Teczka mniejsza niż życie

Przypominamy rozmowę z Andrzejem Paczkowskim, historykiem, którą publikowaliśmy na łamach "TP" rok temu: Wałęsa był fighterem, ale był też przeciwnikiem konfrontacji z władzą. Dziś wielu jego przeciwników traktuje to umiarkowanie jako rezultat uwikłania – choć przecież było zgodne z linią Kościoła.

22.02.2016

Czyta się kilka minut

Gdańsk, 12 grudnia 1981 r. / Fot. Anna Pietuszko / FORUM
Gdańsk, 12 grudnia 1981 r. / Fot. Anna Pietuszko / FORUM

PAWEŁ BRAVO: Czy IPN odnotowywał wcześniej próby sprzedaży dokumentów wytworzonych przez Służbę Bezpieczeństwa albo ich czarnorynkowy obieg?

ANDRZEJ PACZKOWSKI: O ile wiem, do IPN nikt dotąd nie przynosił materiałów operacyjnych SB. Co jakiś czas gdzieś się jednak pojawiają. Najbardziej znany przypadek pochodzi z 1992 r., po opublikowaniu tzw. listy Macierewicza, gdzie był uwzględniony także TW „Bolek”. Kancelaria prezydenta Wałęsy w odwecie zapowiedziała, że ma materiały TW „Zapalniczki”, czyli Zdzisława Najdera, doradcy premiera Olszewskiego. Wkrótce opublikował je w tygodniku „Nie” Jerzy Urban. Prawdopodobnie był to wyciek z prywatnych źródeł, choć nie wykluczam, iż dokumenty mogli przekazać funkcjonariusze UOP.

Czy w zeszłym tygodniu przejęto dokumenty, których kopie były wcześniej znane?

Tylko po części. Znane było kilka czy kilkanaście dokumentów, a w tym zbiorze (liczącym w sumie ponad 800 stron) są materiały niefunkcjonujące dotąd nawet w formie kserokopii, które miał do dyspozycji sąd lustracyjny rozpatrujący sprawę Lecha Wałęsy w czasie wyborów prezydenckich w 2000 r. Wałęsa nie został wówczas uznany za kłamcę lustracyjnego m.in. dlatego, że sąd uznał, iż na podstawie kserokopii nie może ferować wyroku. Można podejrzewać, iż niektóre z tych kserokopii wytworzono w SB w 1982 czy 1983 r. w ramach operacji dezinformacyjnej i puszczono „delikatnie” w obieg. Dostała je m.in. pani Anna Walentynowicz. Prawdopodobnie zakładano, że materiały raz puszczone w ruch będą jakoś funkcjonowały.

Do tej pory historycy, a także prokuratorzy lustracyjni, dysponowali w sprawie Wałęsy przede wszystkim zapisami ewidencyjnymi, co sprawiało pewną trudność w procedurach sądowych. Zgodnie z orzeczeniem Sądu Najwyższego sam zapis, że ktoś jest zarejestrowany, nie mógł być uważany za wystarczające potwierdzenie współpracy.


CZYTAJ TAKŻE:

Paweł Bravo: Nasz XX-wieczny Kościuszko był w istocie przebiegłym, skupionym na sobie kombinatorem. Nie jest to wygodne dla obrońców III RP, którzy potrzebują narracji o wielkim Lechu, ani dla jej wrogów, wodzonych za nos przez spryciarza bez diabolicznych cech.


Jak traktują taki zapis historycy?

Oczywiście inaczej. Jeśli ktoś był zarejestrowany, a potem wyrejestrowany, to oznacza, że w tym okresie był współpracownikiem. Ale mało było, jeśli chodzi o Wałęsę, dokumentów poświadczających jego współpracę – odręcznych informacji czy informacji sporządzonych przez oficera na podstawie rozmowy ze źródłem. Pochodziły one głównie z materiałów dotyczących innych osób lub stoczni gdańskiej jako takiej. Teraz zapewne mamy komplet. Jestem zaskoczony, że się zachował. Nie wiem, czy to jest na pewno wszystko, co było, czy zbiór dotyczący TW „Bolka” nie był większy.

To, co do tej pory zostało potwierdzone w tym pakiecie, bezpośrednio dotyczy współpracy Wałęsy. Nie znaleziono natomiast dokumentacji dotyczącej jego rozpracowywania, prowadzonego zapewne od 1978 r. (początkowo w ramach Sprawy Operacyjnego Rozpoznania kryptonim „Bolek”, a więc pseudonim TW stał się później kryptonimem rozpracowania). Wałęsa był rozpracowywany aż do 1989 r. Sądząc po materiałach rozpracowań innych osób, w przypadku Wałęsy powinny to być dziesiątki lub wręcz setki tomów. Gdzie one są?

