Morto un papa se ne fa un altro („gdy umiera jeden papież, robi się drugiego”) – mówią Włosi, by podkreślić, że nie ma ludzi niezastąpionych. Zwłaszcza w instytucji, która przetrwała wieki i ma odpowiednie procedury na każdą sytuację. Śmierć papieża jest jedną z nich. Nieważne, czy towarzyszy jej smutek, czy westchnienie ulgi – przepisy jasno określają, jakie kroki należy podjąć i kto za co przejmuje odpowiedzialność. Kardynał kamerling stwierdza oficjalnie zgon w obecności wyznaczonych osób, następnie niszczy papieski pierścień i pieczętuje pokój zmarłego. Kardynał dziekan ogłasza wiadomość głowom państw oraz kardynałom nieobecnym w Watykanie, wzywając ich na konklawe. Machina rusza.
Trudno o lepszy temat dla filmu. Odcięta od świata grupa osób, zmuszona do szukania kompromisowej decyzji, malownicza sceneria, tajemnicze rytuały i gra o najwyższą stawkę – wybór, zazwyczaj spośród siebie, przywódcy wielkiej, liczącej ponad miliard osób, globalnej instytucji. Ludzie Kościoła nie przestają być ludźmi – mają te same przywary, ambicje, ukryte pragnienia i ciążącą przeszłość, co politycy startujący w wyborach czy biznesmeni walczący o przejęcie firmy. Świata, z którego przychodzą, też nie da się tak po prostu zostawić za murami Watykanu. On znajdzie sposób, by wedrzeć się tam choćby siłą.
Film Edwarda Bergera „Konklawe”, który wszedł na ekrany, jest właśnie o tym.
Faworyci i game changer
Umiera papież – przez jednych kochany za prostotę i otwartość, przez innych znienawidzony za niekonwencjonalne metody sprawowania władzy: zamiast Pałacu Apostolskiego wybrał 50-metrowe mieszkanie w Domu św. Marty (pewnie oczekując, by to samo zrobili kardynałowie, zajmujący 400-metrowe apartamenty w Watykanie), walczył z korupcją i nepotyzmem w kurii, kontrolował finanse hierarchów.

Dziekan kardynalskiego kolegium kard. Thomas Lawrence (w tej roli Ralph Fiennes) rozpoczyna przygotowania do konklawe, spodziewając się ostrego starcia skrzydła konserwatywnego, któremu przewodzi kard. Goffredo Tedesco (Sergio Castellitto), i liberalnego, z kard. Aldem Bellinim (Stanley Tucci) na czele. Wśród papabili są jeszcze czarnoskóry kard. Joshua Adeyemi (Lucian Msamati) oraz watykański karierowicz kard. Josef Tremblay (John Lithgow). Na tę piątkę oddają głosy pozostali członkowie kolegium, do którego – tuż przed rozpoczęciem wyborów – dołącza niespodziewanie nikomu nieznany Vincent Benitez (Carlos Diehz) z Afganistanu, mianowany kardynałem w tajemnicy (in pectore) ze względów bezpieczeństwa. Jak łatwo się domyślić – game changer toczonej w Kaplicy Sykstyńskiej rozgrywki.
Wielkie proroctwa i małe błędy
„Mimo pewnych powierzchownych analogii, postać zmarłego papieża nie miała być portretem obecnego Ojca Świętego” – zapewniał Robert Harris, autor powieści, która posłużyła za kanwę filmowego scenariusza. Trudno w to jednak wierzyć. Pisał ją w pierwszych latach pontyfikatu Franciszka (książka ukazała się w 2016 r.), korzystając z pomocy Watykanu, który wyraził zgodę na rekonesans autora w miejscach, gdzie będzie toczyć się akcja. Wiele fabularnych pomysłów, wtedy uważanych za fantastyczne – jak inwigilacja członków kolegium, usunięcie kardynała z urzędu za finansowe nadużycia czy zaskakujące nominacje nikomu nieznanych hierarchów z końca świata – po ośmiu latach można uznać za prorocze.
Adaptacji powieści na duży ekran dokonał Peter Straughan, scenarzysta znany choćby ze „Szpiega” („Tinker Tailor Soldier Spy”), za którego otrzymał nominację do Oskara (2011) i nagrodę BAFTA (2012). Mogłoby się wydawać, że powieści Harrisa to gotowe scenariusze filmowe. Pracę scenarzysty warto jednak docenić, zwłaszcza w przypadku, gdy film jest lepszy od książki. Straughan nie tylko dokonał koniecznych skrótów i zagęścił akcję.

