Trump i Indianie. Jak prezydent USA traktuje tubylczych Amerykanów

Gdy tubylczy Amerykanie obiecują mu wsparcie, Trump deklaruje im miłość. Ale nie jest ich sojusznikiem. Kiedy upominają się o swoje prawa, mści się.
Czyta się kilka minut
Wioska na bagnach Everglades w rezerwacie Indian Miccosukee na Florydzie. Rice Island, lipiec 2024 r. // Fot. Rebecca Blackwell / AP / East News
Wioska na bagnach Everglades w rezerwacie Indian Miccosukee na Florydzie. Rice Island, lipiec 2024 r. // Fot. Rebecca Blackwell / AP / East News

Był rok 2022, gdy spółka Nature and People First wystąpiła do władz federalnych o pozwolenie na budowę trzech pompowni wodnych w rejonie Black Mesa, w północnej Arizonie. Black Mesa to część Płaskowyżu Kolorado, leżąca w obrębie rezerwatu plemienia Nawahów.

Projekt jest imponujący: ma wytwarzać prąd przez cyrkulację wody między dziewięcioma zbiornikami, które zostałyby umieszczone na różnych wysokościach na długości 50 km. Wypełnić miałaby je woda z rzek Kolorado i San Juan, a także ze źródeł podziemnych. Jedna tylko z tych hydroelektrowni, północna, miałaby generować 5 mld kilowatogodzin rocznie. Wszystkie zbiorniki mogłyby przechowywać 500 bilionów litrów – to więcej niż stan Nevada pobiera z rzeki Kolorado. Energię można by sprzedawać do okolicznych miast.

Właściciel spółki, Francuz Denic Payre, obiecał Nawahom tysiąc miejsc pracy przy budowie. Jednak powiedzieli „nie”. Dlaczego? Każda kropla na tej pustynnej ziemi jest na wagę złota. Bali się, że olbrzymie ilości wody, potrzebne do realizacji projektu, będą oznaczać dalsze ograniczenia dla nich.

Poza tym mają złe doświadczenia. Gdy w latach 60. XX w. otwarto w rezerwacie kopalnie węgla, prowadząca je firma przekraczała limity pompowanej wody gruntowej do płukania surowca, zmniejszając jej dostępność dla Indian.

Biden i Trump. Odmienne podejścia do praw Indian

Wniosek Payre’a rozpatruje Federal Energy Regulatory Commission (FERC). Komisja ta jest formalnie niezależna, ale podlega Departamentowi Energii. Za rządów Bidena przyjęła zasadę niewydawania zgód na projekty, jeśli sprzeciwiają się im plemiona, na których terenie mają być realizowane. Uzasadniono to tym, że są one najlepszymi strażnikami zasobów i wiedzą, co jest korzystne dla nich i środowiska. Wniosek Payre’a odrzucono.

O podejściu Bidena do tubylczych Amerykanów świadczy też fakt, że kierowanie Departamentem Zasobów Wewnętrznych powierzył Indiance, Deb Haaland.

Wszystko wskazuje na to, że dziś projekt znów stanie na agendzie. To Trump nominuje pięciu członków FERC. Zwykle to fachowcy, ale związani z Republikanami bądź Demokratami. Zasada jest taka, że więcej niż trzech nie może należeć do jednej partii.

W 2025 r. Trump wprowadził nowych członków do FERC i Republikanie mają w niej przewagę (3:2). Jesienią szefostwo komisji objęła Laura Swett. Tego samego dnia Chris Wright, szef Departamentu Energii (wcześniej szef firmy naftowej), wysłał do FERC list, wzywając do „usunięcia niepotrzebnych obciążeń dla rozwoju infrastruktury krytycznej (...), aby Ameryka mogła nadal dominować na światowych rynkach energii”. Wymienił projekt na ziemi Nawahów i ocenił, że FERC błędnie cedowała swe uprawnienia na „podmioty trzecie”, np. plemiona.

Jak dotąd komisja nie wydała decyzji. Jednak trudno się spodziewać, że będzie ona po myśli Nawahów.