W dyskusji dotyczącej lustracji często padał argument, że nie chodzi tylko o ustalenie prawdy materialnej, ale – zapobieżenie możliwości szantażu. 

W przypadku Wałęsy to nie jest problem dla historyka ani nawet dla prokuratora, ale dla psychologa. Wałęsa przecież miał świadomość swojej współpracy. Oczywiście z biegiem lat ją wypierał, stawała się dla niego coraz mniej ważna. Nawet gdy potem kręcił, to moim zdaniem kręcił w pewnym sensie w dobrej wierze – bo skoro wyparł, to mógł nie pamiętać szczegółów. Ale na pewno miał cały czas świadomość tego, co zrobił w latach 1971-76. Czy to wpływało na jego decyzje, nie potrafię powiedzieć.

Być może znajdą się dokumenty mówiące o tym, czy były dokonywane próby wywierania nacisku na Wałęsę poprzez groźbę kompromitacji. Wiadomo, że w 1982 r. taką grę próbowano zastosować. Kiedy Wałęsa był internowany, pojawiły się w paru miejscach w Polsce „wrzutki”, kopie oryginalnych dokumentów, które miały go skompromitować. Do internowanego Wałęsy przyszedł jeden z funkcjonariuszy SB z Gdańska, z lat 70.

Ale też trzeba pamiętać, że w 1982 r. Biuro Studiów MSW, czyli specjalna komórka do zwalczania czołówki Solidarności, przygotowała operację o kryptonimie „Ambasador”, której celem było uniemożliwienie przyznania liderowi związku Pokojowej Nagrody Nobla. Dokumenty jej dotyczące są nieprecyzyjne, ale wiadomo, że chodziło m.in. o „wydłużenie” jego współpracy z SB poza rok 1976. Takie sformułowania pojawiają się w dokumentacji dotyczącej Eligiusza Naszkowskiego z 1985 r. [działacz Solidarności, od 1981 r. współpracownik SB – red.]. Cały ten spreparowany częściowo – a częściowo zawierający być może prawdziwe dokumenty – pakiet miano przekazać do ambasady Norwegii w Warszawie. Instytut Noblowski odmawia dziś potwierdzenia, co dostał. Trzeba odczekać 50 lat od daty zgłoszenia kandydatury i Norwedzy to (może) ujawnią.

Skoro taka operacja była prowadzona, to jest możliwe, ale niezwykle mało prawdopodobne, że pewne jej elementy zostały wprowadzone do autentycznej teczki Wałęsy. Dlatego jedna ze spraw omawianych na posiedzeniu Rady IPN 18 lutego dotyczyła tego, żeby przeprowadzić ekspertyzę grafologiczną rękopisów Wałęsy. Ale to zależy nie od prezesa IPN, lecz od prokuratora. Gdyby nie to, że opinia publiczna jest tak podekscytowana, wypadałoby na taką ekspertyzę poczekać, żeby stwierdzić, czy jest pewność, że są to rękopisy sporządzone ręką Wałęsy. Zasady kazałyby się wstrzymać, ale skoro w to wszystko była zamieszana pani Kiszczakowa, nie było żadnej pewności, że ona wszystkiego nie rozgłosi.

Sławomir Cenckiewicz wydał po przejęciu dokumentów z domu Kiszczaka oświadczenie, że kończy się jego walka o prawdę i ma świadomość końca drogi.

To zapewne koniec badań, ale tylko kawałka drogi życiowej Wałęsy. Należy osobno traktować to, że Wałęsa był tajnym współpracownikiem, a osobno – jaki to miało wpływ na niego później.

W mojej recenzji książki Gontarczyka i Cenckiewicza sformułowałem zastrzeżenia do autorów o to, że zakładają, iż skoro Wałęsa był TW, to znaczy, że do końca życia szedł na sznurku oficera prowadzącego bądź jego zwierzchników. I że to, co robił później, łącznie ze strajkiem w stoczni, przywództwem Solidarności i Okrągłym Stołem, robił pod dyktando SB. Oni tego wprost nie napisali, ale tonacja książki jest taka. A więc, czy takie przewinienie jest epizodem w biografii wybitnego człowieka, czy kluczem do zrozumienia całej jego biografii.

