Po siedmiu miesiącach głębokiego kryzysu politycznego, który zaczął się z chwilą unieważnienia przez Sąd Konstytucyjny wyborów prezydenckich z końca 2024 r., rumuńska scena polityczna w końcu wraca do równowagi. Kruchej równowagi. Pod koniec czerwca – po trwających ponad miesiąc niełatwych negocjacjach – przegłosowano bowiem wotum zaufania dla rządu premiera Ilie Bolojana, lidera centroprawicowej Partii Narodowo-Liberalnej (PNL).
Nowy gabinet ma poparcie szerokiej koalicji – powołanej pod auspicjami Nicușora Dana, nieco miesiąc wcześniej zaprzysiężonego nowego prezydenta. Zrzesza ona właściwie wszystkie ugrupowania proeuropejskie zasiadające w parlamencie, od prawa do lewa. Poza Partią Narodowo-Liberalną nowego premiera w jej skład weszli liberałowie z bliskiego prezydentowi Związku Ocalenia Rumunii (USR), postkomunistyczni socjaldemokraci z PSD oraz reprezentująca mniejszość węgierską partia UDMR.
Rumuńscy narodowcy na fali wznoszącej
Złożona z tak różnorodnych ideologicznie, a niekiedy wprost zwalczających się środowisk politycznych, większość rządząca stoi teraz przed trudnym zadaniem: musi opanować narastające lawinowo zadłużenie Rumunii i zrestartować gospodarkę, która popada w stagnację.
Oznacza to jednak konieczność wprowadzenia szeregu niepopularnych reform – w tym istotnej podwyżki podatków, połączonej z cięciami w wydatkach publicznych oraz ze zwolnieniami w sferze budżetowej.
To zaś nie tylko będzie prowokować napięcia wewnątrz większości rządzącej, i tak skłóconej – część wchodzących w jej skład partii ponosi przecież odpowiedzialność za obecną sytuację finansową kraju, za co pozostałe partie słusznie je krytykują. Co równie ważne, może to wzmocnić eurosceptyczny Związek Jedności Rumunów (AUR), który w ostatnim roku zyskuje na popularności.
To ugrupowanie – narodowo-konserwatywne i niechętne wobec Ukrainy (choć nie wprost prorosyjskie) – notuje obecnie 35-40 proc. poparcia. Co czyni je najpopularniejszą partią, wyraźnie wyprzedzającą kolejne na liście PSD czy PNL (notujące po 16-17 proc.).
Jak rumuńska gospodarka dogoniła polską
Rumunia uważana jest dość powszechnie za przykład historii sukcesu transformacji ekonomicznej. Niektórzy mówią nawet o rumuńskim cudzie gospodarczym.
Trudno się z tym nie zgodzić – dość spojrzeć na liczby. Od momentu akcesji do Unii Europejskiej w 2007 r. aż do roku 2024 rumuński PKB wzrósł ponad dwukrotnie, a przepaść między Rumunią a państwami Unii została w dużej mierze zasypana.
O ile jeszcze 18 lat temu rumuński PKB per capita (w tzw. PPS, czyli według standardu siły nabywczej) był stosunkowo niski i wynosił zaledwie około 44 proc. średniej unijnej, o tyle w 2024 r. osiągnął wysokość aż 78 proc. tejże średniej. Pod tym względem Rumunia wyprzedziła więc tradycyjnie zamożniejsze od niej kraje Europy Środkowej, na czele z Węgrami – co zresztą wywołało w Bukareszcie niezwykły entuzjazm – i dogoniła Polskę.
Odczuli to także obywatele: w tym samym okresie wynagrodzenia brutto wzrosły ośmiokrotnie, z około 1230 lei na początku roku 2007 do 9415 lei (równowartość ok. 7,6 tys. zł) w 2024 r.
Czy rumuński sukces był na kredyt?
W ostatnim czasie „karpacki tygrys” zaczął jednak łapać zadyszkę.
Tempo wzrostu gospodarczego – utrzymującego się w ciągu ostatnich 20 lat średnio na poziomie 3,5 proc. rocznie – spadło w roku 2023 do 2,4 proc., a w 2024 – do zaledwie 0,9 proc. Wedle prognozy Banku Światowego kolejne dwa lata także będą należeć do „chudych”: w roku 2025 i 2026 gospodarka ma wzrosnąć o skromne 1,3 proc. i 1,9 proc.
