Działo się to w grudniu 1989 r., na warszawskiej Chomiczówce. Śnieg jeszcze wtedy zimą padał regularnie, a jak już spadł, to trwał w śnieżnej formie skupienia miesiącami. Było więc biało, tylko przy ulicach i na skwerkach panowała ponura szarzyzna, bo namiętnie posypywano ten śnieg solą i piaskiem, wskutek czego roztapiał się i tworzył okropną pluchę. Przed sklepem Społem przy ulicy Conrada kwitł świeżo upieczony kapitalizm, sprzedawano ozdoby, choinki, a do tego gumy Hubba Bubba, papierosy, pończochy, nagrania zespołu Polskie Orły i mnóstwo innych niezwykłości, które ówcześni drobni przedsiębiorcy sprowadzali nie wiadomo skąd.
Atmosfera zdawała się ożywiona, a nawet w jakiś szczególny sposób euforyczna, nie tylko z powodu zbliżających się świąt, ale i tego, co się przez ostatnie miesiące w kraju działo. Okrągły Stół, wybory, radykalny przełom, nowy początek, wielkie nadzieje. Tamtego dnia i ja się w środku tego ferworu znalazłem, wybrałem się z mamą do sklepu po świąteczne zakupy, a ponieważ w środku kolejka była długa, postanowiłem poczekać na zewnątrz.
Stałem sobie gdzieś z boku i przyglądałem się wrzawie, aż nagle dostrzegłem, że tuż obok formuje się krąg podekscytowanych gapiów. Słychać było wrzaski, stłumione przekleństwa, nieartykułowane dźwięki. Bardzo mnie to naturalnie zaciekawiło, bo w tym wieku wciąż jeszcze podobne sprawy człowieka ciekawią.
Przecisnąłem się więc przez całkiem gęsty już tłumek, a moim oczom ukazało się dwóch zdecydowanie nietrzeźwych panów, popychających się i wymyślających sobie w sposób do cna pozbawiony oryginalności. Od razu rzucała się w oczy różnica wieku. Jeden – choć w przypadku takich panów pomiary na oko mogą być nieprecyzyjne – wyglądał na sześćdziesiąt kilka lat, drugi na góra trzydzieści. Był też od starszego znacznie większy oraz (chyba) trzeźwiejszy, szybko się zorientowałem, że to właśnie on był prowodyrem całego zajścia, tłum zaś moralnie i emocjonalnie stał po stronie napadniętego.
Stara żoliborska szkoła: leżącego się nie bije
Był to pierwszy raz, kiedy widziałem na własne oczy dorosłych ludzi, którzy naprawdę się biją. I nie wyglądało to wcale tak efektownie jak na filmach z Bruce’em Lee czy Sylvestrem Stallone. Wręcz przeciwnie – szarpanina, bluzgi, krew z rozbitych nosów, wytytłane w błocie ubrania, porozrywane koszule. Z pomieszania fascynacji i lęku, w jakim się pod wpływem tego widowiska pogrążyłem, wyrwał mnie dopiero osobliwy dźwięk. Jakby łupnięcie, ale głuche, przytłumione, a zarazem wwiercające się w uszy. Nie wiem, jak i kiedy starszy to zrobił, ale kiedy młodszy okładał go pięścią, a drugą ręką trzymał za kołnierz, ten w pewnym momencie wymierzył agresorowi straszliwy cios „z główki”.
Młodszy padł natychmiast, ale szybko się zaczął w tym błocie i śniegu gramolić, przykląkł na kolano, coś tam zazłorzeczył pod nosem, tłum natomiast głośno domagał się krwi i zachęcał starszego, żeby zafundował wrogowi ostateczny nokaut. Ale starszy zszedł z pola walki. Tłum, szepcząc z szacunkiem, posłusznie się przed nim rozstępował, a on człapał powoli, dyszał, świszczał i gorączkowo szukał po kieszeniach papierosów. W pewnym momencie zatrzymał się, zapalił, spojrzał na jednego z gapiów, najwidoczniej swojego znajomego, a następnie wychrypiał: „Panie Bogusławie, ja jestem stara żoliborska szkoła, leżącego się nigdy nie bije, kropka, k**** mać”.
Cóż, słowa te wracają do mnie jak bumerang, zwłaszcza kiedy oglądam jakąś walkę MMA. Wcale nie freakową, lecz jak najbardziej sportową, nierzadko na poziomie mistrzowskim. Otóż nagminnie się podczas takich walk zdarza, że jak już ktoś padnie po nokautującym ciosie, ten drugi wcale nie przestaje, lecz z furią młóci dalej nieprzytomne ciało – aż do chwili, kiedy nie odciągnie go odeń sędzia. Widziałem to wielokrotnie, na polskich i zagranicznych galach. Tak właśnie np. Roberto Soldić potraktował w 2021 r. całkowicie już bezbronnego Mameda Khalidova. Jestem oczywiście w stanie zrozumieć, że w ferworze można stracić orientację – adrenalina, nerwy, presja, wiadomo – niemniej mówię o przypadkach ewidentnych, kiedy zawodnik wie już, że wygrał, a mimo to z premedytacją zaczyna dobijać leżącego przeciwnika.
Co się dzieje z naszą sferą publiczną
Nie pisałbym o tym jednak, gdybym nie sądził, że jest to ledwie symptom zjawiska szerszego i większego. Okoliczność, że nikt nie wstydzi się takich zachowań, ba, że się one potem stają wiralami, zdaje mi się niezwykle wymowna. Proces, którego takie ekscesy są tylko jednym z przejawów, wiąże się, mam wrażenie, z postępującą gargantuizacją sfery publicznej, z jakimś coraz bardziej wszechobecnym nadmiarem, brakiem dystansu, przerośnięciem, przesterowaniem. Znać to zarówno w popkulturze – pisałem o tym przy okazji remake’u filmu „Road House” czy ostatniej części „Mission Impossible” – ale i w życiu politycznym, trendach lifestyle’owych, mediach społecznościowych.
Czy to jest tylko późnokapitalistyczne nienasycenie, poszukiwanie coraz mocniejszych wrażeń, zatrata granic – a to wszystko z braku poczucia bezpieczeństwa i deficytu sensu? Czy może kryje się w tym coś więcej, z czego do końca jeszcze nie zdajemy sobie sprawy? Niezależnie od tego, jak brzmi odpowiedź na te pytania, przyznam, że w świecie, w którym – w różnych obszarach i sferach – panują zasady starej żoliborskiej szkoły, czułbym się znacznie bardziej zadomowiony.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















