„Mission: Impossible – The Final Reckoning” to kino realistyczne

W najnowszej odsłonie serii „Mission: Impossible” Ethana Hunta, w którego wciela się Tom Cruise, dotknęły klasyczne przypadłości naszego świata, choć on sam najwyraźniej nie zdaje sobie z tego sprawy.
Czyta się kilka minut
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek
Tomasz Stawiszyński // Fot. Karol Paciorek

Popkultura, jak już nieraz na tych łamach pisałem, to dziś zwierciadło przechadzające się po gościńcu. Dlatego właśnie od lat pozostaję wielbicielem gatunkowego kina i literatury, ze wskazaniem na horror, kryminał, szpiegowski thriller, konwencję przygodową albo starą dobrą sensację.

W zasadzie jedyną odmianą, za którą nie przepadam, są filmy o superbohaterach, w które nie jestem w stanie się wciągnąć; do wyjątków należy jedynie „Batman” w wydaniu Tima Burtona i Christophera Nolana. No, chyba że w poczet superbohaterów włączymy Jamesa Bonda i Ethana Hunta, protagonistę serii „Mission: Impossible” – wówczas lista wyjątków zrobi się nieco dłuższa.

O Bondzie napiszę przy innej okazji, czekam na kolejną odsłonę cyklu, choć zdaje się, że chwilę to potrwa. „Nie czas umierać”, nie ukrywam, było dla mnie rozczarowaniem, wpisało się bowiem bez wdzięku w modę na radosne dekonstrukcje przeprowadzane na rozmaitych dziełach kultury w imię aktualnych kanonów słuszności i poprawności.

„Mission: Impossible – The Final Reckoning”: co się stało z Ethanem Huntem?

Abstrahując już od tego, że w sensie czysto filmowym podobne operacje nigdy nie przynoszą korzystnych efektów – o czym zaświadcza historia kina i literatury zaangażowanej – to wyrastają one, mam wrażenie, z pewnej szczególnej iluzji. Jej nosiciele zdają się święcie wierzyć, że stanowią ostatnie, docelowe ogniwo moralnej ewolucji ludzkości, od którego nic doskonalszego i lepszego nie da się już nawet pomyśleć. Wiadomo, świat się zmienia, a z nim kino, czym innym jest jednak naturalna ewolucja jakiegoś bohatera, a czym innym jego rewolucyjna reedukacja.

Nie o Bondzie jednak (z całym dlań szacunkiem i uwielbieniem) chciałem dziś powiedzieć kilka słów, lecz o „Mission: Impossible”, której ostatnia odsłona, „The Final Reckoning”, niedawno trafiła do kin. Trzeba zaznaczyć, że w porównaniu z Ethanem Huntem, jego umiejętnościami, możliwościami i przygodami, nawet Bond jawi się jako bohater tragiczny, który wciąż musi mierzyć się z nieprzekraczalnymi ograniczeniami ludzkiej natury.

Od pierwszych dwóch odsłon cyklu – zresztą najlepszych, w reżyserii Briana De Palmy (1996) oraz Johna Woo (2000) – reguły gry zostały tu jasno zdefiniowane. Zestaw obowiązkowy obejmuje nieodmiennie: akrobacje, pościgi, maski i syntezatory głosu pozwalające na wcielanie się w dowolną postać, strzelaniny, baletowe walki wręcz oraz jakieś zupełnie nieprawdopodobne historie w rodzaju spacerowania po lecącym 10 tysięcy metrów nad ziemią odrzutowcu. Dostajemy to niezawodnie za każdym razem, acz od pewnego momentu – datowałbym go na „Rogue Nation” (2015) albo „Fallout” (2018) – coś jakby zaczęło się dezorganizować, zjadać własny ogon, popadać w schemat, a nawet jałowość. Ostatnie dwa filmy, „Dead Reckoning” (2023) i wspomniany tegoroczny, są już tego zwiastowanego kryzysu pełną, by tak rzec, ekspozycją.

Co się zatem stało z Ethanem Huntem? Otóż dotknęły go klasyczne przypadłości świata, w którym żyjemy, choć on sam najwyraźniej nie zdaje sobie z tego sprawy albo też nie chce dopuścić tego do świadomości. Najkrócej rzecz ujmując, filmy te cechuje nadmiar, frenetyczne przyspieszenie, sterydowy przerost oraz udawanie, że jest inaczej, niż wszyscy wiemy, że jest. Z jednej strony, nic w tym dziwnego. Jeśli za każdym razem zawiesza się poprzeczkę coraz wyżej, prędzej czy później osiągnie się sufit.

Tak się właśnie sprawy mają z „The Final Reckoning”. Stężenie efektów specjalnych i czynów kaskaderskich na sekundę przekracza nie tylko wytrzymałość psychiczną widza, ale również wyporność jego percepcji. Zaczyna się on w tym gąszczu gubić, nie wie, kto kogo właściwie goni, dlaczego i po co oraz kto za chwilę zdejmie maskę i okaże się zupełnie kimś innym. O ile jednak wcześniej ten zgiełk miał jakieś uzasadnienie, dało się za nim nadążyć, a co najważniejsze: przedzielały go wyraźne momenty katharsis, o tyle teraz mamy już tylko napęczniałą redundancję i chaos.

Bardzo to skądinąd przypomina zarówno dzisiejszą infosferę, jak i marketingowy reżim nieustannego wypuszczania kolejnych wersji tych samych produktów, pełnych zupełnie niepotrzebnych funkcji w coraz większej ilości. A do tego jeszcze główny bohater, człowiek w wieku zupełnie nieokreślonym, egzystujący jakby poza czasem, poza ludzkimi regułami przemijania. Niby wiemy, że jest już starszym panem, po sześćdziesiątce, niemniej wcale nie daje po sobie tego poznać, zachowuje się i wygląda (prawie) jak żwawy młodzieniec.

Tom Cruise i paroksyzmy kultury narcyzmu

Ta figura człowieka w wieku nijakim, niedefiniowalnym, wydaje się symptomatyczna. Nie tylko Tom Cruise, rzecz jasna, stara się w nas wywołać wrażenie, że jest istotą wiecznie młodą, lecz mnóstwo innych odpowiednio znanych i bogatych aktorów i aktorek również. W ślad za nimi podąża zaś rynek, który oferuje kolejne mniej lub bardziej kosztowne metody odmładzania albo konserwowania, od cudownych suplementów i kremów po inwazyjne zabiegi.

Naturalnie wszystko to są późne paroksyzmy opisywanej ongiś przez Christophera Lascha kultury narcyzmu. Także w tym sensie ostatnie „Mission Impossible” to de facto kino realistyczne. No właśnie, jak już wspomniałem, popkultura to zwierciadło przechadzające się po gościńcu. Problem polega na tym, że ostatnimi czasy widoczne w niej odbicia robią się coraz bardziej gargantuiczne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Świat na sterydach