Tadeusz Marek: Ciekaw jestem, czy jeszcze pamiętasz: „Wspomożenie nasze w imieniu Pana...”
Piotr Domalewski: „...który stworzył niebo i ziemię”. Lubię ten tekst – to wezwanie ministrantów przed wyjściem na ołtarz, mój ulubiony moment bycia ministrantem. Sygnał przynależności do wspólnoty.
Czasem zostawało się ministrantem, by być kimś na swojej dzielni. Dzięki temu można było więcej.
Nigdy tego tak nie odczułem. W mojej klasie w podstawówce tylko ja byłem ministrantem i nie było w tym motywacji, o której mówisz. Wywodzę się z bardzo konserwatywnej, katolickiej rodziny. Moi rodzice i dziadkowie byli oddani wierze i w tym oddaniu konsekwentni, więc ołtarz i kościół były dla mnie bardzo naturalne. Zawsze wychodziłem raczej z założenia, że ministrant to człowiek od techniki.
Wyjaśnij.
Wydaje mi się, że nie miałem w sobie nigdy bezpośredniej potrzeby występowania przed ludźmi. Lubiłem wprawdzie czytania, ale w moim przypadku była to raczej forma sprawdzenia samego siebie, wyzwanie. Mało osób sobie uświadamia, że lektorami nie zostawali wcale ci, którzy najlepiej czytali, tylko ci, którzy nie bali się skompromitować pomyłką przed całą lokalną społecznością.
Ty się nie bałeś?
Bałem, ale pociągała mnie nieustanna konieczność mierzenia się z samym sobą, konfrontacji.
Czyli scena.
Być może faktycznie jest w tym coś ze sceny, tylko tutaj nie otrzymuje się gratyfikacji w postaci braw. Musisz tę gratyfikację zapewnić sobie sam. W kościele sukcesem było, kiedy nikt nie zauważył, że to ty właśnie przeczytałeś czytanie. To znaczy: nie zwróciłeś na siebie uwagi myląc się czy wywracając po drodze do ambony. Zrobić i zniknąć – to był najlepszy performans.
Jest taki fragment Nowego Testamentu, który mówi, że jeśli rzeczywiście chcesz porozmawiać z Bogiem, to zamknij się w domu na trzy spusty, usiądź i módl się w ciszy. Wtedy zostaniesz wysłuchany. Kiedy usłyszałem to po raz pierwszy, miałem sześć lat, ale bardzo to do mnie przemówiło. Pomyślałem: „aha, nie muszę siedzieć w pierwszym rzędzie, spod chóru też mnie słychać”.
To dość karkołomna zasada w kontekście zawodu, który wykonujesz...
Nie do końca.
Czy żeby dostać angaż i kasę na film, nie trzeba się tu i ówdzie pokazać?
Właśnie nie trzeba. Nie mam praktycznie żadnych mediów społecznościowych.
Ale z pewnością masz ambicje. A żeby je realizować, musisz przeć w jakimś kierunku. To się nie dzieje samo.
Owszem. Jestem jednak głęboko przekonany, że tego się nie zdobywa aktywnością w soszialach. Jednym z konstytutywnych elementów mojej tożsamości jest dziedzictwo kulturowe związane z wsią i pracą. Uważam, że dobrze wykonana praca zawsze się zwróci. Trzeba robić swoje.
Być może to naiwne, zwłaszcza że współcześnie lansuje się model, w ramach którego największy sukces to ten osiągnięty bez pracy i wysiłku, najlepiej w wieku dwudziestu lat. Ja myślę raczej długofalowo. Zwłaszcza w kontekście filmu. Oczywiście, ambicje są ważne, ale osobiście wolę mówić o wewnętrznej potrzebie.
Wiesz, kiedy myślę o największym sukcesie w swoim życiu, takim, który odczułem całym sobą, wracam do momentu, w którym „Cicha noc” dostała się do konkursu głównego na festiwalu filmowym w Gdyni. Ktoś powie: ale jaki to jest właściwie sukces? Sukcesem to była dopiero wygrana tego konkursu. A ja odpowiadam, że nie możesz sobie założyć, że wygrasz jakiś festiwal. Chciałem jedynie, żeby praca, którą wykonywałem przez dziesięć lat – bo poszukując języka filmowego w krótkometrażówkach praktycznie dziesięć lat przygotowywałem się do tego filmu – została dostrzeżona. I została.
