Reklama

13 grudnia: obrona systemu

13 grudnia: obrona systemu

05.12.2016
Czyta się kilka minut
Prof. Andrzej Paczkowski, autor książki „Wojna polsko-jaruzelska”: Agresja ze strony komunistów, wymierzona w aspiracje społeczeństwa, prędzej czy później musiała wtedy nastąpić. Oni nie mieli innego pomysłu.
Prof. Andrzej Paczkowski, Warszawa, 2014 r. Fot. Andrzej Iwanczuk / REPORTER
W

WOJCIECH PIĘCIAK: W 1981 r. miał Pan 43 lata i był ekspertem Solidarności. Jaki był Pana osobisty 13 grudnia?

ANDRZEJ PACZKOWSKI: Nie pełniłem w Solidarności żadnych stanowisk, byłem tylko członkiem komisji zakładowej w Instytucie Historii PAN, czasem doradzałem związkowym władzom, wygłaszałem pogadanki w ramach Wszechnicy Robotniczej. Byłem w takim „trzecim szeregu”. Dla mnie 13 grudnia przebiegł bezboleśnie, nikt po mnie nie przyszedł. Już w nocy wiedziałem, że coś się dzieje: znajomi byli u przyjaciela, po którego przyszła SB, i mnie o tym poinformowali. Byli przekonani, że to tylko jakaś branka do wojska. Byłem trochę chory, położyłem się i zasnąłem.

A rano?

Wiadomo, Jaruzelski w radiu, potem w telewizji... Na 13 grudnia w południe było zaplanowane spotkanie prezesów klubów wysokogórskich z całego kraju. Odbywały się dwa razy w roku, byłem wtedy prezesem Polskiego Związku Alpinizmu. Mimo zakazu zgromadzeń, spotkanie się odbyło i poza jednym kolegą wszyscy przyjechali. Potem pojechałem do mamy, która była w kiepskim stanie, żeby się nią zaopiekować i podnieść na duchu. A następnego dnia ruszyły jakieś pierwsze działania, także u nas w Instytucie.

W stanie wojennym publikował Pan w podziemnym „Tygodniku Wojennym”.

Szybko zostałem wciągnięty w różne rzeczy. A to, żeby coś napisać, a to, żeby gdzieś pojechać, jakąś przesyłkę zanieść. Albo zawieźć żonę przyjaciela do Białołęki, gdzie był internowany. Przepisywałem na maszynie „Serwis Informacyjny”, poprzednik „Tygodnika Mazowsze”. Potem były „przesyłki specjalne”, z urządzeniami drukarskimi włącznie, via transporty humanitarne. Zebrania tajnej komisji zakładowej. Odczyty, głównie w kościołach czy salkach parafialnych. Takie normalne wtedy sprawy. Dopiero w 1983 r. wszedłem w coś poważniejszego: Archiwum „Solidarności” i Społeczny Komitet Nauki.

Wprawdzie historycy nie lubią tzw. dziejów alternatywnych, ale spróbujmy pospekulować. Co by się stało, gdyby 13 grudnia nie ogłoszono stanu wojennego?

Kilka lat temu napisałem tekst „Co by było, gdyby gen. Jaruzelski nie wprowadził stanu wojennego w 1981 r.?”, dla antologii składającej się z takich właśnie spekulacji o różnych momentach historycznych, od 966 r. włącznie. To była czysta futurologia. Opisałem więc bieg wydarzeń po tym, jak w piątek 11 grudnia 1981 r. zostaje ujawniony przeciek o terminie wprowadzenia stanu wojennego. Komisja Krajowa Solidarności ogłasza gotowość strajkową, Jaruzelski wycofuje się z decyzji, zamieszanie w PRL-u i w Moskwie, Breżniew dostaje ataku serca... Po czym, w rocznicę wybuchu powstania styczniowego, Jaruzelski postanawia jednak wprowadzić stan wojenny...

...z czego by wynikało, że Pana zdaniem niemożliwe były wtedy inne scenariusze?

Oczywiście były możliwe, ale mało prawdopodobne. Nie powinniśmy zakładać, że skoro coś się wydarzyło, to znaczy, że musiało się wydarzyć. Można np. wyobrazić sobie, że agresja ze strony komunistów, wymierzona w aspiracje społeczeństwa i w 10-milionowy ruch Solidarności – bo tym przecież był stan wojenny – następuje później, albo że ma nieco inny charakter. Ale uważam, iż prędzej czy później i tak by nastąpiła. Władze były niezdolne do tego, aby się cofnąć, pójść na ustępstwa. Nie miały żadnego pozytywnego pomysłu na rozwiązanie konfliktu, żadnej wizji przebudowy kraju, nie akceptowały pomysłów Solidarności, choćby z programu „Rzeczpospolita Samorządna”. Myślały tylko w kategoriach utrzymania władzy, a więc także zablokowania dalszych zmian. A jedynym narzędziem, aby to osiągnąć, było rozwiązanie siłowe.