Nie tylko zmienił nazwisko głównego bohatera, zamieniając książkowego Lonellegego na Lawrence’a, uzgadniając je z narodowością aktora, dzięki czemu sceny, w których przemawia po włosku z mocnym angielskim akcentem, brzmią naturalnie i wiarygodnie – taką wymowę słyszy się w Watykanie na co dzień. I nie tylko uaktualnił fabułę (w książce niespodziewany kardynał przyjeżdża z Bagdadu, ale dziś tego miasta nie uznalibyśmy za najniebezpieczniejsze na świecie, w przeciwieństwie do roku 2016, gdy iraccy chrześcijanie byli masowo mordowani przez bojowników ISIS), ale też wyczyścił ją z błędów (na łamach powieści jeden z kardynałów skarży się, że mimo zapewnień zmarłego papieża niewiele się zmieniło, a „kobiety nie mają prawa nawet udzielać komunii”, choć każdy kardynał wie, że Watykan dał na to zgodę już w 1973 r.). Podobnych potknięć jest w książce więcej, w filmie udało się je szczęśliwie wyeliminować.
Schematy i stereotypy
Niewykluczone, że niektóre błędy w powieści pojawiły się na etapie przekładu na język polski. Czasem są to drobnostki, jak „mozolne wspinanie się” z Pałacu Świętego Oficjum do Domu św. Marty, podczas gdy oba budynki dzieli 300 m zupełnie płaskiej uliczki. Czasem problemy wskazujące na nieznajomość kościelnych realiów – jak choćby w scenie, gdy duchowni, zebrani wokół ciała zmarłego papieża, śpiewają po łacinie pieśń, której tłumaczenie („Przybądźcie mu z pomocą, święci Boży, spieszcie mu na spotkanie, Anieli Pańscy. Przyjmijcie jego duszę i zanieście ją przed oblicze Najwyższego”) powstało najwyraźniej w oparciu o wersję angielską, podczas gdy jest to dość znana, polska pieśń pogrzebowa, warta zacytowania w oryginale.
Niestety, błędów w tłumaczeniu nie uniknęli też twórcy filmowych napisów, choć to chyba nie powinno dziwić. Żaden duchowny nie zwróci się przecież do kardynała słowami: „diakonie” (owszem, istnieje w kościelnej nomenklaturze pojęcie kardynała-diakona, ale to w żaden sposób nie wpływa na tytulaturę). W filmie ten zwrot w stosunku do dziekana kolegium pojawia się często.

To jednak drobiazgi. Dużo poważniejszym problemem jest schematyczność i jednowymiarowość bohaterów „Konklawe”. Konserwatywny kardynał nie tylko ma odpychające poglądy, ale i niechlujny wygląd (to w książce, bo w filmie wręcz przeciwnie), a do tego domaga się przywrócenia łaciny, której sam dobrze nie zna. Przywódca skrzydła liberalnego wygłasza z kolei „mowę programową”, w której czas, gdy katolicy mieli dziesięcioro dzieci, a msze odprawiano po łacinie i tyłem do wiernych, nazywa „najbardziej opresyjną epoką” w dziejach Kościoła. Czarnoskóry kardynał, który „chciałby zamykać homoseksualistów w więzieniach”, ma natomiast na sumieniu – co łatwo się domyślić – wykorzystanie seksualne zakonnicy. A ambitny i żądny władzy kardynał kamerling, zarozumiały i pewny siebie, kupował głosy afrykańskich elektorów.
Konklawe znane nie od dziś
W książce mamy bowiem świetnie skonstruowaną intrygę, ale postaci narysowano grubą kreską. Nie zmieniają się wewnętrznie, nie przeżywają kryzysów, nie ma w nich sprzeczności i wielkich emocji. Nie wierzymy ich łzom, nie znajdujemy w nich prawdy. Nawet kardynał dręczony wątpliwościami – nie w Boga, bynajmniej, tylko w modlitwę – jest letni i nieprzekonujący.
Richard Harris jest autorem dziesiątków sprawnie napisanych bestsellerów, w których akcja płynie wartko i które trafiają na ekrany kin i sceny teatrów (kilka lat temu cykl jego powieści o Cyceronie został wystawiony przez Royal Shakespeare Company). Ale Szekspirem nie jest, o czym dobrze wie i sam mówi w wywiadach, wyrażając wdzięczność filmowym i teatralnym scenarzystom.
„Konklawe” nie jest też „politycznym i psychologicznym thrillerem” – jak przeczytamy w promocyjnych zajawkach – ani watykańską wersją „House of Cards”. Nie obnaża mechanizmów walki o władzę w Kościele, bo... nie obnaża niczego. Dziś nikogo nie dziwią kardynalskie stronnictwa, animozje, lobbingi, agitacje czy tajne spotkania, na których ustala się kandydatów i strategie działania. Nikogo nie szokują informacje, że za tym czy innym kardynałem ciągną się oskarżenia lub podejrzenia – o występki własne lub tuszowanie przestępstw innych. Z książki (i z filmu) nie dowiadujemy się niczego, czego byśmy wcześniej o przebiegu wyborczych rozgrywek nie wiedzieli.