Teraz mamy rok 2025 i kolejne Złote Lwy, tym razem za „Ministrantów”. To zresztą zaledwie jedna z ośmiu nagród, które przyznano produkcji. Ten oszałamiający sukces w części środowiska wzbudził sprzeciw. „Ministrantów” określono nawet mainstreamowym kinem, które być może nie zasłużyło na tyle wyróżnień.
Szczerze mówiąc, nie czytam ani pozytywnych, ani negatywnych komentarzy. Można się w tym naprawdę zatracić. Bardzo cieszę się tą wygraną, ale uważam też, że warto mieć z tyłu głowy taki bezpiecznik, który przypomina, że raczej nie doświadczyłeś jakiegoś kosmicznego olśnienia, w wyniku którego powstało coś, co zachwyca wszystkich.
Sam mam naturę kontestującą, która nakazuje mi ciągłą konfrontację z własną wiarygodnością i wewnętrzną prawdą. Jadąc na festiwal, miałem w sobie bardzo wiele obaw, czy moje intencje zostaną trafnie odczytane. Ktoś mógłby przecież powiedzieć, że moi bohaterowie traktują wiarę zbyt indywidualnie i bezkompromisowo.
Ja tymczasem w treści filmu wskazuję, skąd to się bierze. Stąd płomienny monolog proboszcza na początku „Ministrantów”, w którym prezentuje on wizję Kościoła skupionego na lęku przed ogniem piekielnym. Tę perspektywę moim dziecięcym bohaterom wtłaczano w głowy od najmłodszych lat.
Długo zresztą dyskutowaliśmy, czy chłopaki nie powinny mieć po szesnaście lat i więcej. Choć od czysto technicznej strony praca na planie byłaby wówczas z pewnością łatwiejsza, uznałem, że potrzebujemy dwunasto-, czternastolatków, bo inaczej ta historia będzie nieprawdziwa. Ich dylematy, sposób podejścia do poczucia niesprawiedliwości, są z przestrzeni dziecięcej.
Mówimy o grupie czterech chłopaków, którzy zorientowawszy się, że w parafii doszło do malwersacji, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Montują podsłuch w konfesjonale, a potem przekraczają kolejne granice. Pojęcie sprawiedliwości jest dla Twojej opowieści kluczowe. Ale dlaczego do sformułowania tego przekazu potrzebowałeś Kościoła? O inicjacji związanej z odkryciem, że świat jest niesprawiedliwy, opowiadać można z różnych miejsc.
Często słyszę pytania o konkretne, formujące doświadczenie, które w bezpośredni sposób położyło fundament pod tę historię. Takiego doświadczenia nie było. Był raczej zbiór doświadczeń, który złożył się na przekonanie, że człowiek jest, po pierwsze, istotą potrzebującą przynależności do jakiejś wspólnoty, a po drugie, istotą duchową. To znaczy, drzemie w nim potrzeba – a wręcz konieczność – transcendencji.
Wygląda to tak, że dorastasz w ramach określonych przekonań i wartości, które budują twoje wyobrażenie o świecie. Ja tymczasem nawiązuję do takiego momentu w swoim życiu, w którym, już jako dorosły i ukonstytuowany człowiek, żyjący w zgodzie ze sobą, konfrontuję to, co niegdyś uznawałem za fundamentalne, z rzeczywistością obserwowaną z tej dorosłej perspektywy.
I z tej dorosłej perspektywy świat deklarowanych wartości i świat realizowania tych wartości w praktyce bardzo się rozjeżdżają. Chyba właśnie dlatego potrzebowałem to sobie jakoś przerobić. Stąd akcja „Ministrantów” toczy się właśnie wokół miejscowego kościoła, bo to Kościół w małych społecznościach reprezentuje świat wartości.
Zatem nie tylko o bycie ministrantem tu chodzi. Kościół na pewnym etapie życia był dla Ciebie ważny.
Nadal jest ważny. To, że zacząłem szukać innych dróg, innych przestrzeni narracyjnych opisujących mi świat, nie oznacza, że Kościół przestał być ważny. Być może jest ważny inaczej. Trzy miesiące temu uczestniczyłem w uroczystościach pogrzebowych bliskich mi osób. Wówczas na nowo zobaczyłem znaczenie Kościoła w wymiarze nie strukturalnym, a wspólnotowym. Usłyszałem to w tych pogrzebowych obrzędach.
Co tak istotnego dał Ci Kościół jako dziecku, poza poczuciem przynależności do wspólnoty?
