Trzy nieznane dotąd opowiadania Virginii Woolf: cudowna mieszanina komizmu i fantazji

Historia odkrytego i wydanego właśnie „Żywota Violety” Virginii Woolf jest smakowita, choć niepozbawiona goryczki. A zaczyna się od żartobliwego prezentu dla przyjaciółki.
Czyta się kilka minut
Virginia Woolf, „The Life of Violet: Three Early Stories”, Princeton University Press // materiały prasowe
Virginia Woolf, „The Life of Violet: Three Early Stories”, Princeton University Press // materiały prasowe

Odkrycie trzech nieznanych opowiadań Virginii Woolf? Brzmi jak rzecz niemożliwa. Dzieło najważniejszej pisarki XX w., wybitnej twórczyni modernizmu, prekursorki feminizmu i queeru, a także ikony kultury popularnej to dziś potężna biblioteka (sam katalog Biblioteki Kongresu USA wyrzuca 34,5 tys. rekordów). Wokół życia pisarki kręci się cały przemysł. A jednak w tym stogu siana zagubiła się pewna igiełka, którą ku swemu zdumieniu odnalazła badaczka literatury modernizmu, Urmila Seshagiri.

Historia przyjaźni Virginii Woolf z Mary Violet Dickinson

Historia „The Life of Violet”, czyli „Żywota Violety”, wydanego właśnie przez Princeton University, jest smakowita, choć i niepozbawiona goryczki. Zaczyna się w 1907 r., kiedy to dwudziestoletnia Virginia Stephen pisze trzy powiązane ze sobą opowiadania i ofiarowuje je jako żartobliwy prezent swojej przyjaciółce. Starsza od Virginii o siedemnaście lat Mary Violet Dickinson (1865-1948), majętna arystokratka, której cechą charakterystyczną był pozbawiający szans na zamążpójście wzrost (sześć stóp i dwa cale, czyli ok. 188 cm), to ważna postać w życiu młodej Virginii. 

Zastępowała jej zapewne po trosze matkę i starszą siostrę, których strata była dla przyszłej pisarki żywą raną. Dickinson wprowadziła Virginię w towarzyskie kręgi arystokracji, wymieniała z nią obfitą korespondencję i była towarzyszką zagranicznych podróży. Opiekowała się młodszą przyjaciółką i gościła ją w swoim wiejskim domku w trudnym okresie 1904 r., gdy Virginia zmagała się z załamaniem nerwowym po śmierci ojca.

Porozumienie między Virginią i Violet wykraczało jednak poza standardową przyjaźń i troskę. Dickinson była osobą obdarzoną ogromną inteligencją oraz niewątpliwym talentem literackim, sama też trudniła się pisarstwem. Była autorką m.in. wspomnień o rodzinie Stephenów; opracowała i poprzedziła wstępem dokumenty z trzechsetnej historii rodu Dickinsonów, w tym przygody pradziada-kwakra, którego statek rozbił się u wybrzeży Florydy. Opisała też dzieje swego rodu po kądzieli, czyli Edenów, opracowała korespondencję prababki Emily Eden (1797-1869), malarki, podróżniczki i pisarki (recenzję tej książki dla „Times Literary Supplement” napisała panna Stephen). 

Virginia Woolf, 1902 r. // Niday Picture Library / Alamy / BE&W

W prezencie dla Virginii, oddanej w pieczę wątpliwej subtelności rodzinnego medyka Stephenów, doktora George’a Savage’a, stworzyła, przepisała i ręcznie oprawiła pastiszowy traktacik, stylizowany na XVII-wieczną angielszczyznę, zatytułowany „These Thoughts Were Written by Anthony Harte” („Oto myśli zapisane przez Anthony’ego Harte’a”). Skierowany do „wszystkich, którzy cierpią ciężarem boleści złożeni”, zalecał, by „wystrzegali się swych niedoli, słabości i mizerii roztrząsania”. Virginię zachwycił utwór, który, jak pisała, osłodził jej bezsenne noce, wypełnione odtąd słodyczą i pożytkiem.

