W powszechnej świadomości zakorzeniło się wiele mitów na temat studentów i ich codziennego życia. Można wybierać pomiędzy roszczeniowymi leniami a głośnymi imprezowiczami, chociaż najłatwiej jest te dwie figury po prostu połączyć. To jednak bardzo uproszczony i nieprawdziwy wizerunek – zarówno dziś, jak i w przeszłości. Polscy studenci wielokrotnie inicjowali protesty poruszające fundamentami społeczeństwa, nie bojąc się ryzyka i stając się prekursorami pokoleniowych przemian. Tak było zarówno w 1968 roku, jak i pod koniec PRL, gdy powstało Niezależne Zrzeszenie Studentów, wywalczone podczas akademickich strajków, a potem mocno dające się we znaki komunistycznej władzy.
Jak rządy PiS i reforma Gowina przebudziły polskich studentów
Ustrój się zmienił, a NZS dziś jest jednym z elementów uniwersyteckiego establishmentu, coraz mniej kojarząc się z politycznym zaangażowaniem studentów i organizowaniem strajków. Zresztą, te ostatnie zostały mocno ograniczone ustawą, która co prawda gwarantuje prawo do legalnych protestów, ale tylko samorządom studenckim, Parlamentowi Studentów RP oraz stowarzyszeniom zrzeszającym wyłącznie ich, czyli de facto gremiom mocno powiązanym ze strukturami uczelni.
Na pierwsze duże protesty akademickie w III RP musieliśmy czekać aż do roku 2018, kiedy to doszło do strajków przeciwko tzw. ustawie Gowina. Podobnie jak za najlepszych czasów NZS, przeciwnikiem była wówczas władza centralna, a wsparcie studentom okazywali pracownicy akademiccy oraz władze uczelni, które albo na te protesty przyzwalały, albo nawet je aktywnie wspierały.
Akcja studencka zakończyła się fiaskiem, lecz przyczyniła się zarazem do budowania świadomości. Pojawiły się pomniejsze inicjatywy, choćby „Uniwersytet Zaangażowany”, który na Uniwersytecie Warszawskim sprzeciwił się nowym zapisom regulaminu studiowania, wprowadzającym dodatkowe opłaty dla studentów. Niestety, grupę tę spotkał los podobny do wielu innych niesformalizowanych inicjatyw. Aktywiści wypalili swoją energię albo przestali studiować.
Poznań i Kraków bronią akademików przed prywatyzacją
Na tym tle poprzedni rok akademicki (2023/2024) był swoistym przebudzeniem i obfitował w wystąpienia skierowane nie przeciwko politykom, ale władzom uniwersyteckim. Zaczęło się od grudniowego strajku okupacyjnego w poznańskim akademiku „Jowita”, który zakończył się sukcesem: rozmowami studentów z ministrem nauki Dariuszem Wieczorkiem i deklaracją rezygnacji ze sprzedaży akademika. Protest prowadzony przez działaczy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza nawiązywał w swojej formule do strajkowych tradycji ruchu robotniczego, a domagano się nie tylko zachowania „Jowity”, ale też zwiększenia zaplecza socjalnego i mieszkaniowego pozostałych uczelni w Polsce, a także uznania możliwości zrzeszania się studentów w związkach zawodowych. Niedługo później podobne akcje rozlały się na całą Polskę.
W maju 2024 r. rozpoczął się strajk okupacyjny w obronie akademika „Kamionka” Uniwersytetu Jagiellońskiego, a potem akcje studenckie, z których środowisko wcześniej nie było szerzej znane – w Krakowie, Warszawie i Wrocławiu protestowano w obronie bombardowanych przez izraelską armię mieszkańców Strefy Gazy. Aktywiści domagali się od władz akademickich potępienia zbrodni w Palestynie oraz zerwania powiązań z izraelskimi jednostkami naukowymi. Jednocześnie studenci podkreślali swoją apolityczność. Hubert Hanisz, członek „Akademii dla Palestyny”, okupującej Uniwersytet Wrocławski, mówi: – Zajmujemy się kryzysem humanitarnym, zdając sobie sprawę, że każda inicjatywa społeczna zostanie w końcu wchłonięta przez jakąś narrację i że można nas w ten sposób powiązać ze środowiskami politycznymi. Ale my nie reprezentujemy żadnej organizacji czy partii politycznej.