To bardzo trudno nazwać, podam ci dziwaczny przykład. Rozmawiamy teraz w Starym Teatrze w Krakowie, przed chwilą skończyła się próba do spektaklu, który tu reżyseruję. Jeden z aktorów w jej trakcie zapytał trafnie, w jaki sposób młody człowiek, czy też dziecko, może być w ogóle w stanie zrozumieć, czym jest transcendencja. Jest przecież tak daleki od tych spraw, że stanowią one dla niego termin czysto teoretyczny.
W kontekście twojego pytania myślę, że poznany w kościele prosty język nowotestamentowych przypowieści te trudne, często filozoficzne kwestie w jakiś sposób pomagał mi zrozumieć. Od razu wracam na przykład myślami do przypowieści o modlących się w ukryciu – to określiło azymut, którego trzymam się do dziś.
W „Ministrantach” pokazujesz, że ten azymut może zostać określony felernie. Dwunastoletniego Filipa – głównego bohatera filmu – prowadzi do ostateczności.
Zgadza się. Bo on nie ma dokąd się cofnąć.
W jednym z wywiadów powiedziałeś tak: „Byłem miękkim dzieciakiem, wstydziłem się wrażliwości. Ale powtarzałem sobie, że nie wolno płakać, i zbudowałem sobie pancerz. Teraz próbuję go zdjąć”. Czytając te słowa zastanawiałem się, ile w tym Filipie jest Ciebie.
Myślę, że bardzo dużo. To nie jest oczywiście biograficzna sytuacja, chodzi raczej o pewną dynamikę funkcjonowania w rzeczywistości.
To znaczy?
Filip nie czuje się bezpiecznie, więc jedyną jego drogą jest parcie do przodu, mimo wszystko. Czuje się nieakceptowany i – mimo pozornej przynależności – wyobcowany ze swojej grupy rówieśniczej. Poczucie wartości buduje w sobie poprzez działanie, „dawanie sobie rady”. W ten sposób zabezpiecza też swoją przynależność. Ten mechanizm jest w filmie opowiedziany w wątku matki, której Filip za wszelką cenę chce zaimponować, żeby zostać zauważonym.
W domu nie ma ojca, matka choruje na depresję i w gruncie rzeczy to Filip opiekuje się nią, a nie odwrotnie.
Filip nie ma zapewnionych podstaw bezpieczeństwa, a bez tego trudno świadomie definiować swoją podmiotowość. Dlatego właśnie Filip definiuje się w działaniu.
Ty też tak miałeś?
Trochę tak. Dlatego robiłem te wszystkie rzeczy: czytałem w kościele, chodziłem do szkoły muzycznej, grałem w koszykówkę, pływałem i tak dalej. Mechanizm rzucania się w wir aktywności w obliczu zachwianej potrzeby bezpieczeństwa nie jest moim odkryciem.
Skąd w Twoim dzieciństwie poczucie braku bezpieczeństwa?
Jeśli mam być superszczery, muszę przyznać, że poczucie ciągłego zagrożenia wynikało z chłopskiego pochodzenia.
Zagrożenia?
Mam na myśli uczucie, że wszystko można ci odebrać, ot tak.
Skąd w dziesięcioletnim chłopaku brało się poczucie, że wszystko można mu odebrać?
Są rzeczy, które traumatyzują u źródła i zostają z tobą na całe życie. Jedną z tych rzeczy jest bieda. Bieda ustawia ci sposób czytania rzeczywistości na zawsze. Możesz potem zarabiać niewyobrażalne pieniądze, ale to niewiele zmieni. Na zawsze zostaje w tobie doświadczenie tego, że masz mniej.
Jesteś gorszy.
Tak, ale nie chcesz być gorszy, dlatego musisz, jak Filip, w inny sposób zmaterializować sobie poczucie wartości i pewności. Właśnie poprzez działanie.
Filip podejmuje działanie i idzie w nim za daleko. Walczy o słabszych, nie zważając na to, że równocześnie może krzywdzić...
Tak, bo w Filipie rodzi się ekstremizm.
I wtedy, gdy po licznych perturbacjach wraca do kościoła, słyszy: „nie pasujesz tu”.
Owszem, bo problem polega na tym, że zawierzył zasadom i wartościom przekazywanym przez Kościół w sposób inny, niż oczekuje instytucja. Tak jakby tylko jedna narracja była słuszna. Ja nie jestem pewien, czy tak jest...