Wyobraźnia i prawdopodobieństwo
Co jednak nie znaczy, że nie warto wybrać się na „Konklawe” do kina. Dzięki wysiłkom scenarzysty, reżysera i aktorów zobaczymy na ekranie prawdziwych, wielowymiarowych, pełnokrwistych ludzi. Czasem wystarczyło dopisać bohaterowi jedno zdanie („Jakie stanowisko ci obiecał?” – pyta Belliniego dziekan), by postać stała się dwuznaczna, zagadkowa, ciekawsza.
Edward Berger, nagrodzony Oskarem za „Na zachodzie bez zmian” (2022), potrafił zbudować napięcie nawet w scenach z pozoru absolutnie niefilmowych, jak wielogodzinne głosowania kardynałów. Roztropnie też zmodyfikowano zakończenie – którego zdradzić tu nie mogę – w książce niewiarygodne, wręcz śmieszne, przynajmniej dla tych, którzy znają realia życia w Kościele, a zwłaszcza tzw. kapłańskiej formacji. W filmie uratowano je dzięki niedopowiedzeniom i niejednoznaczności słów bohatera, co pozwala widzom na samodzielne wyciągnięcie wniosków – w oparciu o własną wiedzę, wyobraźnię i wrażliwość. Filmowy finał jest dzięki temu nie tylko przejmujący, ale przede wszystkim – prawdopodobny.
Film Bergera warto też obejrzeć ze względu na dokładność w rekonstruowaniu miejsc, w których rozgrywa się akcja (ekipa nie miała zgody na wejście na teren Watykanu, wszystkie wnętrza, włącznie z Kaplicą Sykstyńską, zostały odtworzone w studiu filmowym), oraz wierność w oddaniu kościelnych ceremonii, strojów i zwyczajów. Co nie w każdym przypadku było proste – znane nam opisy śmierci papieża, z których mogli skorzystać twórcy filmu, odnosiły się przecież do sytuacji w apartamentach Pałacu Apostolskiego. W małym mieszkaniu, na drugim piętrze hotelu, jakim w rzeczywistości jest Dom św. Marty, żaden papież dotąd nie umarł.
Finał uratowany
Jest w filmie – jak i w powieści – kilka scen, które pokazują realne problemy, przed jakimi stoi Kościół pod koniec pontyfikatu Franciszka. I nie chodzi bynajmniej o walki liberałów z konserwatystami, wykorzystywanie seksualne dzieci czy zakonnic (pojawiające się, choć tylko w tle) ani finansowe malwersacje – to historie od dawna wszystkim znane.
Nowe wyzwania to – po pierwsze – pochodzenie kardynałów z najdalszych zakątków świata. Arcybiskup Kabulu jest najbardziej wyeksponowanym przykładem hierarchy, który nikogo nie zna i sam też jest nieznany. Co zrobić, by tacy elektorzy nie stali się jedynie maszynką do głosowania, wykorzystywaną przez głównych rozgrywających podczas konklawe?

Po drugie – siła kobiet, których twarzą w filmie jest siostra Agnes (Isabela Rossellini). To przełożona zakonnic, które wykonują podstawowe prace w kuchni i jadalni, sprzątają korytarze i pokoje. Które niewiele mówią, ale wszystko widzą i słyszą. I które są już świadome swojej wartości. Twarz s. Agnes jest chłodna, stanowcza i groźna, czego nie zauważają nawet postępowi kardynałowie, głoszący zwykle szumne hasła o roli kobiet, teraz jednak zajęci ratowaniem świata i Kościoła. Do czasu, który właśnie nadszedł.
Po trzecie – brak drogi odwrotu. Konsekwencje zmian świadomości, jakie dokonują się w świecie i w Kościele – zwłaszcza akceptacji różnorodności – sięgają bardzo daleko. Może nawet finałowej sceny filmu.
Słynny polski szekspirolog Jan Kott przytoczył kiedyś w kąśliwej polemice słowa Diderota: „Szekspir jest jak posąg św. Jana Chrzciciela w katedrze Notre Dame, prymitywny i barbarzyński, ale tak ogromny, że wszyscy możemy przejść pomiędzy jego nogami, nie zawadzając głową o genitalia”. Robert Harris niemalże zawadził. Zwłaszcza na ostatnich stronach książki. Rozwaga i profesjonalizm Edwarda Bergera, Petera Straughana oraz aktorów grających w „Konklawe” sprawiły, że oglądanie tego nie jest jednak ani żenujące, ani szczególnie bolesne.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















