Jeżeli istnieje niewidzialne serce festiwalu w Cannes, to chyba wiem, gdzie go szukać. Nie znajduje się ani w sali Grand Théâtre Lumière, do którego prowadzą arterie czerwonych dywanów, ani na bulwarze La Croisette, gdzie przyciśnięci do barierek łowcy autografów oraz fotoreporterzy polują na gwiazdy. Bije na najniższym poziomie pałacu festiwalowego. Lepiej zabierzcie krem do opalania, bo właśnie idziecie do piekła.
Na końcu długiego korytarza prowadzącego do strefy targowej znajdziecie okrągłe patio z gastronomią, stolikami oraz pufami dla umęczonych życiem branżowców. Pod szklaną stożkową kopułą spotykają się ludzie, którzy uważają, że zrównoważona temperatura ciała jest dla słabiaków. Szkło działa jak gigantyczna lupa. Wiązka światła słonecznego wwierca się prosto w mózg i doszczętnie wypala to, czego nie wypaliły jeszcze francuskie filmy z Konkursu Głównego.
Takich „stożków śmierci” jest w Cannes znacznie więcej. Wszystkie wydają się zaprojektowane po to, by zachwycać elegancją i uprzykrzać życie. To niezła metafora całej imprezy, ale ja nie o tym. Na podsumowania przyjdzie jeszcze pora. Na razie będzie o seansie, który wprowadził szare komórki w stan uśpienia i pozwolił cieszyć się kinem w jego najpierwotniejszej formie; o filmie, który oddycha ciągłym ruchem, zmianą krajobrazów, twarzy i faktur.
Festiwal w Cannes: czego dziś poszukuje się na Lazurowym Wybrzeżu
Cannes, wzniesione w dużej mierze dzięki amerykańskim pieniądzom i organizowane na mocy lukratywnych układów marketingowo-artystycznych z Hollywood, uczyniło z takich seansów znak firmowy. Pamiętam, gdy monumentalna eksplozja cysterny w „Mad Maksie. Na drodze gniewu” dosłownie poderwała ludzi z miejsc, a przez salę przetoczyła się fala gromkich braw. Albo gdy start odrzutowca w „Top Gun: Maverick” sprowokował kolektywne westchnienie. Lubię myśleć, że był to spontaniczny wyraz tęsknoty za nieco prostszym kinem.
Spokojnie, nie wyciągnę z rękawa „prajedni dziesiątej z Muz”, „Wjazdu pociągu na stację w La Ciotat” albo innego Irzykowskiego. Nie będę przekonywał, że „widzialność obcowania człowieka z materią” jest tym, czego dziś poszukuje się na Lazurowym Wybrzeżu. Szuka się raczej znajomych ludzi w sprawdzonych rolach – wyliniałych mistrzów, przyjaciół królika, zdolnych debiutantów. Jest natomiast coś magicznego w chwilach, gdy publiczność złożona wyłącznie z krytyków filmowych (choć nie jest to wiedza powszechna, festiwal w Cannes pozostaje imprezą stricte branżową) odpina wrotki i ekscytuje się koncertem na sto karabinów. Tak się czyści kubki smakowe po wszystkich Loachach i Almodóvarach tego świata.
„Mission: Impossible – The Final Reckoning”: co Tom Cruise pokazał w Cannes
Wspomniałem o Tomie Cruisie nie bez kozery. Świetny aktor z papierami na wybitnego kaskadera (albo odwrotnie) pokazał na Lazurowym Wybrzeżu najnowszą i zarazem ostatnią część cyklu „Mission: Impossible”. Popkultura i matematyka nie kłamią: Cruise to tyranozaur w deszczu meteorytów, jedna z ostatnich wielkich hollywoodzkich gwiazd. Sam zaś film to jeden z tych wykwitów kina akcji, które po prostu trzeba zobaczyć na wielkim ekranie. Choć może niekoniecznie w Cannes, gdzie przez „modernizację” rozumie się zdemontowanie rozklekotanych suszarek w salach kinowych oraz montaż systemu dźwiękowego Dolby Atmos.
„Mission: Impossible – The Final Reckoning” rozpoczyna kolażowa sekwencja pamiętnych wyczynów gwiazdora z poprzednich części cyklu. Łezka się w oku kręci na widok jego wspinaczki po drapaczu chmur Burdż Chalifa, slalomu helikopterem pomiędzy górskimi pasmami Kaszmiru czy skoku w otchłań z norweskiego klifu Hellesylt (na motorze!). Jako że jego bohater, agent do zadań niemożliwych Ethan Hunt, kontynuuje swoją walkę przeciw wszechwładnej sztucznej inteligencji, cały ten dorobek staje się celną metaforą „analogowej” wrażliwości. Zarówno w kinie, jak i w życiu.

I cóż to jest za wrażliwość! Scenarzyści przerzucają bohatera z miejsca na miejsce, a Cruise – dyskutując z prawami fizyki i przesuwając granice wytrzymałości starzejącego się ciała – śmieje się śmierci w twarz. Czasem uświadomi nam wagę cnót przyjaźni, odpowiedzialności i poświęcenia, to znów powspomina stare dobre czasy. Jego opowieść złożona jest niemal wyłącznie z nawiązań, mrugnięć okiem oraz powidoków. Nie szkodzi. Myślę, że po trzydziestu latach istnienia serii (pamiętacie jeszcze, że „jedynkę”, czyli remake zapomnianego serialu z lat 60., wyreżyserował Brian De Palma?) aktor zasłużył na ten pomnik. Nawet jeśli – ten typ tak ma – sam go sobie postawił.
W niedawnym wywiadzie z magazynem „Sight & Sound” dziennikarze pytali gwiazdora o Stanleya Kubricka, o Marlona Brando, o rozkwit powojennego amerykańskiego kina oraz widmo zmierzchu sztuki filmowej w obliczu pandemii. To ciekawa rozmowa i zarazem piękna pozafilmowa koda kariery. Warto bowiem pamiętać, że to właśnie Cruise zarobił w kinowych kasach dużo pieniędzy, gdy noc była najciemniejsza. I że u świtu, w trakcie wzruszającego spotkania po latach, pochwalił go za to Steven Spielberg. Nie będzie ryzykiem zakładać, że znajdą się w Cannes lepsze filmy niż „Mission: Impossible – The Final Reckoning”. Pytanie tylko, czy znajdą się ważniejsze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















