Reklama

Trupy w szafie „Economista”

Trupy w szafie „Economista”

w cyklu WOŚ SIĘ JEŻY
09.01.2020
Czyta się kilka minut
Czy brytyjski tygodnik jest wzorcem dobrego dziennikarstwa w czasach populizmu? A może raczej jednym z głównych winowajców kryzysu, w jakim znalazł się współczesny kapitalistyczny świat?
Rafał Woś / Fot. Grażyna Makara
N

Na mapie światowych mediów „The Economist” jest bez wątpienia pomnikiem. I to nie tylko dlatego, że ukazuje się nieprzerwanie od prawie 180 lat. Chodzi raczej o to, że zawsze czytali go możni tego świata. Pod tym względem niewiele się zmieniło. Czytelnikami londyńskiego tytułu byli kiedyś Karol Marks i Woodrow Wilson. Dziś są nimi Angela Merkel i Bill Gates. Towarzyszy też biznesmenom czy unijnym politykom w czasie brukselskich spotkań.

Jednak prawdziwa tajemnica sukcesu „Economista” nie polega tylko na znalezieniu skutecznego modelu biznesowego, który – jak dotąd – pozwala im przetrwać kolejne kryzysy na rynku prasowym. Najważniejsze jest chyba zbudowanie wśród wielu czytelników przekonania, że „The Economist” jest bezstronnym, unikającym skrajności centrowym medium o wyważonych opiniach, któremu zwyczajnie można zaufać.

Jeśli te ostatnie słowa oddają Państwa stosunek do „Economista” (nawet jeśli go Państwo na co dzień nie czytają), to koniecznie powinniście wysłuchać Alexandra Zevina. Ten młody historyk z City University of New York opublikował właśnie książkę pod tytułem „Liberalism at Large. The World According to the Economist”. Jej tytuł to branżowa gra słów, którą niełatwo wiernie przetłumaczyć na polski. Poprzestańmy więc na samym podtytule, który już żadnych wątpliwości nie pozostawia. Brzmi on „Świat według Economista”.

Żywioły „Economista”

W swojej pracy Zevin przypomniał wiele fragmentów z długiej historii tygodnika, które każą zrewidować nieco przekonanie o bezstronnym „Economiście”. Na początek poznajemy pochodzącego z rodziny szkockich kwakrów biznesmena Jamesa Wilsona, który założył „Economista” w roku 1843. Obiecując „nowatorskie artykuły, w których pryncypia wolnego handlu będą najściślej stosowane do wszystkich palących kwestii dnia współczesnego”. Wilson traktował tygodnik jako narzędzie do budowy swej własnej kariery politycznej w nieistniejącej już partii liberalnych Wigów. Reprezentujących głos coraz mocniej rozpychającej się na scenie dziejów „nowych pieniędzy” – klasy zwycięzców rewolucji przemysłowej i rosnącego w siłę sektora finansowego. Nie było to zresztą praktyką odosobnioną – w zasadzie cała prasa opiniotwórcza tamtych czasów łączyła chęć sprzedawania informacji o bieżących wydarzeniach z forsowaniem punktu widzenia właścicieli poszczególnych tytułów na bieżącą politykę. W przypadku imperium takiego jak ówczesna Wielka Brytania było to jednocześnie wywieranie wpływu na sprawy globalne.


POLECAMY: „Woś się jeży” – autorski cykl Rafała Wosia co czwartek na stronie „TP” >>>


Plan Wilsona powiódł się w pełni. Przez następne lata „Economist” był w swoim żywiole. Wspierał rozliczne imperialne wojny toczone przez Brytyjczyków na całym globie (Chiny, Indie) pod hasłem „szerzenia zbawiennego wolnego handlu”. Czasem perswazją. A gdy to zawodziło, londyński tygodnik nie cofał się w uzasadnieniu tej polityki Londynu ani przed rasizmem („Hindusi to na wpół dzieci, na wpół dzicy podlegający nagłym bezrozumnym impulsom”), ani przed jawną pochwałą przemocy (jak wówczas, gdy „Economist” z zadowoleniem odnotowywał zapał, z jakim przeprowadzano powszechne egzekucje rebeliantów, rozstrzeliwanych nierzadko po uprzednim przywiązaniu do lufy armatniej). Przyspieszyła również kariera samego wydawcy. W roku 1859 został członkiem najwyższych brytyjskich władz w Indiach, odpowiedzialnym za ich finanse.

