Niebo Dobrego Łotra: mechanizmy przemocy we wspólnocie z Radomia

Obowiązkowa dziesięcina, rozkazy od Ducha Świętego i kontrola życia prywatnego. Członkowie radomskiej Wspólnoty św. Dobrego Łotra przerywają milczenie.
Czyta się kilka minut
// Fot. Shutterstock
// Fot. Shutterstock

Gdy zobaczyłam kadry z serialu „Niebo”, zamarłam. Oni noszą tam takie duże krzyże na szyi. Ja też w pewnym momencie nosiłam różaniec z bardzo podobnym. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, ale ja się tym nie przejmowałam – mówi Magda.

Sebastian Keller, autor wspomnieniowej książki, na podstawie której zrealizowano serial (dostępny na HBO Max), usłyszał od Bogdana Kacmajora, guru sekty Niebo, że ma specjalny dar i może uzdrawiać innych. Magda też została wybrana: dostała pod opiekę osobę uzależnioną, młodego chłopaka. Miała się modlić o jego uzdrowienie, zdjąć z niego wszystkie „obciążenia”. Bała się, że gdy przestanie prosić o to Boga, chłopak zginie. 

Prawie ją to zabiło.

Opowieść Magdy: Czułam się jak w rodzinie 

Gdy dołączała do Wspólnoty św. Dobrego Łotra, działającej w Radomiu, czuła się zagubiona. Był 2016 rok, niedawno skończyła studia. Pierwsza praca i pierwsze rozczarowania dorosłym życiem. Szukała drogowskazu. Właśnie wtedy trafiła na kurs „Nowe Życie”, organizowany przez wspólnotę. 

Na początku spotkania raz w tygodniu w radomskiej katedrze. Potem zaproszenie do siedziby wspólnoty przy parafii św. Kazimierza w Radomiu. – Podzielono nas na grupy, każdej przydzielono animatora. Czułam się zaopiekowana. Jakby przyjęto mnie do rodziny – wspomina Magda.

Słyszała: „Gdybyś czegoś potrzebowała, to jesteśmy”. Odwdzięczała się, coraz więcej poświęcając wspólnocie. Czuła, że to jej powołanie, że w ten sposób służy Bogu. Zostało to zauważone: dostała propozycję prowadzenia grupy. – Na początku byłam gospodynią grupy na kursie Alpha, czyli tak naprawdę koordynatorką dyskusji – opowiada.

Z tej ekipy wyłoniła się później grupa formacyjna, którą wspólnota również oddała pod skrzydła Magdy. – Były tam osoby z różnymi trudnościami. Jedna w żałobie, inna zmagała się z chorobą dziecka, kolejna z uzależnieniem. Szybko zaczęłam żyć ich problemami, chociaż moja kondycja psychiczna również nie była najlepsza – wspomina.

Z czasem została też gospodynią kolejnej grupy. Oprócz tego jeździła na konferencje, weekendowe kursy – praktycznie nie miała chwili dla siebie. Rzadko mówiła „nie”, bo nigdy nie odmówiłaby Duchowi Świętemu. A przecież to jego polecenia wykonywała.

– Przychodził do mnie lider wspólnoty i mówił, że Duch Święty przekazał mu, abym w ten weekend odpowiadała za kuchnię w czasie kursu. Brałam na siebie kolejne obowiązki, aż do wycieńczenia.

Uruchamianie odtwarzacza...

Wszystko za darmo. Po czasie nawet zaczęła przekazywać dziesięcinę na wspólnotę – 10 proc. swoich dochodów, jakieś 300-400 zł. 

– Od wspólnoty przez kilka lat wzięłam pieniądze raz, to było 50 zł na paliwo. A tak – wszystko robiłam za darmo, często też, oprócz comiesięcznych składek, dokładałam ze swoich pieniędzy na sprzątanie siedziby, dekoracje czy rekwizyty na rekolekcje – zaznacza.

Kim byli liderzy Wspólnoty św. Dobrego Łotra

Diecezjalna Szkoła Nowej Ewangelizacji św. Dobrego Łotra w Radomiu powstała z początkiem 2014 r. Kilka miesięcy wcześniej zarejestrowano Fundację Dobrego Łotra, która jest podmiotem prawnym i organem prowadzącym szkołę. Na czele fundacji stoi Jakub Popiel, do niedawna świecki lider Wspólnoty św. Dobrego Łotra. W radzie fundacji zasiada ks. Sławomir Płusa, egzorcysta diecezji radomskiej, były duszpasterz wspólnoty. 

To właśnie ks. Płusa uznawany był za najważniejszą osobę we wspólnocie. Wielu widziało w nim ojca, mentora.

Wyzysk i wyczerpanie czy współodczuwanie ran Chrystusa?