Czy tak właśnie widzisz współczesny Kościół?
Ja trochę inaczej widzę Kościół. Myślę, że na tym etapie mojego życia nie muszę nikogo pytać, czy tam jest dla mnie miejsce. Sam decyduję, co stamtąd dla siebie zabieram. Ten film jest nie tyle wyrazem mojego zdania na temat Kościoła, co opowieścią o odczuwanym przeze mnie deficycie. Uważam, że ta wrażliwa, delikatna, nienamacalna sfera duchowa zostaje zmarginalizowana na rzecz struktury i zasad. Ostatecznie to, co delikatne, gdzieś się w tym wszystkim gubi.
„Ministranci” są Twoim wołaniem o otwartość?
Są wołaniem o duchowość i otwartość na każdego. O to, żeby wierzący geje nie musieli odchodzić z Kościoła, żeby zostali w nim usłyszani, zamiast słyszeć: do widzenia, nie pasujesz tu. Duchowość jest ważna, ale dziś trudno ją realizować w Kościele.
Pokazujesz swoje filmy rodzicom, ich reakcja jest dla Ciebie ważna. Co powiedzieli po obejrzeniu „Ministrantów”?
Oni są bardzo wierzącymi, oddanymi katolikami. Myślę, że nie obrażą się, że to mówię, ale bardzo się bali, o czym będą „Ministranci”. Ostatecznie dobrze przyjęli film, uznając go za otwarcie dyskusji na temat tego, czym powinien być dzisiaj Kościół.
Zresztą, sam uznaję to pytanie za fundamentalne, ponieważ poza tym, że Kościół realizuje elementarną potrzebę wspólnotowości, to nagłaśniane dramatyczne wydarzenia z udziałem duchownych pokazały, że trudno już kiwać głową i mówić „no, ludzie są różni”. To taka instytucja, po której spodziewamy się więcej.
Chciałbym, żeby Kościół dawał poczucie bezpieczeństwa, bo dzisiaj wszyscy czujemy się zagrożeni. Nie tylko dramatycznymi wydarzeniami na arenie międzynarodowej, także codziennymi stosunkami między sobą. Żyjemy w czasach szybkich i kategorycznych ocen. Dlatego chciałbym, żeby Kościół był miejscem, w którym można się schronić bez oceniania i krytyki. Ale żeby mogli się tam schronić wszyscy, bezwarunkowo.
Porusza mnie żarliwość, z którą o tym mówisz. Jak Ci się udało, mimo tych wszystkich wątpliwości i irytacji, nie stracić wiary?
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakoś górnolotnie, ale ja po prostu jestem w nieustającym dialogu z Siłą Wyższą. Nieustającym! Myślę, że wzięło się to z dzieciństwa, z ciągłego bycia przy ołtarzu. Wiesz, kiedy żyjesz, jak mój Filip, w poczuciu nieustannego zagrożenia, kiedy musisz udowadniać sobie i innym swoją wartość, to zwyczajnie potrzebujesz kogoś, kto bez względu na wszystko zawsze jest po twojej stronie.
A Bóg jest po Twojej stronie.
Tak.
Cały czas jest?
Jest.
I po filmie też jest?
Totalnie.
I co powiedział Ci po filmie?
Powiedział, żebym się trochę ucieszył.

PIOTR DOMALEWSKI – reżyser i scenarzysta, absolwent Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Jego pełnometrażowy debiut „Cicha noc” (2017) zdobył Złote Lwy na 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz dziesięć Polskich Nagród Filmowych Orły. Kolejny film, „Jak najdalej stąd” (2020), miał premierę na Festiwalu Filmowym w San Sebastián, a dla platformy Netflix Domalewski wyreżyserował produkcję „Hiacynt”.
W swojej twórczości przygląda się rodzinom, relacjom międzypokoleniowym i napięciom społecznym, skrywającym się za codziennością. Jego filmy – od kameralnej „Cichej nocy”, przez surowe „Jak najdalej stąd”, po mrocznego „Hiacynta” – łączą realizm z emocjonalną głębią. Najnowszy projekt, „Ministranci” (recenzja filmu w tym samym wydaniu „TP”), to wnikliwa opowieść o chłopcach stojących przed wyzwaniami wiary, dorastania i lojalności wobec instytucji Kościoła. Domalewski unika ocen, koncentrując się na emocjach, relacjach i niuansach dojrzewania.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