Po nagłej śmierci Wilsona kierownictwo w „Economiście” przejął jego zięć Walter Bagehot. Ten słynny do dziś na Wyspach publicysta (jego imię nosi jedno z cyklicznych okienek komentatorskich w papierowym wydaniu tygodnika) pchnął „Economista” w kierunku tuby propagandowej rosnącego w siłę sektora finansowego. Bagehot swoimi tekstami uzasadniał, dlaczego „nowe pieniądze” powinny w wiktoriańskiej Anglii zająć miejsce przeznaczone wcześniej dla starych arystokratów, których bogactwo oparte było na majątkach ziemskich. Bez wątpienia nie był demokratą. „Należy pamiętać – pisał w 1867 roku – że największym nieszczęściem byłoby dopuszczenie do władzy klas niższych”. Ten kierunek był kontynuowany w tygodniku również przez następców Bagehota.

Najdalej od swych wolnorynkowych pryncypiów „Economist” znalazł się w czasach wielkiego kryzysu lat 30. Było to związane z przeświadczeniem elit biznesowych o potrzebie głębokiej reformy kapitalizmu. W roku 1942 redakcja poparła tzw. plan Beverigde’a – kładący podstawy pod budowę na Wyspach nowoczesnego państwa dobrobytu. To był jednak tylko moment słabości. Skończył się mniej więcej wraz z wybuchem zimnej wojny, gdy tygodnik powrócił na ortodoksyjnie wolnorynkowe pozycje i przeciwstawiał się jakiejkolwiek zmianie społecznego status quo. W książce Zevin pokazuje wyraźnie, że zwłaszcza ówczesna publicystyka międzynarodowa nie miała zbyt wiele wspólnego z dystansem i obiektywizmem. Dziś wiemy na przykład, że korespondent w Azji Wschodniej Brian Crozier współpracował ściśle z CIA, przepisując wręcz ich propagandowe raporty. Robert Moss zaś, redaktor odpowiedzialny za Amerykę Łacińską, nie ukrywał nigdy, że jest gorącym piewcą puczu wojskowego gen. Pinocheta w Chile, wymierzonego w demokratycznie wybrany rząd lewicowego Salvadora Allende.

Wizje i alternatywy

To wszystko dziś oczywiście historia. W 2020 r. ważniejsze znaczenie ma coś innego. Chodzi o poparcie „Economista” dla pozbawionego alternatywy liberalnego turbokapitalizmu, który zatriumfował po upadku bloku wschodniego. Tu znów londyński tygodnik był jednym z prymusów tego „nowego wspaniałego świata”. Neoliberałowie Ronald Reagan czy Bill Clinton zawsze mogli liczyć na dobre słowo „Economista”. Tygodnik aż do końca (to znaczy do wielkiego krachu finansowego w roku 1998) bronił prywatyzacji rosyjskiej gospodarki przez tamtejszych liberałów i oligarchów. Popierał przemiany w dawnym bloku wschodnim (choćby Solidarność), lecz jednocześnie stał na stanowisku, że dane kraje socjalistyczne muszą jak najszybciej podążyć za wytycznymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego – a więc wkroczyć na ścieżkę szybkiej prywatyzacji i liberalizacji.