Rezultaty tych wzburzeń były różne. „Kamionkę” obroniono przed sprzedażą; warszawscy aktywiści zostali usunięci z kampusu przez policję wezwaną przez rektora; protest studentów z wrocławskiej i krakowskiej inicjatywy dla Palestyny stracił swą dynamikę. Niezależnie od finału, powyższe przykłady pokazują zaskakującą intensyfikację odważnych działań na polskich uczelniach.
– Studenci zauważyli, że posiadają siłę polityczną i mogą rzeczywiście walczyć o rzeczy dotyczące nie tylko ich samych, ale też całego uniwersytetu czy wręcz społeczeństwa – mówi Kaja Kędzioł, studentka i aktywistka z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Student zaharowany. Tak kiedyś nie było
Czy mamy zatem do czynienia z przełamaniem marazmu i niemocy polskich studentek i studentów? Doktor Krystian Szadkowski, socjolog z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, badający transformacje systemów szkolnictwa wyższego w Europie Środkowo-Wschodniej, mówi: – Na przełomie roku 2023/24 doszło do intensyfikacji działań studenckich w Polsce o skali niewidzianej w zasadzie od końca lat 80. W dodatku przy użyciu radykalnych form protestu, stanowiących zagrożenie dla samych uczestników. Nie mamy co prawda do czynienia z masowym ruchem studenckim, bo działania te nie rezonują z całym środowiskiem, ale jest to wzmożenie jakościowo inne od wszystkiego, co było do tej pory. To nie są działania oparte jedynie na reakcjach na wprowadzane odgórnie reformy, dotyczą też walki w obszarach wyznaczanych przez samych studentów.
Czy dzisiejsi młodzi ludzie są bardziej świadomi niż ich poprzednicy, piętnaście czy dwadzieścia lat temu? Odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać w zmieniających się warunkach socjoekonomicznych i koniunkturze, w jakiej przyszło się obecnie kształcić milionowi polskich studentów. Ponad połowa z nich wykonuje pracę zarobkową podczas studiów, a większość robi to z przymusu ekonomicznego, a nie – jak często opisują portale oferujące staże – z chęci powiększania swojego doświadczenia w zawodzie.
– Lata dwutysięczne to był okres przede wszystkim masowego bezrobocia, a szkolnictwo wyższe traktowano po części jak przechowalnię bezrobotnej młodzieży, bez konieczności rejestrowania jej w urzędach pracy czy nie daj Boże wypłacania im jakichś świadczeń – tłumaczy Szadkowski. – Dziś większość studentów w dużych miastach nie ma problemów ze znalezieniem zatrudnienia. Dla wielu praca to jednak konieczność, by móc w ogóle się kształcić i przetrwać studia.
Poznański socjolog dodaje, że na kwestie przemian rynku pracy nakłada się transformacja samego szkolnictwa wyższego, goniącego za Zachodem. W efekcie podczas ostatniego ćwierćwiecza doszło na naszych uczelniach do przesunięcia akcentów: od istotności samego kształcenia, w stronę punktów, rankingów i procedur ewaluacji, opartych na wskaźnikach produktywności. Dzisiaj liczą się przede wszystkim badania naukowe, ich wyniki oraz publikacje. Dyskusje o sprawach studentów i o warunkach, w jakich się uczą, schodzą na daleki plan.