Kluczowym problemem jest przede wszystkim stan finansów publicznych i rosnące w błyskawicznym tempie zadłużenie kraju. Od 2020 r. Rumunia objęta jest tzw. unijną procedurą nadmiernego deficytu, uruchamianą, gdy różnica między wydatkami a wpływami budżetowymi w danym roku przekracza 3 proc. PKB albo gdy ogólne zadłużenie jest wyższe niż 60 proc. PKB.
O tym, jak bardzo Rumunia nie radzi sobie z opanowaniem tej sytuacji, niech świadczy fakt, że mimo objęcia jej wspomnianą procedurą (co teoretycznie powinno sprzyjać stopniowemu ograniczaniu zadłużenia), deficyt budżetowy tego państwa wyniósł w 2024 r. rekordowe 9,3 proc. (dla porównania: w 2023 r. było to „zaledwie” 6,6 proc.).
Skok zadłużenia, wyższa inflacja, większe wydatki
Jeszcze większe wrażenie robią wskaźniki długu publicznego. O ile w 2019 r. wynosił on tylko 35 proc. PKB, o tyle w 2024 r. osiągnął już poziom 55 proc., a w tym roku (lub najpóźniej w kolejnym) przekroczy na pewno 60 proc. Na Rumunach – którzy za sprawą szaleństwa polityki oszczędności, zaprowadzonej przez komunistycznego dyktatora Nicolae Ceaușescu w latach 80. XX w. weszli w erę demokratyczną z zerowym długiem – liczba ta nie może nie robić wrażenia.
Największy skok zadłużenia Rumunia odnotowała – podobnie zresztą jak wiele innych krajów na świecie – w trakcie pandemii. Obfite programy pomocowe, mające chronić przedsiębiorców przed skutkami lockdownów, zadziałały, ale były niezwykle kosztowne. W efekcie w 2020 r. dług skoczył ze wspomnianych 35 proc. do niemal 47 proc. PKB.
Po pandemii – zwłaszcza w latach 2022-23 – przyszła z kolei wysoka inflacja, znana również z Polski i związana m.in. z rosnącymi cenami energii. W końcu 2022 r. sięgnęła tutaj niemal 17 proc. Inflacja zaś zmusiła rząd do dużych podwyżek wynagrodzeń w sektorze publicznym i większej rewaloryzacji świadczeń emerytalnych i rent.
Kasę państwa drenowały także – na kredyt – dopłaty do rachunków za prąd i gaz, które miały ulżyć przedsiębiorcom i odbiorcom indywidualnym.
Niskie podatki i rumuński system fiskalny
Jednocześnie, mimo rosnących kosztów, wpływy do budżetu pozostawały na dość niskim poziomie. Jest tak z dwóch powodów.
Pierwszym i najbardziej bodaj oczywistym były niskie podatki, którymi od wielu lat wciąż – przynajmniej: póki co – cieszą się Rumuni i firmy tutaj zarejestrowane. W Rumunii PIT jest liniowy i wynosi zaledwie 10 proc. (gdy w Polsce najniższy próg podatku od osób fizycznych to 12 proc.), a stawka CIT to 16 proc., co czyni ją jedną z najniższych w Unii. Niski jest też podatek VAT – podstawowa stawka to 19 proc. – oraz podatek od dywidend (wynosi 10 proc.).
Drugim powodem jest nieefektywność aparatu fiskalnego i wynikająca stąd niska ściągalność podatków. Najlepiej widać ją na przykładzie tzw. dziury VAT-owskiej, która przybrała tu rozmiary absurdalne. Komisja Europejska szacuje, że do skarbu państwa co roku nie trafia ponad 30 proc. środków, które powinny zostać wpłacone z tytułu podatku VAT.
Dla porównania: w 2022 r. wskaźnik ten wyniósł w Polsce 8,4 proc., a ogółem w Unii zaledwie 7 proc.
Rumunów czeka znacząca podwyżka podatków
Aby opanować sytuację i powstrzymać finansową erozję państwa, nowy rząd Ilie Bolojana ogłosił projekt pakietu reform, który natychmiast wzbudził emocje.