Opieka duchowa nad uzależnionym chłopakiem też była traktowana jako obowiązek od Ducha Świętego. – Słyszałam od osób ze wspólnoty, w tym od księdza Sławka, że zostałam wybrana, aby pomóc mu poprzez intensywną modlitwę o uzdrowienie. Codziennie msze święte, nocne adoracje. Byłam przekonana, że muszę go ratować – mówi Magda.

Była u kresu sił. Pracowała zawodowo od godziny 7 do 15, potem wykonywała obowiązki we wspólnocie. Czasami jeszcze całą noc modliła się, a rano jechała do pracy. Zaczęło boleć ją całe ciało. Poszła z tym do ks. Płusy. Usłyszała, że współodczuwa rany Chrystusa. Wzięła to za niewidzialne stygmaty.

– Księdzu ufałam w stu procentach, chociaż miał niewiele czasu, żeby ze mną rozmawiać. Czasami spotykaliśmy się w parku, mówił, że ma tylko 15 minut i musi lecieć – wspomina. 

U Magdy pojawiły się też silne lęki. Była przekonana, że jak przestanie się modlić za swojego podopiecznego, to on zginie. Wciąż sprawdzała, czy jest dostępny w sieci, czy wstał i poszedł do pracy. 

Pewnego dnia wracała autem po nocnej adoracji do domu. Było po 4 rano. – Wcześniej umówiłam się na spotkanie z tym chłopakiem, ale on nie przyszedł. Płakałam, byłam wykończona. Noc, las, nagle urwał mi się film – przysnęłam. Obudziły mnie światła samochodu jadącego z naprzeciwka, zdążyłam wrócić na swój pas – relacjonuje.

Ale nie zwolniła tempa. Jej rodzina była coraz bardziej zaniepokojona. Siostra powiedziała jej później: „Magda, nikt spoza wspólnoty nie miał do ciebie dostępu”.

Ratunek od wikarego: jak Magda wyrwała się z radomskiej wspólnoty

Zdrowie Magdy było w coraz gorszym stanie. Nie wiedziała już, co się z nią dzieje. Postanowiła porozmawiać z młodym księdzem wikariuszem ze swojej parafii. – Był wyraźnie wstrząśnięty tym, co usłyszał. Opieprzył mnie, w co ja się w ogóle wpakowałam – wspomina. 

Ksiądz zaczął jej zadawać pytania. Gdzie jest jej życie prywatne? Kiedy ostatnio była u rodziców? Czy zna swoich sąsiadów? Pierwszy raz zastanowiła się nad tym, co powiedział jej ktoś spoza wspólnoty. Bo to był w końcu ksiądz. – Moje życie wisiało na włosku. On mnie uratował – zaznacza.

Tydzień po tej rozmowie trafiła do szpitala z rozpoznaniem boreliozy i zaburzeń lękowych. Po wyjściu rozpoczęła psychoterapię. Gabinet był niedaleko radomskiej katedry, terapeutka słyszała o Dobrym Łotrze. Zasugerowała Magdzie, aby zastanowiła się, czy chce być dalej we wspólnocie.

– Teraz już wiem, że byłam w sekcie, której ideologia zawładnęła mną całkowicie. Tam wciąż podlegaliśmy formacji, czyli kształtowaniu na wzór apostołów. A ja przeszłam deformację.

Magda odeszła ze wspólnoty w 2021 roku. Do dziś leczy się psychiatrycznie. Swoją wiarę w Boga przeżywa już samotnie. – Staram się nie przywiązywać tak do ludzi. Zwłaszcza ludzi Kościoła.

Przemoc psychiczna i agresja liderów: opowieść Ilony

Ilona była w grupie Magdy, ale nie wiedziała, co przeżywa jej animatorka. – Trzymała nas od tego z daleka, chciała nas chronić. Wiedziałam, że dzieje się coś złego z jej zdrowiem, ale nie łączyłam tego z Dobrym Łotrem. Słyszałam raz, jak jedna z osób wyżej we wspólnocie skomentowała pogardliwie: „A jej co znowu jest?” – wspomina.

Ona sama trafiła do Dobrego Łotra będąc w kryzysie po śmierci rodziców, najpierw ojca, potem matki. Ilona nie wiedziała, dokąd zmierza jej życie. Szukała pocieszenia w wierze. Podczas jednej z mszy w radomskiej katedrze usłyszała, że Wspólnota św. Dobrego Łotra organizuje kurs. 

Poczuła się wśród nich jak u siebie. – Ksiądz Sławek był wspaniałym mówcą, porywał ludzi. Wszyscy go szanowali, był naszym ojcem – przyznaje Ilona.