Czy jako historyk ma Pan poczucie, że o stanie wojennym wiemy już wszystko?

Jeśli chodzi o materiały źródłowe, mamy nadal dużo luk, gdy idzie o stronę sowiecką: przede wszystkim, czy Kreml był gotów na interwencję nawet wbrew swoim polskim towarzyszom. Dostęp do tamtejszych archiwów, który był możliwy na początku lat 90. XX wieku, został szybko zamknięty. Wiemy tyle, że władze sowieckie naciskały na Jaruzelskiego, by jak najszybciej „rozwiązał” problem Solidarności i chaosu politycznego, który – z ich punktu widzenia – tworzył się w środku Europy. Nie wiemy, na ile byli gotowi użyć przemocy także wobec swoich polskich kolegów. I obawiam się, że nigdy się tego nie dowiemy – chyba że w Rosji zmieni się zasadniczo system i archiwa zostaną otwarte. Choć to też nie jest pewne, nie wszystko bowiem zostawia ślad na papierze.

A rzekoma groźba interwencji sowieckiej w grudniu 1981 r., na którą do końca powoływał się Jaruzelski, broniąc mitu stanu wojennego jako „mniejszego zła”?

W 1997 r. brałem udział w konferencji historycznej w Jachrance, na którą przyjechała grupa byłych sowieckich polityków i wojskowych. To był czas Jelcyna, pewnej „odwilży”. Byli m.in. marszałek Kulikow, w 1981 r. dowódca wojsk Układu Warszawskiego, i Gieorgij Szachnazarow, sekretarz „komisji polskiej” w Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego – kluczowej instytucji na Kremlu zajmującej się kryzysem w PRL-u. Szachnazarow powiedział wtedy: nie chcieliśmy, ale mogliśmy. Czyli że mieli siłę i możliwości, by interweniować. Twierdził, że były trzy scenariusze rozwoju wypadków w Polsce, które, jak mówił, zmusiłyby Moskwę do interwencji wojskowej. Pierwszy: gdyby władzę w PZPR przejęli, jak to ujął, „socjaldemokraci”, tj. ugodowcy, i nastąpiła „dubczekizacja” Polski na wzór Czechosłowacji sprzed interwencji Układu Warszawskiego w 1968 r. Drugi: gdyby władzę przejęła Solidarność. To uważał za najmniej realne. I trzeci: gdyby w PRL-u wybuchła wojna domowa. Wtedy, powiedział złośliwie Szachnazarow, „to ONZ prosiłaby nas o zaprowadzenie porządku w Polsce”. Tak jego zdaniem wyglądały trzy opcje, które mogły zmusić Kreml do interwencji bez przejmowania się polskimi towarzyszami. No, ale on mówił to w 1997 r., a co myślał 16 lat wcześniej?

A zatem w grudniu 1981 r. Kreml nie planował interwencji.

Znane dziś sowieckie dokumenty pokazują, że od kwietnia 1981 r. Sowieci przyjęli założenie, że to Polacy sami wprowadzają stan wojenny i „rozwiązują” problem, a oni pozostają tylko jako rezerwa. To było zresztą z ich punktu widzenia racjonalne: podejmowanie interwencji zbrojnej w Polsce nie było w interesie Moskwy. Byli już uwikłani w wojnę w Afganistanie, a wprowadzenie wojsk do Polski było nie tylko ryzykowne – nie było przecież wiadomo, jak Polacy zareagują – ale oznaczało też wzięcie na siebie bezpośredniej odpowiedzialności za los trzydziestu kilku milionów ludzi, także na poziomie pozapolitycznym, jak zaopatrzenie, gospodarka. To by oznaczało dla nich wielkie koszty nie tylko polityczne i wojskowe, ale też ekonomiczne.

Swoją książkę z 2006 r. zatytułował Pan „Wojna polsko-jaruzelska”. Gdyby dziś stanął Pan, powiedzmy, przed licealistami, dla których jest to historia dość odległa, jak by Pan odpowiedział na ich pytanie, czym był stan wojenny?