Oczywiście o tym, że Wałęsa pamiętał, świadczyło np. jego zachowanie, gdy był prezydenten: zniszczono wówczas część dokumentacji, którą jego kancelaria wypożyczyła z Urzędu Ochrony Państwa.

Niektóre wcześniejsze zachowania lidera Solidarności również świadczą o tym, że czuł się niepewnie. Np. sprawa wyjścia z internowania w listopadzie 1982 r. i napisanego tuż przed zwolnieniem listu do generała Jaruzelskiego podpisanego „kapral Wałęsa” oraz tego, że rozmawiał z szefem biura śledczego MSW i prokuratorem, którzy przeprowadzili z nim rozmowę ostrzegawczą w duchu: my tu pana wypuszczamy, ale „wicie-rozumicie”, nie podskakujcie [w liście proponował spotkanie i dyskusje, a podczas rozmowy odmówił podpisania oświadczenia, że akceptuje przepisy stanu wojennego, ale zobowiązał się ustnie do ich przestrzegania – red.]. Niektóre sformułowania, jakich w tej rozmowie użył, mogą świadczyć, że tkwił w nim lęk nie tylko przed ujawnieniem, ale świadomość, że zrobił coś złego. Z jednej strony był fighterem, z drugiej – przeciwnikiem konfrontacji z władzą, co było zgodne ze stanowiskiem Kościoła. Jednak wielu jego obecnych przeciwników traktuje to umiarkowanie jako rezultat uwikłania.

Jeden z dawnych współpracowników Wałęsy, Krzysztof Wyszkowski, będący potem jego chyba najgorętszym oskarżycielem, opowiada, że lider Solidarności był skłonny po wyjściu z internatu wszystko wygasić pod presją swojego uwikłania. Czy nie za szybko wypychano takie wypowiedzi poza obręb dopuszczalnej debaty, naznaczano piętnem? 

Ja nie traktowałem tego jako piętnowania. Wyszkowski, jak wielu innych, myśli – co jest naturalne – ahistorycznie, bo przekonanie o uwikłaniu Wałęsy we współpracę z SB stało się jasne znacznie później. Owszem, w środowisku Wolnych Związków Zawodowych pojawiła się sprawa tego, że Wałęsa rozmawiał z esbekami, ale tam prawie każdego esbecy przesłuchiwali, wzywali, więc to zostało uznane za coś normalnego. Nie powiedział wprost, że podpisał zobowiązanie czy że donosił.

W 1982 r., gdy Wałęsa wracał do Gdańska, jego znajomi w WZZ nie znali szczegółów wspomnianej rozmowy z prokuratorami tuż po wypuszczeniu z ośrodka internowania w Arłamowie. Zobaczyli Wałęsę, jak przyjeżdża, i tłum wiwatujący pod domem. Raczej nie mogli wtedy wiedzieć, że Wałęsa miał jakieś wahania. Być może miał, ale interpretacja Wyszkowskiego oparta jest na przekonaniach nabytych ex post.

Czy wyobraża Pan sobie możliwość powstania grupy historyków, którzy zajęliby się rzetelną konfrontacją źródeł?

Biorąc pod uwagę istniejące napięcie emocjonalne i wojnę polsko-polską, może być trudne odbycie rzeczowej debaty.

Uważam, iż należałoby przyjąć jako założenie wstępne podzielenie biografii Wałęsy jako osoby czynnej w życiu publicznym na trzy lub cztery części: 1970-78, 1978-89, 1989-95 (czyli do zakończenia prezydentury) i okres trwający do dziś. Jeśli chodzi o okres pewnej – jak sądzę – współpracy z SB, „w tym temacie”, jak mawiał Wałęsa, chyba nie ma rozbieżności i z pewnością można debatować. Problemy zaczną się zagęszczać, jeśli debata obejmie okresy późniejsze, gdyż jej przedmiotem stałyby się dywagacje na temat, czy i jaki wpływ na działalność Wałęsy miał fakt współpracy. Ponieważ brakuje materiału źródłowego, a także wiarygodnych relacji czy wspomnień, uczestnicy debaty byliby zdani na intuicję, a zatem pewnie poddaliby się swoim poglądom politycznym.

Co jeszcze może znajdować się w przejętym po Kiszczaku zasobie?

