Wspólnoty religijne. Jak odróżnić dobrą od złej

Angelika Szelągowska-Mironiuk, psychoterapeutka: Zdrowa wspólnota akceptuje inne poglądy, wątpliwości czy zastrzeżenia. Mogę czuć, co czuję, nawet jeśli dwieście osób czuje inaczej
Czyta się kilka minut
// Fot. PeopleImages / Shutterstock
// Fot. PeopleImages / Shutterstock

Tadeusz Marek: Czy temat wspólnot religijnych pojawia się w Pani gabinecie?

Angelika Szelągowska-Mironiuk, psychoterapeutka: Rozmowy z pacjentami o różnych doświadczeniach religijnych pokazują, że wspólnota religijna może być ogromnym zasobem i wartością w obliczu życiowych kryzysów, ale z drugiej strony może też człowiekowi mocno zaszkodzić. Są takie miejsca w Kościele, gdzie mało kto zagląda i gdzie rzeczywiście można doświadczyć zarówno psychologicznych, jak i duchowych zranień.

Kontekst religijny sprzyja ryzyku zranienia? Może grupy świeckie są mniej narażone na nadużycia?

Byłabym ostrożna w stawianiu takiej tezy, choć za jej przyjęciem przemawiałby fakt, że religijność czy duchowość dotyczą fundamentalnych spraw w naszym życiu. Jeżeli kogoś nastraszymy, że za jakiś rodzaj postępowania, np. za niestawianie się na wszystkich spotkaniach wspólnoty, czeka go wieczny ogień piekielny, to konsekwencje tego mogą być rzeczywiście poważne.

To przemoc.

Oczywiście. Granie na lęku, który dotyczy istoty życia zastraszonej osoby.

Ale lęku w chrześcijaństwie chyba uzasadnionym. Straszenie ogniem piekielnym jest dość częste.

Tylko ważne jest, jak się o tym piekle mówi i komu. Czym innym jest toczenie dysput teologicznych lub pokazywanie trudniejszych do przyjęcia prawd wiary w sposób bezpieczny, na przykład z uprzednią opowieścią o tym, że Bóg przede wszystkim jest jednak miłosierny, że nie jest sadystą, który czerpie satysfakcję z potępiania ludzi, a czym innym jest używanie argumentu ad infernum wobec małych dzieci albo ludzi z tendencjami do zaburzeń lękowych.

Jestem jednak przekonana, że wspólnoty religijne to naprawdę nie są jedyne miejsca, gdzie występują manipulacje. Wystarczy przyjrzeć się sektom parapsychologicznym.

Czym one są?

To sekty prowadzone zazwyczaj przez kogoś, kto nazywa się coachem, specjalistą od rozwoju, relacji albo od jakiejś parapsychologicznej metody, np. ustawień hellingerowskich. Taki lider gromadzi wokół siebie osoby, często pozostające w kryzysie psychicznym lub też w stanie życiowej stagnacji. Następnie oferuje się im „zbawienie”: czyli życie w dobrostanie, obfitość finansową, szczęśliwe relacje lub uwolnienie się od tak zwanych toksycznych osób.

Oczywiście lider proponuje też metody, które mają umożliwić osiągnięcie tego „zbawienia”. Wszystko zazwyczaj jest sprawnie monetyzowane. Równocześnie wmawia się uczestnikom takich wspólnot, że są w stu procentach odpowiedzialni za swoje życie, są kowalami własnego losu, co nie jest prawdą. W kapitalizmie chcemy w to wierzyć, ale oczywiście jest to wiara zupełnie nieadekwatna, wręcz quasipatoreligijna. Myślę, że w takich grupach mechanizmy manipulacji i zastraszania potrafią być niemal tak silne jak w grupach religijnych.

W dyskursie chrześcijańskim też jest zbawienie i potępienie...

Tutaj potępienie jest definiowane inaczej niż w chrześcijaństwie. W przypadku sekt parapsychologicznych jest nim na przykład życie w ubóstwie, w nierozwijających relacjach, w samotności, z zaburzeniami osobowości czy chorobami psychosomatycznymi.