Zachwyt trwał aż do momentu, gdy została bardziej zaangażowana w życie wspólnoty i zbliżyła się do „odpowiedzialnych”, jak nazywano liderów i osoby, które nieoficjalnie miały wyższą rangę we wspólnocie. Ilona zaczęła zwracać uwagę na zachowanie jednej z nich – Doroty (imię zmienione).

– Pamiętam przygotowania kolacji, w których brały udział matki nieuleczalnie chorych dzieci. Dorota wpadła do kuchni i zaczęła się wydzierać, że kolacja jest beznadziejna. Dziewczyny się rozpłakały, ja byłam w szoku. Czy tak się zachowuje osoba, która głosi słowo Boże?

Podobnych sytuacji z Dorotą było więcej. Do tego rozpuszczanie plotek, krytyka, rozkazy „od Ducha Świętego”, które otrzymywała m.in. Magda. Ilona zaczęła zgłaszać to liderowi i ks. Płusie, ale żaden nie stanął po jej stronie.

Dziesięcina i zakaz szemrania. Nowe zasady w Dobrym Łotrze

Gdy pojawił się pomysł podpisania reguły, wraz z obowiązkową dziesięciną, ksiądz Sławek mówił, że wspólnota „to ziemia obiecana i jak ktoś odmawia przyjęcia tej reguły, to jakby do tej ziemi obiecanej nie chciał wejść” – opowiada Ilona. 

Pieniądze były potrzebne m.in. na pensję dla świeckiego lidera, który nie miał pracy zarobkowej jak reszta, zatrudniała go wspólnota. Podobnie miało być z Dorotą.

– Sporo osób wtedy odeszło – dodaje Ilona. Ona została, chociaż czuła się coraz gorzej we wspólnocie. – Wykorzystywano historię mojego życia, aby mną manipulować. Bo jak czemuś się sprzeciwiłam, to od Doroty słyszałam, że moje rany z przeszłości rzutują na moje zachowanie. Ks. Sławek zresztą też wykorzystywał tę metodę.

Pojawiły się także nowe zasady: zakaz szemrania i spotykania się prywatnie, nakaz zaproszenia księdza i liderów świeckich do wszystkich grup członków wspólnoty na Messengerze. Pętla się zaciskała.

Gdy Ilona powiedziała przy Dorocie, że poznała nowego mężczyznę, liderka stwierdziła: „Ale my nie wiemy, czy to jest człowiek dla ciebie. Musimy to rozeznać, czy wolą Boga jest to, abyś z nim była”.

Ilonie udało się w końcu odejść ze wspólnoty. – Sygnałem alarmowym był dla mnie atak paniki w momencie, gdy Dorota zaczęła do mnie dzwonić. Zaczęłam brać leki na zaburzenia lękowe, a później rozpoczęłam terapię. Dzisiaj wiem, że doświadczałam przemocy psychicznej.

Jak Dobry Łotr miał zastąpić rodzinę: opowieść Pawła

Paweł w Dobrym Łotrze działał blisko 10 lat. – Byłem zapatrzony w księdza Sławka prawie jak w Boga. Podczas jednej z modlitw otworzył Pismo Święte i przeczytał z pozoru losowy fragment. Pamiętam, że się rozpłakałem, bo dokładnie pasował do tego, co przeżywałem – mówi. 

Przez modlitwę o uzdrowienie organizowaną przez wspólnotę przeszła połowa Radomia – mówi Paweł. Ludzie od Dobrego Łotra pojawiali się w szpitalach i w więzieniu. Podczas mszy w katedrze wierni doświadczali „jakby dotknięcia Boga”.

Z czasem Paweł zaczął zauważać, że ludzie we wspólnocie są eksploatowani, a ich życie prywatne nie ma znaczenia ani dla lidera, ani dla duszpasterza. Rodzina Pawła też musiała konkurować ze wspólnotą o jego czas. – Wprawdzie słyszeliśmy, że hierarchia jest następująca: Bóg, rodzina, praca, wspólnota. Ale w praktyce Bóg oznaczał właśnie wspólnotę – wyjaśnia.

Po trupach do celu: dlaczego Paweł odszedł ze wspólnoty

Najbardziej bulwersująca była dla Pawła sprawa obowiązkowej dziesięciny. – Mówiłem o tym głośno. Rozumiałem, że można przekazywać pieniądze wspólnocie, ale tylko dobrowolnie. Zorganizowałem nawet spotkanie, by o tym porozmawiać. Później nawet tego nam zakazano – opowiada.

Pamięta też zakaz szemrania. – Czułem, że ksiądz i lider chcą mieć władzę absolutną i idą po trupach do celu. Jak ktoś zapytał, co w sytuacji, gdy małżonek nie zgodzi się na płacenie dziesięciny, ksiądz odpowiedział: „Przecież nie musi o tym wiedzieć”.