Symptomatyczne, że gdy na scenie pojawili się antyglobaliści, pismo wytoczyło im regularną wojnę. Gdy w grudniu 1999 r. na szczycie WTO w Seattle doszło do zamieszek, „Economist” zareagował znamienną okładką. Widać na niej biedną mieszkankę globalnego Południa oraz podpis „Prawdziwi przegrani Seattle”. Ten sposób komentowania stał się na długie lata stałą odpowiedzią globalnych elit na krytykę kapitalizmu. Była to odpowiedź w stylu: odczepcie się od globalizacji, bo wyciąga z biedy i daje pracę setkom milionów ludzi. Wszyscy, którzy twierdzą inaczej i przeciwstawiają się kolejnym redukcjom barier dla hulającego po świecie kapitału, są fałszywymi przeciwnikami zwykłego człowieka. Kres szerzeniu takiej narracji przez „Economista” położy dopiero kryzys roku 2008, który pokaże granicę neoliberalnego kapitalizmu.

A dziś? Dziś – przeszło dekadę później – pismo znów próbuje przedstawiać siebie jako głos rozsądku w czasach populizmu i fake newsów. W międzyczasie „Economist” zmienił też stosunek do kwestii zmian klimatycznych (kiedyś był sceptyczny). Krytykuje prezydenta Trumpa i ubolewa nad wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Warto jednak pamiętać, że jako ulubiona gazeta globalnych elit epoki neoliberalizmu „Economist” nie jest i nie był tych procesów beznamiętnym obserwatorem. Można nawet zapytać, czy jako ważny aktor tworzący od lat klimat polityczno-ekonomicznych opinii nie ponosi przypadkiem sporej części odpowiedzialności za to, co się dziś dzieje na świecie.

Nikt nie mówi, by „Economista” nie czytać. O nie! Opierając się na ich komentarzach czy doniesieniach, warto mieć świadomość uwikłania londyńskiej ikony we współczesny kapitalizm.


*Cytując archiwalne teksty z XIX-wiecznego „The Economist” korzystałem z tłumaczenia Katarzyny Makaruk opublikowanego na łamach polskiej edycji dwumiesięcznika „Le Monde Diplomatique”.

**Książka Alexandra Zevina „Liberalism at Large. The World According to the Economist” ukazała się w listopadzie 2019 roku w nowojorskim wydawnictwie Verso Books.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

po tym artykule The Economist już się nie podniesie...

Tytuł może z lekka przesadny, bo sugeruje, że chodzi o jakieś tajemnice, a nie oczywisty fakt, że opiniotwórcze media służą formowaniu opinii według potrzeb i politycznych sympatii właścicieli. Oczywiście opinia chętniej daje się formować, jeśli nie podejrzewa, że jest właśnie formowana, i dlatego szczególnie wysoko cenione są media "niezależne".ヅ U nas dodatkowo dochodzi urabianie krajowej opinii za pośrednictwem mediów zagranicznych - coś na porządku dziennym w polskich gazetach, a nie do wyobrażenia w USA, Francji, czy Niemczech. Kiedy jeszcze zaglądałem w miarę systematycznie na portale typu Onet, regularnie znajdowałem w nim obszerne streszczenia lub przekłady z artykułów "The Economist" o Polsce. Ich wymowa wydała mi się tendencyjna i jakby z krajowej perspektywy, więc kiedyś postanowiłem sprawdzić, jak to jest. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że praktycznie dociera do nas wszystko, co piszą tam o Polsce, ale to "wszystko" oznacza mniej więcej jeden artykuł miesięcznie i to spod pióra tego samego autora nazwiskiem Jan Cieński. Co zarazem obrazuje rzeczywiste zainteresowanie ważnego międzynarodowego pisma ekonomicznego Polską, jak i obiektywność tego, co o naszym kraju wiedzą i co mogą nam ciekawego powiedzieć. Na czym zbudował swoją reputację Jan Cieński zanim zaczął pisać dla "The Economist" - trudno się dowiedzieć. Może poznał na jakichś wakacjach i zaprzyjaźnił się z kimś, kto ma coś do powiedzenia w wydawnictwie, a akurat rozglądali się za specjalistą w polskich sprawach.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]