Liderzy toksycznych wspólnot mają gotowe odpowiedzi na najtrudniejsze pytania świata. W ten sposób zwalnia się ludzi z obowiązku przyjmowania odpowiedzialności za swoje życie. Łatwiej ich wówczas kontrolować?

Paradoks, prawda? Z jednej strony toksyczni liderzy nawołują do tego, żeby wziąć życie we własne ręce, stworzyć siebie, zostać tym self-made manem. Ale z drugiej, wykluczają metody docierania do celu, które nie zgadzają się z ich nauczaniem. Ot, chociażby narracje w stylu: „akademicka psychologia o tym nie mówi, okłamuje cię, ukrywa to przed tobą, ale wystarczy zapisać się na trzy seanse hipnotyczne i wtedy wszystkie twoje międzypokoleniowe traumy odejdą w niebyt”.

To już pachnie teoriami spiskowymi. Pisze Pani w książce „Wspólnota, która leczy, wspólnota, która rani”, że między teoriami spiskowymi a toksycznymi wspólnotami istnieje bliski związek.

Lider toksyczny, prowadzący wspólnotę niejednokrotnie w celu zaspokojenia własnych potrzeb ekonomicznych lub – co gorsza – psychologicznych, musi w jakiś sposób usprawiedliwiać niewłaściwe mechanizmy. Żeby przygotować się na potencjalną krytykę, przeprowadza coś w rodzaju ataku wyprzedzającego. Buduje obraz wspólnoty jako oblężonej twierdzy. Pokazuje, że cały świat wokół jest zły, nie rozumie nas, a ludzie z zewnątrz mają klapki na oczach. I tylko wspólnota oferuje „samodzielne myślenie”.

W Polsce nie pomaga także historycznie ugruntowane niskie zaufanie do państwa. Ludziom łatwo jest uwierzyć, że „system” ich okłamuje, a ich niepowodzenia biorą się z podążania za mainstreamem. Wtedy podejmują decyzję o wyjściu poza „system” i dołączają do grupy, która „leczy” autyzm hipnozą. Albo do wspólnoty religijnej, która głosi „prawdę” w oparciu o zręby antysemickich przekazów.

Toksyczna wspólnota ma monopol na prawdę.

I uznaje samą siebie za ekskluzywną, dostępną tylko dla wybranych. Jeżeli rodzina którejś z osób członkowskich zgłaszałaby wątpliwości, łatwo odeprzeć jej „atak”, zarzucając brak zrozumienia, że świat jest owładnięty grzechem, a członkowie wspólnoty są jedynymi sprawiedliwymi. Dzięki takiej narracji trudniej także ze wspólnoty toksycznej wystąpić. 

Przecież nie chcemy żyć w złym świecie, tylko wśród sprawiedliwych: „prawdziwych uczniów Jezusa” lub ludzi prawdziwego sukcesu finansowego. Nikt nie chce być przegranym i nikt nie chce być odrzuconym. To są bardzo potężne atawistyczne mechanizmy wywodzące się z lęków, dzięki którym ludzkość była w stanie wyewoluować jako gatunek.

Liderzy wspólnot katolickich mają do dyspozycji jeszcze jedno oręże: cnotę posłuszeństwa.

Racja. Co prawda posłuszeństwo to kategoria potrzebna, zarówno na gruncie religijnym, jak i psychologicznym, żeby życie nie pogrążyło się w bezładzie. Jednak sakralizacja posłuszeństwa może doprowadzić do chrześcijańskiej wersji masochizmu. Można wytłumaczyć to na przykładzie relacji rodzicielskich.

Matka i ojciec muszą ustalać zasady i wyznaczać granice dzieciom. Jeżeli jednak powiemy, że władza rodzica jest nieograniczona, a dziecko ma „czcić ojca i matkę” niezależnie od ich postępowania, dojdziemy do wymogu absolutnego posłuszeństwa, a to już może prowadzić do tragedii. Mówimy tu o newralgicznych elementach chrześcijańskiego nauczania: nauce o grzechu, seksualności czy wspomnianym już piekle. Które źle opowiedziane, mogą prowadzić do duchowej, emocjonalnej i życiowej katastrofy.