Przyznaje jednak, że nie widział żadnego konkretnego powodu, z którym mógłby iść do biskupa. – Gdyby był gwałt, kradzież, przemoc, sprawa byłaby prosta. A tutaj wszystko było takie... śliskie. Więc po prostu odszedłem. Ksiądz później do mnie dzwonił, próbował porozmawiać, ale gdy zacząłem mówić, co mnie bolało, zbywał mnie – mówi.

Paweł naprawdę wierzy, że Kościół to coś więcej niż tradycja i rytuały. Ale boi się, że teraz każda wspólnota będzie postrzegana przez pryzmat Dobrego Łotra, a biskup i księża będą blokować podobne inicjatywy. – Tymczasem to ważne, by nie gasić w ludziach Ducha.

Dekret bp. Marka Solarczyka: odwołanie liderów 

Z inicjatywy jednej z byłych działaczek wspólnoty udało się zebrać grupę osób, które złożyły świadectwa przed księżmi wyznaczonymi przez bp. Marka Solarczyka, ordynariusza diecezji. Z moich informacji wynika, że o nieprawidłowościach w Dobrym Łotrze opowiedziało około 20 byłych i aktualnych członków, w tym Ilona i Magda, która usłyszała, że jej doświadczenia były kluczowe przy podjęciu decyzji o rezygnacji ze świeckiego lidera we wspólnocie.

6 lutego księża przedstawili grupie dekret biskupa radomskiego. Ks. Sławomir Płusa został odwołany z funkcji duszpasterza wspólnoty. Od wspólnoty zostało też odsuniętych dwoje świeckich – Dorota i Jakub Popiel. 

Księża obiecali, że oficjalny komunikat w tej sprawie pojawi się na stronie diecezji. Do momentu publikacji tego artykułu tak się jednak nie stało. Na stronie Wspólnoty św. Dobrego Łotra również nie znajdziemy informacji na ten temat. „Z wdzięcznością patrzymy na to, co było, z nadzieją i ufnością na to, co przed nami” – brzmi ostatni wpis na Facebooku wspólnoty. Pochodzi z 30 stycznia.

Reakcja kurii: nowy duszpasterz i brak komunikatu

Do rzecznika diecezji radomskiej, ks. Damiana Fołtyna, wysłałam szereg pytań dotyczących tego, o czym opowiadali byli członkowie wspólnoty. Na żadne z nich nie otrzymałam odpowiedzi. Ks. Fołtyn poinformował mnie jedynie, że wspólnota ma nowego duszpasterza i jest nim ks. Piotr Nojek.

„Każda wspólnota działająca w Kościele przechodzi różne etapy, które również oznaczają wprowadzenie zmian służących umocnieniu i przynoszeniu duchowych owoców dla jej członków” – wyjaśnia ksiądz rzecznik.

Do grupy osób pokrzywdzonych dochodzą jednak informacje, że lider i Dorota nadal mają wpływ na wspólnotę, podobnie jak ks. Płusa. 

„Prawda okazała się zbyt trudna. Biskup wydał dekret i miał on w teorii zakończyć działalność osób, które z imieniem Jezusa na ustach niszczyły ludzi duchowo i psychicznie. Jednak nie podano publicznie informacji, co dzieje się we wspólnocie, są za to kolejne zranienia i zwątpienia” – skomentowała na swoim profilu inicjatorka akcji.

Ekspertka o grupach destrukcyjnych w Kościele 

Psycholożka i psychoterapeutka Angelika Szelągowska-Mironiuk, autorka książki „Wspólnota, która leczy – wspólnota, która rani”, zaznacza, że choć przynależność do zdrowej wspólnoty religijnej może być cenna dla osoby wierzącej, to zdarza się, że grupa taka stanie się powodem problemów psychicznych i duchowych.

– Grupy destrukcyjne, obecne także w Kościele, tłumią wątpliwości i pojawiające się u członków rozterki, a jakakolwiek ich krytyka wiąże się z ostracyzmem. Charakteryzują się też wysokim stopniem kontroli życia swoich członków, którzy bywają rozliczani z tego, na kogo głosują w wyborach, z kim się spotykają, jak spędzają czas. Osoby w zdrowych wspólnotach są uczone zaufania do własnego sumienia. W grupach destrukcyjnych – do bycia podwykonawcami zaleceń lidera i wybranych przez niego osób. 

Jakub Popiel, którego poprosiłam o rozmowę, odmówił komentarza. Na moje prośby nie odpowiedzieli też Dorota i ks. Sławomir Płus. 

Imiona byłych członków wspólnoty zostały zmienione.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Niebo Dobrego Łotra