Atlanta, wtorkowy poranek w Georgii. Za plecami reporterki telewizji CNN widać kolejkę ludzi czekającą na wejście do lokalu wyborczego. Na zewnątrz jest jeszcze ciemno, w pół do siódmej rano. Zapewne część z tych osób spieszy się, by zagłosować przed pójściem do pracy. Ich udział w wyborach prezydenckich jest szczególnie ważny, bo mieszkają w jednym z siedmiu tzw. stanów wahających się, gdzie pewna zwycięstwa dziś nie jest ani Kamala Harris, ani Donald Trump. Według średniej sondaży zebranych przez Five ThirtyEight, Republikanin ma w Georgii przewagę zaledwie 0,8 pkt. proc. W pozostałych sześciu stanach kluczowych – Wisconsin, Michigan, Arizonie, Pensylwanii, Nevadzie i Karolinie Północnej – rywale są bliscy remisu lub mają nad sobą tak niewielką przewagę, że mieści się ona w granicy błędu statystycznego. To, czy sondaże były niedoszacowane na korzyść którejś ze stron, okaże się w tę noc wyborczą. Jeśli rywalizacja będzie mocno wyrównana, na rozstrzygnięcie wyścigu trzeba będzie dłużej poczekać.
David, prawnik ze stanu Nowy Jork: Boję się, że znów może wygrać Trump
Na przedwyborczy sondażowy rozkład sił wścieka się David Gordon, 66-letni prawnik z Poughkeepsie w stanie Nowy Jork, który sekunduje dziś kandydatce Demokratów. Mężczyzna tłumaczy mi, że oddał na nią głos w ramach procedury wczesnego głosowania. Z takiej możliwości przed dniem wyborów 5 listopada skorzystało ponad 78 mln Amerykanów.
David Gordon w amerykańskich wyborach prezydenckich postawił krzyżyk przy nazwisku Harris w piątek rano w lokalu wyborczym, bo jak mówi, jest tradycjonalistą i nie chciał się bawić w wysyłanie karty pocztą.
– Lubię te emocje, gdy w lokalu pojawia się wyborca głosujący po raz pierwszy i obsługa zaczyna klaskać. To miła tradycja – tłumaczy David, któremu w ostatnich dniach częściej jednak towarzyszą emocje negatywne. – Siedzę jak na szpilkach. Boję się, że znów może wygrać Donald Trump. To byłby koniec amerykańskiej demokracji – mówi mi śmiertelnie poważnie David. I dodaje, że nie może pogodzić się z tym, iż Trump walczy o prezydenturę, choć ma na koncie cztery lata chaotycznych rządów, masę kłamstw wyborczych i problemów prawnych.
– Jego zwycięstwo byłoby też złym sygnałem dla świata, a szczególnie dla Ukrainy. Kamala Harris przynajmniej zachowałaby status quo, a on zakręciłby kurek z pomocą wojskową dla Kijowa – spekuluje David, przyznając, że zagłosował na Harris głównie przeciwko Trumpowi.
Sara, nauczycielka z Kalifornii, zagłosowała na Harris. Dlaczego ją wybrała?
Podobnej wyborczej kalkulacji dokonała też Sara Kennedy, 38-letnia nauczycielka angielskiego i hiszpańskiego z San Diego w Kalifornii. Sara mówi mi wprost, że to kolejny raz, gdy musiała wybrać mniejsze zło. Z jednej strony Amerykanka nie chce powrotu Trumpa do władzy, ale z drugiej boi się, że Harris jako prezydentka będzie kontynuowała politykę Joego Bidena wobec Izraela. Sarze nie podoba się, że w trakcie kampanii polityczka chwaliła restrykcje na granicy USA–Meksyk. Jej szef, Joe Biden, ograniczył w ostatnich miesiącach możliwość ubiegania się o azyl osobom, które chcą to zrobić między oficjalnymi przejściami granicznymi.
Sara podsumowuje: – Kamala Harris nie jest idealną kandydatką, ale dziś zagłosowałabym na każdego, kto stanąłby do walki z Trumpem.
Piotr Jankowski, 24-latek z Nevady: Wierzę, że to Trump lepiej zadba o klasę pracującą
Podczas gdy jedni obawiają się powrotu Republikanina do Białego Domu, inni czekają na to z nadzieją. Piotr Jankowski, 24-latek z Nevady, wierzy, że to Trump lepiej zadba o klasę pracującą. Amerykanin polskiego pochodzenia z Las Vegas z nostalgią wspomina czasy rządów byłego prezydenta, gdy ceny w sklepach były niższe niż dzisiaj. Do Trumpa przyciągnęły go też obietnice dotyczące zaostrzenia polityki migracyjnej oraz doktryna „America First” stawiająca w centrum potrzeby Amerykanów, kosztem mniejszego zaangażowania USA na świecie.
– Donald Trump ma rację, że naciska na kraje członkowskie NATO, by łożyły więcej na obronność. Stany nie są skarbonką Europy – denerwuje się Piotr Jankowski, który zagłosował na byłego prezydenta USA już w zeszłym tygodniu.
Martyna, mieszkająca w Pensylwanii, poparła Harris, bo bardziej jej ufa
Z wypełnieniem karty do głosowania nie zwlekała też Martyna Łupicka z niespełna 6-tysięcznego Stroudsburg w Pensylwanii – stanu wyjątkowo ważnego dla zdobycia prezydentury. Polka tłumaczy, że dostała obywatelstwo USA w sierpniu i po raz pierwszy w życiu uczestniczy w amerykańskich wyborach prezydenckich. Poparła właśnie Kamalę Harris, bo to jej bardziej ufa i ceni obecny rząd za to, że Ameryka uniknęła po pandemii recesji.
Gdy jeszcze kilka tygodni temu pytałam Martynę, czy ma wśród znajomych zwolenników Republikanów, odpowiedziała przecząco. Przyznaje jednak, że przed domami w jej okolicy jest dziś więcej tablic z poparciem dla Donalda Trumpa niż dla Harris. – Ostatnio byłam w Filadelfii (największe miasto w Pensylwanii, tradycyjnie bardziej przychylne Demokratom – red.) i nawet tam jest zaskakująco dużo protrumpowskich tabliczek – relacjonuje Martyna, która jak miliony Amerykanów będzie dziś śledziła noc wyborczą.
Jak miliony zadaje sobie też pytanie, w jakiej rzeczywistości obudzi się jutro Ameryka i cały świat. Byle to nie była powtórka z 2020 roku, gdy Trump nie chciał uznać swojej przegranej. Na wszelki wypadek już dziś mówi on o rzekomych oszustwach, a w szczególności w kluczowej dla wyścigu Pensylwanii.
David Gordon: – Po tych wszystkich latach wciąż wierzę w zdrowy rozsądek Amerykanów. Mam nadzieję, że dziś nas nie zawiedzie.
Liberalna Ameryka podobnie jak David siedzi dziś jak na szpilkach.
MARTA ZDZIEBORSKA jest dziennikarką „Press”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