Lewicowe korzenie, czyli dlaczego student wspiera Palestynę
Ostatnie protesty mają pewną wspólną płaszczyznę ideologiczną, tak jak miały je działania NZS czy też studenckiej Ligi Republikańskiej w latach 90., stopniowo skręcających w prawą stronę. Te dzisiejsze są inne. Zarówno w kwestii zabezpieczeń socjalnych, jak i postulatów politycznych czy obrony ludności Strefy Gazy – mają one wyraźne korzenie w myśli lewicowej. Widać to zwłaszcza w działaniach Inicjatywy Pracowniczej, jasno informującej o tym, że czerpie z wieloletniej tradycji ruchu robotniczego, którego młodzi pracownicy i studenci czują się częścią. Zresztą sam związek w swojej deklaracji ideowej wypowiada się stanowczo przeciwko „sojuszowi pomiędzy władzą polityczną w państwie i ekonomiczną w gospodarce”, a także postuluje działanie w ramach „radykalnej demokracji” i „oddolnej samorządności”.
Na strajkach okupacyjnych w Poznaniu i Krakowie same działaczki i działacze mówili jednak rzeczy przyziemne i proste: o dachu nad głową i przemęczeniu pracą. To zaś są problemy uniwersalne, niezależnie od przynależności politycznej. Jednoczący charakter tych postulatów może potwierdzać choćby fakt, że bardziej konserwatywne media i think tanki, takie jak Klub Jagielloński czy Nowy Obywatel, decydowały się relacjonować te zmagania w sposób wspierający.
– Nie chcemy być studentami, o których się mówi, że żywią się zupkami chińskimi i mieszkają z karaluchami. Chcemy, aby decyzja pójścia na studia nie była dla jednych wielką przygodą w drogim mieście, a dla innych harówką pół na pół w pracy zarobkowej i na zajęciach. Głównym celem tej walki jest równość w dostępie do edukacji wyższej i zastopowanie procesu atomizacji jednostek wchodzących w struktury akademickie. To jest ważny krok w drodze do zmniejszenia nierówności społecznych w ogóle, bo studiować nie powinny tylko dzieci profesorów i bogatych rodziców – opowiada Amelia Antonowicz, studentka UJ, członkini Krakowskiego Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej, uczestniczka okupacji „Kamionki”.
Co ciekawe, mimo swoich jednoznacznych przekonań, studenci nie kryją swojego rozczarowania parlamentarnymi ugrupowaniami lewicy. Młodzi mówią wyraźnie o instrumentalnym wykorzystywaniu ich protestów przez Nową Lewicę, po tym jak minister Dariusz Wieczorek zjawił się na okupacji w „Jowicie”, a także o przypisywaniu sobie ich sukcesów, przy równoczesnej bezczynności lewicowych parlamentarzystów w sprawach studenckich.
Związkowcy w swojej gazecie „Alarm Studencki” piszą wprost: „Minister wykorzystał sytuację do zbudowania wizerunku polityka przyjaznego »młodym ludziom«, jednak sam nie do końca zrozumiał, o co właściwie tym ludziom chodzi”.
Antonowicz: – Często po prostu nie jesteśmy traktowani poważnie, zarówno w salach wykładowych, jak i w konfrontacji z władzami i politykami. Interes studentów leży w rękach ludzi, dla których czas studiowania to wspomnienia wywołujące uczucie nostalgii i beztroski, kompletnie zakrzywiające wizję standardów i warunków życia naszego pokolenia.

Nie o taką akademię im chodzi. Chcą bronić słabszych i wykluczonych
Wniosek z obserwacji działań i rozmów ze studenckimi aktywistkami i aktywistami jest dość prosty: ich zdaniem polskie uczelnie potrzebują jakościowej zmiany, jeśli chcą nadal odpowiadać na współczesne wyzwania. Młodzi ludzie pragną uniwersytetu zaangażowanego nie tylko w edukację, ale również w świat ich otaczający, reagującego na globalne kryzysy i niesprawiedliwość społeczną. Chcą też, by uczelnia odpowiadała na problemy, z którymi mierzą się codziennie: brak publicznych stołówek, kryzys mieszkaniowy (niknące akademiki i gigantyczne koszty wynajmu mieszkań), sprawiający, że wielu rodzin nie stać na posłanie dzieci na studia, a także iluzoryczna pomoc socjalna.