Dlaczego Trump zawetował ustawę dotyczącą plemienia z Florydy

Porzucamy Arizonę i wędrujemy 3,7 tys. km na wschód – do Indian Miccosukee na Florydzie. W tej sprawie Trump interweniował osobiście: 30 grudnia 2025 r. zawetował rozszerzenie plemiennego terytorium Mikosuków na bagnach Everglades, które są jednym z największych subtropikalnych ekosystemów na świecie.

Ruch Trumpa był nieoczekiwany, gdyż wcześniej, w lipcu, stosowną ustawę przyjęli jednomyślnie Demokraci i Republikanie, a jej pomysłodawcą był republikański kongresmen z Florydy Carlos Giménez. Zakładała włączenie Osceola Camp – wsi Mikosuków, liczącej kilka rodzin – do „obszaru zastrzeżonego Mikosuków”. 

Wsi tej grożą powodzie i ustawa miała pomóc Indianom prowadzić prace chroniące (jak podniesienie ośmiu domów i 25 tradycyjnych chatek chickee, modyfikację systemów oczyszczania ścieków, usprawnienie studni i pomp, budowę dróg).

„W tej ustawie chodzi o sprawiedliwość i ochronę przyrody – przekonywał Giménez. – Zapewnia plemieniu Mikosuków autonomię w ochronie swych domów, ziemi i sposobu życia”.

Ale od lipca wiele się zmieniło. Stan Floryda uruchomił niesławny obóz dla imigrantów, zwany „Alligator Alcatraz”, a Mikosucy przystąpili do pozwu przeciw rządowi federalnemu i stanowi Floryda, wskazując, że przed budową obozu nie przeprowadzono badań środowiskowych wymaganych prawem. Trump i jego ludzie twierdzili, że Everglades to „niezamieszkana dzicz”, gdzie „imigrantów-przestępców” będą pilnować pytony i aligatory. W istocie jest tu kilkanaście osad Mikosuków i Seminoli, jedna tuż obok obozu.

Prezydent USA kontra indiańska wioska na bagnach Everglades

Bagna mają swoją historię. W tej części Everglades przodkowie Mikosuków i Seminoli chronili się w XIX w., by uniknąć deportacji do Oklahomy, dokąd rząd USA spychał tubylcze grupy żyjące na wschód od Missisipi. Osada Osceola Camp powstała nieco później, w 1935 r.

W listopadzie 2025 r. do zamknięcia „Alligator Alcatraz” wezwała też największa organizacja panindiańska w USA, National Congress of American Indians (NCAI), uzasadniając to tym, że należy „chronić suwerenność plemienną oraz prawo członków plemienia do dostępu do miejsc o znaczeniu kulturowym”.

Kwestionując ustawę, Trump nie krył swych motywacji, zupełnie niezwiązanych z meritum sprawy. W uzasadnieniu podał, że plemię „usiłowało przeszkodzić w realizacji racjonalnej polityki imigracyjnej, za którą zagłosował naród amerykański, wybierając mnie”. Dodał, że wieś Osceola Camp powstała w sposób „nieautoryzowany”.

Talbert Cypress, wódz Mikosuków, odparł, że mają oni „konstytucyjny obowiązek ochrony i obrony ekosystemu Everglades, naszych ziem ojczystych”, i że nigdy nie próbowali blokować imigracyjnej polityki Trumpa. Przypomniał, że poprzedni wódz plemienia, Billy Cypress, był przyjacielem Trumpa i wspierał go w jego pierwszej kampanii prezydenckiej.

Jak w Stanach Zjednoczonych „powstało” nowe indiańskie plemię

Jest jednak pewna tubylcza grupa, która cieszy się sympatią prezydenta. „Kocham Lumbee Tribe” – rzekł Trump trzeciego dnia swej drugiej kadencji.

Aby przenieść się z Florydy do Indian Lumbee, musimy przemierzyć 1,2 tys. km na północ: do Karoliny Północnej. Wyznając im miłość, Trump nakazał przygotowanie procedur pozwalających na pełne uznanie tej grupy za plemię. Bo jak dotąd, Lumbee nie mieli takiego statusu. Wprawdzie w 1956 r. ustawę o ich uznaniu podpisał prezydent Eisenhower, ale Kongres, choć ją zatwierdził, to wykluczył jakąkolwiek pomoc dla nich ze strony rządu federalnego.