W wielu religijnych domach wciąż nie uczy się młodych ludzi tego, że mogą krytykować autorytet religijny, bo „Kościół krytykują lewacy – jego przeciwnicy”: ci, którzy oblegają twierdzę i którzy chcą ją zniszczyć. W ten sposób rodzi się lęk przed kontestacją. Ludzie tak wychowani nawet w obliczu ujawnienia wielkiego zła, którego dopuścił się duchowny, będą takiego duchownego bronić. Choćby i znali sprawę.

Mówimy więc o upodmiotowieniu i intelektualnej emancypacji. Tylko czy przynależąc do wspólnoty religijnej – na przykład Kościoła katolickiego, z którym Pani też się identyfikuje – człowiek może takiej emancypacji dokonać.

Możliwość emancypacji intelektualnej i emocjonalnej jest kluczową cechą, wyróżniającą wspólnotę zdrową. Oczywiście, na spotkania wspólnot religijnych, co sugeruje już sama nazwa, raczej nie przychodzą osoby, które wściekle atakują kościelne dogmaty. Ale też nie zawsze są to wyłącznie osoby głęboko religijne. Czasem przychodzą także ludzie poszukujący.

W zdrowej wspólnocie nie wszystkie aspekty życia człowieka ulegają restrykcyjnej kontroli. Oznacza to, że jeśli na przykład mam inne zdanie na tematy polityczne niż pozostali członkowie wspólnoty, jest to akceptowane. Mogę mieć wątpliwości. Mogę zgłaszać zastrzeżenia dotyczące działalności osoby duchownej albo jakiejś organizacji w Kościele. 

Wspólnota zdrowa powinna z jednej strony umożliwiać mi nawiązywanie kontaktów z osobami, które myślą podobnie, ale jednocześnie powinna wychowywać mnie do samodzielności.

Religijne reguły mogą jednak w wychowaniu do samodzielności przeszkadzać.

Faktem jest, że we wspólnotach chrześcijańskich często sprowadzamy sumienie do oceniania otaczającej nas rzeczywistości z katechizmem w ręku. I choć naturalne jest to, że każdy porządek wyznaniowy wytwarza określony system wartości, to ważne, żebyśmy nigdy nie zapominali, iż ostatecznie każdy odpowiada za swoje sumienie samodzielnie. Nie lider lub ten czy inny ksiądz.

Chciałabym, aby wybrzmiało, że do zniewolenia dochodzi nie tylko, gdy ktoś popadnie w nałóg lub – używając języka religijnego – uwikła się w grzech, o którym w Kościele tak wiele mówimy. 

Zniewoleniem jest też sytuacja, kiedy zwalniam się z odpowiedzialności za własne życie i będąc osobą dorosłą, funkcjonuję jak małe dziecko, które przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji pyta o pozwolenie. Nie o radę, wsparcie, ale właśnie o pozwolenie – osoby duchownej, zakonnika czy świeckiego lidera wspólnoty. Jeżeli ktoś funkcjonuje w taki sposób, to znaczy, że najprawdopodobniej w jego życiu doszło do duchowych nadużyć.

Zastanawiam się, czy opisywane przez Panią zdrowe wspólnoty nie stanowią w Kościele wyjątku.

Nie zgodziłabym się z tezą, że Kościół sam w sobie jest toksyczną wspólnotą. Natomiast myślę, że pewne elementy nauczania Kościoła mogą być trudne do przyjęcia.

Każda religia nakłada na swoich członków ograniczenia, czegoś wymaga. I jeżeli trafi na osobę, która ma trudne doświadczenia rodzinne lub z natury ma większe skłonności do odczuwania lęku albo w młodym wieku nie miała mądrych opiekunów, którzy powiedzieliby: „Słuchaj, ten ksiądz za dużo mówi wam o szatanie, bo chrześcijaństwo to nie jest religia, która kręci się wokół szatana, tylko wokół Boga”, wówczas może dojść do religijnego OCD.

