Wydaje mi się, że mniej więcej od 15 lat narastają w Europie cztery główne zbiorowe lęki. Kto potrafi je dostrzec i sformułować na nie odpowiedzi satysfakcjonujące dla wyborców – co, rzecz jasna, nie znaczy: konstruktywne, adekwatne i dobre, bywa, że dokładnie na odwrót – ten zyskuje poparcie i wygrywa wybory. Kto zaś je ignoruje albo deprecjonuje tych, którzy się lękają, prędzej czy później zbiera tego polityczne żniwo.
Jakie to lęki? Pierwszy – przed szeroko rozumianymi problemami wywołanymi masową migracją, porażką projektu multikulti, konfliktem kulturowym. Drugi – przed zanikiem lokalności, tradycyjnych przywiązań i sposobów życia, w tym regionalnych i narodowych tożsamości, które, przemieszane w wielkim tyglu, wyblakną, a w końcu zanikną. Trzeci – wzmocniony zwłaszcza w pandemii – przed nieprzewidywalnością, niestabilnością, brakiem jasnych szlaków, którymi da się w życiu podążać przed siebie, do jakiejś zadowalającej pracy, rodziny, poczucia autonomii, spokoju, spełnienia. Czwarty – aktywowany 24 lutego 2022 r., intensyfikujący i radykalizujący pozostałe, a zarazem rosnący na ich pożywce – przed wojną, przed końcem świata, jaki znamy, katastrofą, utratą bezpieczeństwa, okrucieństwem, przemocą i śmiercią.
Z uwagi na rozmaite sploty interesów, wartości, wizji, teorii, przypadków, błędnych rozpoznań i decyzji liberałowie i lewica, choć mówią w wielu sprawach odmiennymi głosami, rozminęli się i rozmijają w ostatnich latach z tymi czterema lękami. Nie potrafią sformułować na nie przekonujących remediów, a bywa, że negują ich istnienie, zarzucając ludziom, którzy je zasadnie lub bezzasadnie żywią, że skoro się boją, to znaczy, iż cechują ich jakieś charakterologiczne czy moralne defekty. Np., że skoro obawiają się konsekwencji napływu migrantów do swojego kraju czy miasta, dowodzi to automatycznie, że są ksenofobami i egoistami, którzy odwracają się od ludzi w potrzebie.
W 2017 r. na łamach Krytyki Politycznej (a primo voto na łamach „Project Syndicate”) pisał o tym Robert Skidelsky, lewicowy brytyjski polityk i ekonomista: „Dla większości ludzi obywatelstwo to coś, do czego się rodzimy. Wartości wyrastają z konkretnej historii i geografii. Jeśli struktura ludności danej społeczności zmienia się zbyt szybko, to odcina ludzi od własnej historii, sprawia, że zaczynają dryfować i tracą korzenie. Liberalny lęk przed wyjściem na rasistę ukrywa przed nimi te prawdy. Nieuchronnym skutkiem tego wszystkiego jest to, co nazywa się teraz populizmem”.
Tam więc, gdzie liberalno-lewicowa opowieść nie sięga i nie umie zareagować na społeczne lęki, prędzej czy później pojawia się ktoś, kto te lęki dostrzeże i wykorzysta. Dodatkowym problemem, jaki ma dziś do przepracowania obóz liberalno-lewicowy, jest trudna do zaakceptowania okoliczność, że co najmniej przez ostatnią dekadę to prawica wszystkie te lęki dostrzegała, nazywała i pożytkowała w politycznej perswazji. Dostarczała także na nie spójnych odpowiedzi, nawet jeśli z perspektywy liberalno-lewicowej jawiły się one jako błędne i moralnie niedopuszczalne.
Dziś liberałowie i lewica stali się więc poniekąd zakładnikami swoich niedawnych postaw i programów. Problemy i obawy, których nie traktowali poważnie, albo na których podważaniu czy umoralnianiu starali się zbijać kapitał polityczny, okazują się coraz bardziej dojmujące. A kiedy próbują się teraz z nimi mierzyć – kiedy stają wobec wyzwań związanych z zapewnieniem ludziom bezpieczeństwa, stabilności, ale i poczucia godności, przynależności, wspólnoty, zbiorowej tożsamości – wówczas albo uporczywie trwają przy dotychczasowym stanowisku, albo zaczynają nagle mówić dokładnie tym językiem, który przed chwilą zapalczywie deprecjonowali. Nadmiernie przyzwyczajeni do umocowania na pozycji elit, koncentrowali się zbyt długo na coraz radykalniejszej wojnie z oponentami, mniej zaś na budowaniu pozytywnej propozycji odpowiadającej na wyzwania epoki.
Tyle że straszenie politycznymi przeciwnikami przestało już działać. M.in. dlatego właśnie, że po objęciu władzy liberałowie zaczęli znienacka mówić i robić to, co wcześniej sami głośno piętnowali. W ten sposób, przynajmniej u części elektoratu – zarówno swojego, jak i labilnego – stracili wiarygodność. A doszło do tego także pomieszanie proporcji, zamazywanie różnicy pomiędzy konserwatywną, demokratyczną prawicą a radykałami i populistami, wrzucanie wszystkich do jednego worka w ferworze rozszalałej polaryzacji. Oczywiście, najbardziej korzystają na tym autentyczni radykałowie i populiści, to ich bowiem w dużym stopniu normalizuje, winduje do popularności i władzy.
Czy istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji? Tylko jedno: uznanie rzeczywistości, stawienie czoła realnym potrzebom i lękom społecznym. Jak by to jednak mogło wyglądać w praktyce? Czy możliwe jest jeszcze zakopanie toporów, taktyczny sojusz odpowiedzialnych, przywiązanych do demokracji, pluralizmu i wolności sił politycznych z różnych stron barykady – prawicy, lewicy i centrum? A może coś tu poradzi nowy papież, który – jak się wydaje – doskonale rozumie palącą konieczność wyjścia z tej matni?
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