Pełnego uznania Lumbee doczekali się 18 grudnia 2025 r., gdy Trump podpisał stosowną ustawę. Tak z dnia na dzień „powstało” jedno z największych plemion: 60-tysięczna populacja Lumbee jest pod względem liczebności na dziewiątym miejscu wśród indiańskich grup w USA.

Przeciw ich uznaniu występowały inne plemiona z tego stanu: Katawbowie (3 tys. ludzi) i Eastern Band of Cherokee (14 tys. ludzi). Jako sąsiedzi Lumbee bali się, że uznanie nowego plemienia zmniejszy przyznawane im fundusze federalne, bo teraz będą dzielone na trzy grupy.

Był też inny powód: uznane plemiona mogą na swoim terenie prowadzić kasyna. Czirokezi mają dwa, Katawbowie jedno. Lumbee żyją przy autostradzie I-95, biegnącej wybrzeżem od Florydy po Kanadę. Pod koniec stycznia kupili 100 hektarów w Lumberton, koło autostrady. Czirokezi i Katawbowie boją się, że Lumbee postawią tam dom gry i odbiorą im klientów. 

Status plemienia w zamian za głosy na Trumpa?

Lumbee są potomkami różnych grup indiańskich, które w czasach kolonialnych osiedlały się w bagiennych okolicach hrabstwa Robeson, z dala od euroamerykańskiej „cywilizacji”. Nie mają i nie mieli własnego języka, ich mową jest angielski. Dopiero w 1953 r. przyjęli wspólną nazwę – Lumbee, od rzeki płynącej przez hrabstwo. Do historii przeszła „bitwa nad Hayes Pond” 18 stycznia 1958 r., gdy Lumbee dali łupnia rasistom z Ku Klux Klanu.

Stanowią 40 proc. ludności hrabstwa. Ich liderzy są przyjaciółmi Trumpa. John Lowery, wódz plemienia, jest też republikańskim kongresmenem w parlamencie Karoliny Północnej. Zastąpił w nim swego brata Jarroda, który w ekipie Trumpa został doradcą ds. Indian.

To liczebność Lumbee jest źródłem miłości Trumpa, który w czasie kampanii zapowiadał, że doprowadzi do ich uznania. Dzięki temu zyskał przychylność Lumbee. O ile wcześniej głosowali na Demokratów, w 2024 r. w hrabstwie Robeson Trump wygrał wielką przewagą.

Czas pokaże, czy Trump (kiedyś właściciel kasyn, które doprowadził do bankructwa) zechce maczać palce w projekcie kasynowym Lumbee. Muszą jednak uważać: w przeszłości Trump ostro grał z plemionami, które postrzegał jako rywali w biznesie kasynowym. Pekotów z Connecticut, właścicieli wielkiego Foxwoods Casino w Ledyard, nazywał „nieprawdziwymi Indianami”, a Irokezów ze stanu Nowy Jork oskarżał o współpracę z mafią.

Kolejne fronty konfliktu ekipy Trumpa z tubylczymi Amerykanami

Na razie ci Indianie, którzy deklarują poparcie Trumpowi, mogą liczyć na jego przychylność. Inni, gdy są przeciwni jego planom, stają się „niepotrzebnym obciążeniem”. To grozi np. dwustu grupom z Alaski, u wybrzeży której ekipa Trumpa chce rozwinąć głębinowe wydobycie minerałów. Rdzenni mieszkańcy protestują w obronie swego środowiska.

W styczniu agenci ICE aresztowali kilku Siuksów – wzięli ich za imigrantów. W reakcji kilka odłamów Siuksów zakazało agentom ICE wstępu do rezerwatów. W lutym Szejenowie i Siuksowie zauważyli, że administracja federalna oznaczyła „do poprawy” pomnik bitwy nad Little Bighorn (1876 r.). Konkretnie: tę jego część, gdzie mowa o niedotrzymanych przez rząd USA obietnicach, a także o szkołach z internatem, gdzie prowadzono asymilację Indian.

Tak otwierają się kolejne fronty walki tubylczych Amerykanów z polityką Trumpa. To także opór przeciw postępującej faszyzacji Ameryki spod znaku MAGA.

Ten tekst dedykuję Kacprowi Świerkowi, wybitnemu indianiście, zmarłemu tragicznie w styczniu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Niepotrzebne obciążenia