Czyli?

Zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych związanych z różnego rodzaju religijnymi lękami.

Niestety, w Kościele jest bardzo dużo wspólnot, które bazują na karmieniu swoich członków lękiem. Myślę, że wynika to ze strachu przed utratą kontroli. Polskie społeczeństwo się laicyzuje, kiedy więc niektórzy duchowni czują się bezradni wobec tego procesu i chcieliby go zatrzymać, to straszą potępieniem, „zgniłym Zachodem” czy uchodźcami. Tymczasem właściwie rozumiana i pogłębiona duchowość – chrześcijańska albo jakakolwiek inna – może być elementem, który wręcz sprzyja zdrowiu.

Gdy dotykamy tematu wspólnot toksycznych, temat lęku wciąż powraca.

To prawda, jednak warto pamiętać, że z psychologicznego punktu widzenia strach czy lęk są emocjami, które są nam potrzebne. Nie chodzi o to, żebyśmy poszukiwali wspólnot, w których lęk w ogóle nie będzie się pojawiał. To niemożliwe. Z natury swojej zawsze będziemy mierzyć się z lękami egzystencjalnymi. Do pewnego stopnia zawsze będzie nam towarzyszył lęk przed samotnością czy przed odrzuceniem, bo żeby przetrwać – potrzebujemy grupy.

Warto jednak zadać sobie pytanie, na ile w danej wspólnocie jestem tym lękiem karmiona lub karmiony. Równie ważne jest, by zastanawiać się regularnie, na ile mogę wspólnotę, do której należę, krytykować.

W zdrowej wspólnocie, tak jak w zdrowej rodzinie, można mówić na głos o trudnościach, problemach czy sytuacjach, które uznajemy za niewłaściwe. Jeżeli mój głos jest uciszany, jeżeli nie mogę krytykować na przykład instytucji Kościoła – wówczas miejsce, w którym się znajduję, nie jest zdrowe.

Czy zdrowa wspólnota może stać się toksyczną?

Tak. Podobnie jak zdrowy związek może przepoczwarzyć się w toksyczną relację. Może się tak stać, kiedy liderzy zaczną nadużywać swojego autorytetu. Lub też gdy do wspólnoty dołączą osoby, które od samego początku będą chciały manipulować innymi. Może się też zdarzyć, że wspólnota stanie się bardzo liczna – wtedy może pojawić się ryzyko, że lider nie będzie w stanie kontrolować tego, co dzieje się w jej zakamarkach.

Czasami członkowie dobrze funkcjonującej wspólnoty ulegają pokusie wysokiego mniemania o sobie i zaczynają innych traktować z wyższością. Wówczas krótka jest droga do mentalności oblężonej twierdzy. Istotne są także osobiste kompetencje i uwarunkowania lidera. Niejednokrotnie postępujący wiek lub zdrowie i stan psychiczny mogą prowadzić do okoliczności krzywdzących członków wspólnoty.

Przynależąc do wspólnoty, stale należy zadawać sobie pytanie o możliwość zachowania zdrowej odrębności. O bycie sobą...

Dopóki nie wchodzę w rolę swojej osobistej, zinternalizowanej, orwellowskiej policji myśli, wszystko jest na swoim miejscu. Należy sprawdzać, czy mogę czuć to, co czuję, nawet jeśli dwieście innych osób czuje inaczej. Zdrowa wspólnota nie zabija samodzielności myślenia i zdolności do odczuwania. Nie zdejmuje z osób do niej przynależących odpowiedzialności za własne życie.


Angelika Szelągowska-Mironiuk // Fot.archiwum prywatne

Angelika Szelągowska-Mironiuk – psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka, polonistka, doktor nauk humanistycznych. Autorka m.in. książek „Wspólnota, która leczy – wspólnota, która rani. O wierze, emocjach i manipulacji w Kościele”, „Ciało, bliskość, seksualność. Jak rozmawiać z dziećmi o intymności”. Pracuje jako terapeutka par, rodzin i pacjentów indywidualnych oraz jako nauczycielka akademicka.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kiedy wspólnota leczy