W centrum propozycji jest bowiem znacząca podwyżka podatków. Już od sierpnia podstawowa stawka VAT ma wzrosnąć do 21 proc., a od stycznia 2026 r. obowiązywać zacznie 16-procentowy podatek od dywidend. Podatek obrotowy, do którego płacenia (równolegle z podatkiem CIT) zobowiązane są banki, ma wzrosnąć z 2 do 4 proc.
Dalej: fiskus zamierza też sięgnąć do kieszeni tych, którzy zarabiają na obrocie kryptowalutami. O 10 proc. wzrosną także i tak nie najniższe akcyzy. Choć Rumunia jest jednym z największych w Unii producentów ropy, to już dziś (ze względu na obciążenia podatkowe) kierowcy muszą płacić za litr benzyny i oleju napędowego co najmniej o kilka, a niekiedy kilkanaście procent więcej niż ich polscy koledzy.
Obciąć, uszczelnić, ścigać!
Ale to nie koniec. Nowy rząd zapowiada też ostrą dietę dla sektora publicznego: w planach są szeroko zakrojone cięcia budżetowe, w tym redukcja zatrudnienia w administracji. Dokładne liczby nie są w tym wypadku znane (mówi się nawet o redukcji o jedną piątą), ale wiadomo już, że od 2026 r. zamrożone zostaną niemal wszystkie konkursy na wakujące stanowiska urzędnicze.
W ramach oszczędności rząd zapowiedział także zwiększenie obciążeń dla nauczycieli poprzez dołożenie im dodatkowych dwóch godzin dydaktycznych w tygodniu (przy zachowaniu obecnego wynagrodzenia).
Uszczelnieniu ma podlegać również system poboru podatków – w tym niewydolna dziś ANAF, czyli agencja zajmująca się walką z oszustwami skarbowymi, oskarżana m.in. o dopuszczenie do wspomnianej wcześniej luki VAT-owskiej. Dojdzie także do zamrożenia (przynajmniej do 2026 r. włącznie) emerytur i wynagrodzeń w sektorze publicznym.
Niezależnie od tych zmian rząd wygasza też obowiązujące od ponad trzech lat mechanizmy pomocowe, w tym wspomniane dopłaty do prądu i gazu; te oficjalnie przestały być stosowane z końcem czerwca. Szacuje się, że instrument ten kosztował budżet w sumie ok. 6 mld euro (tj. 1,5 proc. rocznego PKB).
Czarny scenariusz ekonomiczny dla Rumunii
Nowy rząd tłumaczy, że podwyżki i cięcia są niezbędne, bo dalsze zamykanie oczu na rosnący deficyt będzie mieć katastrofalne skutki dla całej gospodarki i budżetu.
W minionym tygodniu minister finansów Alexandru Nazare wygłosił swego rodzaju exposé, malując nie tylko obraz ponurej sytuacji finansów, ale wskazując też na zagrożenia z niej wynikające. „Rumunia objęta jest unijną procedurą nadmiernego deficytu od pięciu lat. Jeśli nie podejmiemy zdecydowanych działań, stracimy dostęp do środków unijnych i zaszkodzimy naszemu ratingowi inwestycyjnemu” – tłumaczył Nazare.
Minister dał do zrozumienia, że utrata zaufania inwestorów i zawieszenie funduszy unijnych (w tym środków z Krajowego Planu Odbudowy) mogą wpędzić kraj w jeszcze poważniejsze tarapaty. Dość powiedzieć, że niższy rating utrudnia zdobywanie pieniędzy na finansowanie zadłużenia i de facto zwiększa koszty jego obsługi.
„Przez zbyt wiele lat ignorowaliśmy problemy i teraz płacimy za to cenę. Pakiet reform (nowego rządu – red.) nie jest motywowanym ideologicznie wyborem, lecz decyzją o przetrwaniu naszej gospodarki” – mówił minister, dodając że pięć lat w procedurze nadmiernego deficytu uczyniło z Rumunii kraj postrzegany jako niepoważny i lekkomyślny.
Reformy mają doprowadzić do stopniowego ograniczania deficytu i około roku 2030 wyłączyć Rumunię spod wspomnianej procedury.