Violet była także przenikliwą czytelniczką wczesnych tekstów Virginii, która w tym okresie zaczęła pisać pierwsze eseje krytyczne – i publikować je, również dzięki poleceniu Violet. Rola starszej przyjaciółki w kształtowaniu odwagi myślenia i swobody wyrazu przyszłej autorki „Własnego pokoju” była z pewnością znaczna i zasługuje na bliższe zbadanie, którego, miejmy nadzieję, po publikacji „Żywota Violety” ktoś się rychło podejmie. 

„Żywot Violety”: boginie przybywają do Tokio na grzbiecie wieloryba

Nie trzeba zresztą czekać na jej uczoną biografię, żeby – znając choć pobieżnie twórczość Woolf – dostrzec, jak wiele ważnych dla pisarki wątków pojawia się w kontekście jej siostrzeństwa z Violet: kreatywność, niezależność i odwaga kobiet, niedoceniana w patriarchalnym świecie twórczość niewieściego pióra czy odnajdywanie dla siebie genealogii intelektualnej w żywotach i dziełach matek oraz babek. Oraz poczucie humoru.

Tworzące „Żywot...” opowiadania są cudowną mieszaniną satyry, komizmu i fantazji – cech nieczęsto kojarzonych z Woolf, a przecież doskonale znanych czytelnikom jej dziennika, listów i niektórych esejów, a także „Orlanda”. W „Żywocie...” Virginia miksuje sceny z udziałem ekscentrycznych arystokratek oraz bogiń przybywających do Tokio na grzbiecie wieloryba, a wszystko opowiedziane zostaje z perspektywy anonimowego narratora, mężczyzny z niższych warstw społecznych, który podejrzanie gęsto tłumaczy się z zamiaru przedstawienia samych najszczerszych faktów z życia „dobrego towarzystwa”, zaznaczając przy tym, że zmuszony został do wypowiadania się w obcym języku (dlaczego? dowiedzielibyśmy się z apendyksu, ale ten, tak się składa, zaginął). W ostatniej części bohater wciela się w japońską matkę opowiadającą dziecku bajkę na dobranoc.

Dodajmy do tego scenkę ze środkowego opowiadania, w którym pojawia się taki oto dialog między bohaterkami: „Słuchaj, zdaje mi się – wiesz, Violet, nie myślisz, że – że byłoby miło...”, „Mieć własny wiejski domek? O tak, dobra kobieto! – wykrzyknęła Violet”. Ta wypowiedź, czytamy komentarz narratora, stała się „początkiem wielkiej rewolucji, która zmienia Anglię w miejsce całkiem inne niż dawniej”.

Prywatny żart i marginalny tekst czy może jednak brakujące ogniwo w rozwoju twórczym przełomowej pisarki, dzięki której nie tylko Anglia, ale świat jest miejscem innym niż dawniej? Urmila Seshagiri twierdzi, że to właśnie pastiszowa biografia Violet Dickinson stanowi próg między młodzieńczymi wprawkami panny Stephen a redefiniującą pisarstwo i świadomość twórczością Virginii Woolf.

Od tego utworu można poprowadzić linie wiodące wprost ku centralnym kwestiom „Pani Dalloway”, „Do latarni morskiej” czy „Między aktami”, a także do rewolucjonizujących myślenie o człowieku biografii „Orlanda”, „Flusha” i „Rogera Frya” oraz jej własnej, fragmentarycznej, czyli „Szkicu z przeszłości”. Nie wspominając już o „Własnym pokoju”.

Historia maszynopisu „Żywotu Violety” Virginii Woolf

Wracając jednak do losów maszynopisu „Żywotu Violety”: wiosną 1907 r. Virginia po raz pierwszy wspomina, że zamierza napisać tekst o przyjaciółce. W sierpniu wysyła jej utwór i prosi o zachowanie go tylko dla siebie, zapowiadając, że „za sześć miesięcy trzeba go będzie przepisać”.  Dowiedziawszy się, że prośba nie została uszanowana, domaga się zwrotu. Violet rzeczywiście odsyła maszynopis z naniesionymi odręcznymi poprawkami. 