– Infrastruktura, która powstała dla studentów jeszcze w PRL, dziś często służy celom komercyjnym. Walczyliśmy o akademiki, bo mieszkanie to podstawa, ale na przykład kluby studenckie sprzyjały kiedyś rozwojowi kultury i zacieśnianiu więzi społecznych. Dziś tego nie ma – uważa Amelia Antonowicz.
Aby uniwersytet spełniał pokładane w nim nadzieje młodych, musiałby porzucić swoją wygodną współczesną rolę fabryki punktów, publikacji i dyplomów, a zacząć sprzyjać i służyć nie tylko zrzeszonym w jej murach studentom, ale też rzeszom poza nim.
Antonowicz wyjaśnia, co za tym stoi: – Przez nacisk na zysk wielu studentów i doktorantów musi naginać kierunek badań, by uzyskać dofinansowanie. Nie uczymy się działać tak, by spełniać ludzkie potrzeby, ale by zaspokajać potrzeby kapitału.
Kędzioł dodaje: – Chcemy, żeby uniwersytet był miejscem, które wierzy w obronę słabszych. Miejscem demokratycznym i egalitarnym.
Zdaniem dr. Szadkowskiego, by postulowana zmiana miała szansę się wydarzyć, studenci muszą wraz z pracownikami naukowymi po części odbić polskie uczelnie.
– Z jednej strony z rąk podmiotów prywatnych i wielkich wydawnictw, które mają swój interes w tym, by naukowcy skupiali się przede wszystkim na produkowaniu coraz to nowych publikacji, a niekoniecznie na odkrywaniu nowych zjawisk czy ich badaniu. Z drugiej strony z rąk hierarchicznych, feudalnych władz – uważa Szadkowski.
Służyć społeczeństwu i dzielić się z nim wiedzą – nowe zadania uniwersytetów
O czego zacząć? Socjolog uważa, że należy przede wszystkim doprowadzić do zmiany sposobu, w jaki zarządzane są uczelnie, poprzez wzmocnienie partycypacji studentów i pracowników w podejmowaniu decyzji i wyznaczaniu kierunków rozwoju uniwersytetu. Jednak przemiany te nie mogą funkcjonować w próżni i w oderwaniu od reszty społeczeństwa.
– Cała ta gonitwa za produkcją punktów prowadzi przede wszystkim do pogłębiania nieistotności uniwersytetu, odcięcia go od lokalnych więzi, a przecież nauka i uczelnie powinny służyć nie tylko naukowcom i studentom, którzy stanowią największą grupę, ale też ich rodzinom czy miejscowym społecznościom. Na poziomie dyskursu ta misja społeczna uniwersytetu podkreślana jest często, jednak jest ona pusta w treści – sądzi Szadkowski.
Podobnie mówi Kaja Kędzioł: – Akademicy zapominają o tym, że wiedza ma sens tylko wtedy, kiedy się nią dzielimy. Póki uniwersytet nie otworzy się na wspólnotę studentów, nie możemy mówić o otwarciu na społeczeństwo. Nie tylko studenci mają prawo stawiać wymagania uniwersytetowi. Uniwersytet jest dobrem wspólnym i jako dobro wspólne powinien być drogowskazem moralnym, etycznym i intelektualnym całej społeczności.
Doprowadzenie do takiej, niemalże utopijnej wizji nie jest proste, wymaga determinacji nie tylko od władz akademickich, ale też od samych studentów. – To jest właśnie zadanie ruchów studenckich, by uniwersytet stał się niebezpieczny. Dla sztywnych hierarchii i dla ludzi mających zakusy na jego prywatyzację – podsumowuje Szadkowski.
Rozpoczęty niedawno rok akademicki będzie weryfikacją zdarzeń roku minionego – czy były one efemerycznym zrywem, przypadkowym zbiegiem zdarzeń, czy raczej początkiem nowej politycznej jakości, która rozpali mury polskich uczelni.
Autorka jest studentką Etnologii i Antropologii Kulturowej MISH na Uniwersytecie Warszawskim, współautorką książki „Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego”, wydanej przez Wydawnictwo Ekonomiczne Heterodox pod patronatem „Tygodnika Powszechnego”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