Polityczna zawierucha wstrząsa Rumunią
Przychylając się do oceny ministra, rumuńscy komentarzy zwracają uwagę, że w wizerunek kraju uderzyły ostatnio nie tylko problemy związane z długiem i spowolnieniem gospodarczym. Cieniem na image’u „karpackiego tygrysa” położył się – trwający od grudnia 2024 r. – okres politycznej niestabilności, niekiedy przybierającej formy karykaturalne.
Przypomnijmy: najpierw w grudniu 2024 r. Sąd Konstytucyjny podjął kontrowersyjną decyzję o anulowaniu wyborów prezydenckich, w których w pierwszej turze sukces odniósł Călin Georgescu – prawicowy radykał sympatyzujący z Rosją, wcześniej szerzej nieznany.
Potem tenże sąd wydał orzeczenie przedłużające kadencję prezydenta Klausa Iohannisa (równie wątpliwe). Mimo niskich rankingów popularności i płynących z różnych stron sceny politycznej wezwań do rezygnacji, rozpaczliwie trzymał się on urzędu. Ostatecznie Iohannis podał się do dymisji, a w urzędzie zastąpił go tymczasowo obecny premier Bolojan.
Nie był to jednak koniec zamieszania. Po pierwszej turze powtórzonych wyborów prezydenckich, w maju 2025 r., upadł rządu PSD-PNL, powołany ledwie kilka miesięcy wcześniej. Przyczyną była porażka wyborcza Crina Antonescu – wspólnego kandydata obu partii na prezydenta, który nie zdołał nawet wejść do drugiej tury.
Państwo pełniące obowiązki państwa
Jakby tego było mało, pogarszającemu się wizerunkowi rumuńskiej elity politycznej nie pomagał fakt, że przez kolejne miesiące nie była ona w stanie przedstawić wiarygodnych dowodów na rosyjską ingerencję w grudniowe wybory. Ingerencję, która stanowić miała w domyśle główne uzasadnienie dla tak ostrej reakcji władz na sukces Georgescu.
O tym, w jak kuriozalnej i niesprzyjającej zachowaniu twarzy sytuacji znalazła się w pewnym momencie Rumunia, świadczyć może nagłówek jednego z lokalnych portali informacyjnych, opublikowany tuż po pierwszej turze powtórzonych wyborów. Brzmiał on:
„Pełniący obowiązki przewodniczącego PNL został mianowany przez pełniącego obowiązki prezydenta Rumunii na stanowisko pełniącego obowiązki premiera”.
Faktycznie, Ilie Bolojan (pełniący obowiązki prezydenta) po rezygnacji dotychczasowego szefa rządu mianował na p.o. premiera Cătălina Predoiu, który chwilę wcześniej zastąpił Bolojana – gdy ten zajął chwilowo stanowisko głowy państwa – na fotelu przewodniczącego PNL. Sami Rumuni gubili się już w tej karuzeli stanowisk.
Wybuchowy potencjał w nowej koalicji rządowej
Przed nowym rządem stoją dziś więc trzy kluczowe i powiązane ze sobą zadania. Są to: naprawa finansów publicznych, restart gospodarki oraz odbudowa zaufania obywateli do dotychczasowej klasy politycznej oraz do instytucji państwa (w tym Sądu Konstytucyjnego).
Żadne z tych wyzwań nie będzie łatwe. Nie ulega wątpliwości, że planowane reformy spotkają się z oporem społecznym. Protesty grup zawodowych, które obawiają się skutków nowych regulacji fiskalnych i redukcji etatów, już się rozpoczęły – chociaż zmiany nie zostały jeszcze oficjalnie zatwierdzone. Trudno oczekiwać, aby w najbliższych miesiącach emocje miały opaść. A im silniejsze będą napięcia na ulicach (i spadki w sondażach), tym ostrzejsze będą konflikty w koalicji rządzącej.
Najbardziej wybuchowy potencjał kryje się w relacji między antysystemowym Związkiem Ocalenia Rumunii (USR) a „starymi” formacjami PSD i PNL. Dla Związku, który swoją tożsamość budował na ostrej krytyce „duopolu” rządzącego od lat 90. XX w., wspólne sprawowanie władzy z dawnymi przeciwnikami to eksperyment o wysokim ryzyku. Z kolei socjaldemokraci i liberałowie coraz częściej dają do zrozumienia, że są zmęczeni konfrontacyjnym i bezkompromisowym stylem partnerów ze Związku.