Dotychczas badacze byli przekonani, że odzyskawszy go, Virginia straciła zainteresowanie utworem. Maszynopis w adekwatnie fioletowym kolorze w nieznanych okolicznościach trafił jednak z powrotem w ręce Violet, a w 1955 r., już po jej śmierci, agencja działająca w imieniu rodziny zaoferowała go Leonardowi Woolfowi, który – i tu zapowiadana kropla goryczy w szczęśliwej historii odnalezienia dziełka Woolf – uznał, że nie jest to tekst wart publikacji, i odmówił jego nabycia. 

Violet Dickinson, 1903 r. // Fot. George C Beresford / Hulton Archive / Getty Images

Tekst wypłynął po pewnym czasie w jednym z londyńskich antykwariatów w cenie 1 szylinga (na dzisiejsze: 5 pensów). Kupił go Tom Maschler, inicjator Nagrody Bookera. Wtedy jednak nie wiedział, że Virginia Stephen to... Virginia Woolf. Kiedy to odkrył, po raz kolejny próbował zainteresować Leonarda Woolfa, ale myśl o publikacji znowu spotkała się z oporem wdowca, który przygotowywał wtedy do druku starannie wyselekcjonowane części spuścizny żony, w tym wybór dzienników.

Maschler przekazał więc tekst z powrotem w ręce fundacji Dickinson, skąd wraz z innymi materiałami trafił on do New York Public Library i został włączony do największego archiwum dzieł Virginii, czyli Berg Collection, skatalogowany jako „Friendship’s Collection”. Nikt nigdy nie poświęcił mu uwagi, w opracowaniach miał on jedynie status marginalium biograficznego, nie trafił do kompletnego wydania opowiadań, a w zbiorczej edycji esejów pojawia się w apendyksie zawierającym szkice niedokończone.

W 2018 r. Urmila Seshagiri zwróciła się do kuratorów Longleat House, dostojnej elżbietańskiej siedziby markizów Bath w Wiltshire, gdzie przechowywane są papiery Violet Dickinson, z prośbą o udostępnienie wspomnień o rodzinie Stephenów jej autorstwa. Wraz ze zgodą otrzymała pytanie, czy nie jest zainteresowana także tekstem Woolf pod tytułem „Friendship’s Gallery”. Zdumiona badaczka zapytała, czy chodzi o faksymile dokumentu z NYPL. Tym razem zdumieni byli kuratorzy, którzy nie wiedzieli o istnieniu maszynopisu z kolekcji Berga. Seshagiri, która do Wiltshire dotarła dopiero po pandemii, pisze, że kiedy wyjęła maszynopis z kremowej koperty i zaczęła czytać, od razu uświadomiła sobie, że ma przed sobą tekst nowego dzieła Woolf, dla którego maszynopis z NYPL był tylko preludium. Jak to się stało?

Siostrzeństwo daje siłę do fantazji

Otóż w roku 1908 Virginia Stephen jednak siadła do przeróbek „Żywotu...”, wprowadziła niektóre sugestie przyjaciółki i przepracowała tekst. Następnie przekazała go do profesjonalnego przepisania. Druga, poprawiona wersja utworu trafiła nie tylko do adresatki, ale i do siostry pisarki, Vanessy Bell i jej męża Clive’a, których reakcja była entuzjastyczna. Vanessa uznała tekst za bardzo zabawny i błyskotliwy, a także szalenie śmiały i niekoniecznie pochlebny, w najlepszej tradycji wyrafinowanej, pozbawionej konwenansu konwersacji. „Zastanawiam się coraz bardziej, jak w ogóle odważyłaś się pokazać to Violet?”.

Cóż, odważyła się, a cienki tomik w szafranowej okładce czekał cierpliwie w archiwum, aż ktoś weźmie go do ręki i doceni jego zawartość. Piękna edycja Princeton University, u której początku był archiwalny traf, osładza teraz nieco gorycz cenzorskich decyzji Leonarda Woolfa, a niezwykła historia „Żywotu Violety” przywołuje aurę samych opowiadań i wspaniale oświetla wartość kobiecych przyjaźni i siostrzeństwa, które daje siłę do odwagi oraz fantazji. I które zmienia świat, by nie był taki jak dawniej. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 45/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W szafranowej okładce