarańczowej Rewolucji - Ukraina bliżej Europy?" w Fundacji Batorego.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]