W Rumunii czas gra na rzecz narodowców
W rezultacie rządowy układ trzyma w całości nie tyle wspólna wizja, ile wspólny strach – przed przyspieszonymi wyborami i marszem narodowców z AUR po władzę.
Bo w efekcie największym wygranym obecnego kryzysu wydaje się George Simion, stojący na czele tej partii. Choć przegrał on w maju prezydencki wyścig z Danem, to w drugiej turze uzyskał znaczące 47 proc. głosów – i nie może chyba narzekać na kształt obecnego powyborczego scenariusza.
Czas, narastający gniew społeczny i reformy, tyleż bolesne, co konieczne, a przy tym realizowane rękami jego oponentów – wszystko to gra dziś wyłącznie na jego korzyść.

Żabka podbija Rumunię
Polskie firmy są tutaj widoczne na każdym kroku. A jedną z najbardziej widocznych jest Żabka – w Rumunii występująca pod marką Froo.
Planowane zmiany w systemie podatkowym mogą uderzyć w wizerunek Rumunii jako jednego z najbardziej atrakcyjnych dla inwestorów krajów Unii. W tym także atrakcyjnego dla przedsiębiorców z Polski, którzy w ciągu ostatnich lat czuli się tutaj doskonale. Świadczy o tym mnogość rodzimych marek na rumuńskim rynku.
NAJWIĘCEJ POLSKIEGO KAPITAŁU skupiają w Rumunii branże spożywcza oraz odzieżowa, choć firmy znad Wisły coraz śmielej i skuteczniej rozpychają się także w sektorze bankowym i handlu detalicznym. Bardzo mocną pozycję ma tutaj Grupa Maspex (spożywczy gigant na skalę europejską, właściciel m.in. Tymbarka i Lubelli). Maspex ostrzy sobie zresztą właśnie zęby na spółkę Purcari – to jeden z największych w regionie producentów win, notowany na bukareszteńskiej giełdzie (główna winnica tej marki znajduje się w sąsiedniej Mołdawii).
DUŻYM GRACZEM lokalnym jest także firma LPP (właściciel takich marek jak Reserved, Sinsay i Cropp). W 2024 r. dysponowała ona w Rumunii ponad 250 sklepami i była trzecią pod względem obrotów grupą modową w tym kraju – po Inditexie, właścicielu Zary, oraz po Pepco. Warto przy tym zaznaczyć, że Pepco także jest na swój sposób rodzima: spółka zaczynała swoją działalność w Polsce, jej centrala znajduje się w Poznaniu, a akcje notowane są na warszawskiej giełdzie.
GDY IDZIE O BANKI, od początku 2025 r. na rynku rumuńskim działa korporacyjny oddział banku PKO BP. Inny znany polski fintech (tj. spółka działająca w sektorze technologii płatniczych i finansowych), BLIK, uzyskał zaś w październiku 2024 r. autoryzację Rumuńskiego Banku Narodowego. Ponadto w wielu rumuńskich miastach można spotkać produkowane w Polsce autobusy marki Solaris czy tramwaje bydgoskiej fabryki PESA. Dostarcza ona też kolejom rumuńskim pociągi regionalne.
NAJBARDZIEJ RZUCAJĄCĄ się jednak w ostatnim czasie w oczy inwestycją o polskim rodowodzie jest sieć sklepów Żabka. A raczej Froo, bo to pod takim szyldem działają one w Rumunii od połowy 2024 r. Obecnie Froo posiada tutaj ponad 100 sklepów, ulokowanych w Bukareszcie, Konstancy i Pitești. Spółka szacuje, że docelowo na rynku rumuńskim mogłoby funkcjonować 4 tys. sklepów. Dla porównania: w Polsce, której populacja jest mniej więcej dwukrotnie wyższa od rumuńskiej, jest nieco poniżej 12 tys. sklepów sygnowanych charakterystycznym zielonym logotypem.
KC
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