Najpewniej różnego rodzaju dokumentacja SB, bo chyba głównie w tym obszarze gromadził materiały. Nie znając całego tego zbioru, który już nazywa się „szafą Kiszczaka”, nie wiem, czy są w nim raczej dokumenty dyskredytujące ludzi z opozycji i Solidarności, czy także materiały, które są kompromitujące dla Kiszczaka i ludzi z elity władzy: może nie rozkaz zabicia ks. Popiełuszki, bo takiego na piśmie zapewne nie było, ale np. dokumenty dotyczące mataczenia, takie jak wskazówki dla śledztwa czy dla podsądnych w procesie toruńskim. Podobne dokumenty dotyczące sprawy zabójstwa Grzegorza Przemyka zostały znalezione przypadkiem w siedzibie dawnej Komendy Głównej MO. Osobiście liczę na to, że może są tam stenogramy z posiedzeń Biura Politycznego KC PZPR, które Jaruzelski kazał zniszczyć, a nie wykluczam, że mogły zostać „sprywatyzowane” przez Kiszczaka, choćby w formie mikrofilmu.

Na razie musimy czekać, bo prokuratorzy działają powoli, mają procedury wymagające pieczołowitości. Opisują dokument po dokumencie w obecności przedstawiciela rodziny Kiszczaka, aby nie rzucano później podejrzeń, że coś zostało podrzucone lub usunięte. To oczywiście spowalnia pracę.

Zanim to się skończy, co dziś Pana szczególnie zastanawia?

Miejsce przechowywania; dobry pracownik służb niczego takiego w domu nie trzyma. Jeśli już wyniósł – a nie miał przecież prawa tego robić, gdyż zgodnie z procedurami materiałów tajnych w ogóle nie wolno wynosić poza lokal służbowy – to daje na przechowanie (choćby do sejfu bankowego). Tymczasem człowiek, który przez 45 lat pracował w służbach specjalnych, pakuje takie dokumenty do szuflady we własnym domu. Z profesjonalnego punktu widzenia to po prostu horror!

Druga sprawa: dlaczego Kiszczak chciał przekazać dokumenty do Archiwum Akt Nowych? Zachował się w tej sprawie jego list z kwietnia 1996 r. No i dlaczego nie przekazał? Skazany jestem na domniemania, ale zwracam uwagę, że pomysł powstał po odejściu Wałęsy z urzędu prezydenta, a w trakcie toczących się różnych działań rządu postkomunistycznego wokół sprawy niszczenia przez byłego (już) prezydenta materiałów dotyczących sprawy TW „Bolek”. Działania te znalazły swój wyraz we wszczęciu śledztwa w sprawie zniknięcia akt wypożyczonych przez Wałęsę w latach 1992-94. Może więc Kiszczak chciał się – bardzo kulturalnie zresztą – pozbyć z domu tych dokumentów. Słyszałem też wersję, że Jaruzelski mu odradził. Bo Kiszczak takiego ruchu by nie podjął bez zgody generała. Nie wiem, dlaczego postanowił to upublicznić, bo przecież przekazanie dokumentów do AAN (a IPN wówczas jeszcze nie było) równałoby się upublicznieniu. Proszę bardzo – temat na pracę magisterską z prawa, politologii lub kryminalistyki. Albo historii.

Czy Wojciech Jaruzelski sam coś przechowywał? Czy historycy mają jasność, co pozostaje w gestii rodziny?

Generał Jaruzelski w odróżnieniu od Kiszczaka – który w 1999 r. pokazywał w telewizji zdjęcia z rozmów w Magdalence – nigdy się nie chwalił, że cokolwiek ma. Wiadomo z wypowiedzi Moniki Jaruzelskiej, że jedna z instytucji amerykańskich robiła „podchody” pod te dokumenty. Tak samo jak pod archiwum Kiszczaka. Niektórzy ludzie ze szczytu rzeczywiście przekazywali swoje archiwa (np. Instytut Hoovera pozyskał całe archiwum Mieczysława Rakowskiego). Sądzę, że w willi przy ul. Ikara, gdzie mieszkał Jaruzelski, są jakieś dokumenty partyjne i państwowe (w tym SB). Ale to tylko domysł. ©℗

Prof. ANDRZEJ PACZKOWSKI jest historykiem. Członek Kolegium IPN pierwszej i drugiej kadencji, obecnie w Radzie IPN. Autor wielu książek dotyczących najnowszej historii Polski, m.in. pracy „Wojna polsko-jaruzelska. Stan wojenny w Polsce 13 XII 1981 – 22 VII 1983”, a także poświęconego Polsce rozdziału „Czarnej księgi komunizmu”. W latach 80. działacz Solidarności. W 2011 r. odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, laureat m.in. Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2016