Była to próba obrony systemu komunistycznego, który wchodził w fazę schyłkową. Ludzie go tworzący nie mieli już innej możliwości obrony ani pomysłu – np. przez mobilizację swoich zwolenników, przekonywanie swych przeciwników albo jakąś reformę. Musieli użyć przemocy, by wymusić posłuszeństwo. To był główny powód wprowadzenia stanu wojennego. Można dywagować, jakie pole manewru miał Jaruzelski, czy mógł złożyć dymisję, jak de facto zrobił Stanisław Kania [poprzednik Jaruzelskiego w funkcji szefa PZPR – red.]. Ale nie zmienia to istoty sprawy: była to obrona systemu władzy i własnych w nim pozycji.

Jednak Jaruzelskiemu udało się przekonać sporą część Polaków, że działał w poczuciu odpowiedzialności, i że uchronił kraj przed czymś jeszcze gorszym. Wprawdzie procent tych, którzy tak uważają, z roku na rok spada, ale wciąż jest spory.

Łatwo zapominamy, że obok 10 mln członków Solidarności istniała wtedy jeszcze reszta społeczeństwa, z której część była lojalna wobec władzy. Zapominamy też, że gdy w 1989 r. odbyły się częściowo wolne wybory, kilka milionów ludzi oddało głos za obozem władzy. Mogę sobie wyobrazić, że dla tych ludzi opowiedzenie się w późniejszych sondażach „za Jaruzelskim” było, czy też jest nadal, głosem w obronie swej ówczesnej postawy. Albo też emanacją obecnych poglądów politycznych: głosem przeciwko elitom, które wywodzą się z dawnej opozycji. Charakterystyczne, że procent tych, którzy tak uważają, jest istotnie coraz mniejszy – myślę, że działa tu demografia. A także szkoła czy media, gdzie stan wojenny jest dziś przedstawiany w sposób jednoznaczny.

Wprowadzenie go było bezprawne nawet na gruncie prawa obowiązującego w PRL-u. Jednak po 1989 r. nie udało się osądzić jego autorów. Wiedza historyczna często rozmijała się z orzecznictwem sądów. Dlaczego?

Kwestia rozliczeń z systemem i ludźmi, którzy go tworzyli, była po 1989 r. pochodną charakteru transformacji, owej „reglamentowanej rewolucji” czy, mówiąc inaczej, implozji systemu, a nie obalenia go przemocą. Nie jest to zresztą polska specyfika, także w innych dawnych krajach komunistycznych były i są duże kłopoty z rozliczeniami. Osobna sprawa to brak zaangażowania w rozliczenia ze strony wymiaru sprawiedliwości, który początkowo tworzyli głównie ludzie – prokuratorzy czy sędziowie – których część aktywnie uczestniczyła w egzekwowaniu przepisów stanu wojennego.

Stan wojenny to nie tylko kilkudziesięciu zabitych. Jakie były jego koszty?

Generalnie były ogromne. Nie tylko w wymiarze politycznym i ekonomicznym – w latach 80. nastąpiła dramatyczna degradacja gospodarki PRL – ale też ludzkim, społecznym. Mam na myśli nie tylko ofiary śmiertelne i aresztowanych, ale też rzeszę poszkodowanych w inny sposób. Połamano wiele życiorysów. Zapomina się też, że po 13 grudnia zwolniono z pracy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Tysiące skłoniono do emigracji. A kolejne setki tysięcy same wybrały emigrację, nie widząc już nadziei. Bo stan wojenny zabił w wielu nadzieję, zniszczył społeczne zaufanie, także zaufanie do sensu działania w sferze publicznej, zaangażowania. Rzecz znamienna: w czerwcu 1989 r. do częściowo wolnych wyborów poszło tylko dwie trzecie uprawnionych. To także był długofalowy psychologiczny efekt stanu wojennego: zniechęcenia, nieufności do wychodzenia z prywatnych „nisz”, które ludzie sobie stworzyli w latach 80., społecznej entropii, głębokiej nieufności do państwa, które przecież wtedy wystąpiło przeciwko milionom swoich obywateli. W tym sensie 13 grudnia dokonał spustoszeń, których skutki zapewne trwają po dziś dzień. ©℗

Prof. ANDRZEJ PACZKOWSKI (ur. 1938) jest historykiem dziejów najnowszych Polski. W PRL-u działacz opozycji. W latach 1999–2016 członek Kolegium, a potem Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Autor licznych książek o historii Polski w XX wieku.

Autor artykułu

Dziennikarz, kierownik działów Świat i Historia. Ur. 1967 r. W „Tygodniku” zaczął pisać jesienią 1989 r. (o rewolucji w NRD; początkowo pod pseudonimem), w redakcji od 1991 r. Specjalizuje...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]