MICHAŁ SOWIŃSKI: Jesteśmy w drugiej połowie sezonu. Co dziś najlepiej pokazuje kierunek, w jakim idzie Teatr Groteska?
KAROL SUSZCZYŃSKI: Przede wszystkim frekwencja. Ubiegły rok zamknęliśmy wynikiem 91 procent – to rekord w historii teatru i jasny sygnał, że zmiana repertuaru była konieczna. Nowe tytuły po prostu się sprzedają. Najlepszym przykładem jest „Miś Tymoteusz”. To nasz najmocniejszy tytuł – w pierwszym sezonie mieliśmy frekwencję powyżej 100 procent, co zdarza się naprawdę rzadko. Widać też, że część spektakli zaczęła przyciągać widzów spoza Krakowa.
Tak, i to jest dla nas bardzo ważne. „Tarabumba! Ale Cyrk...” sprawił, że widzowie zaczęli specjalnie przyjeżdżać do Groteski z innych miast. O tym spektaklu mówi się w całym kraju – takiego zainteresowania Teatr nie miał od lat.
Jakie premiery otwierają drugą część sezonu?
Zaczynamy od „Witrażowanek Stasia Wyspiańskiego”. To spektakl dla bardzo młodej widowni – pomiędzy widzem najnajowym a młodszym widzem dziecięcym, od około dwóch i pół roku.
Wyspiański i tak młoda publiczność to dość wymagający punkt wyjścia.
Dlatego nie chodzi o „szkolne” wprowadzanie w jego twórczość. Interesuje nas wrażliwość Wyspiańskiego na kolory, światło, fakturę czy naturę. Reżyserka spektaklu Honorata Mierzejewska-Mikosza wyszukała w jego twórczości fragmenty, które pokazują, jak chłonął otaczający go świat. Powstał prosty, zmysłowy tekst, działający na emocje. Premiera w marcu.
Co będzie następne?
„Przemiany” inspirowane tekstem Owidiusza. Będzie to propozycja dla młodzieży i dorosłych mówiąca o kryzysach i trudnych momentach, które mogą stać się impulsem do zmiany – czymś, co daje energię i wiarę. Reżyseruje go Natalia Sakowicz, debiutująca w teatrze instytucjonalnym, uznana artystka i pedagożka w białostockiej Akademii Teatralnej. Zależy mi na konfrontowaniu dorosłej publiczności z nowym myśleniem o teatrze lalek.
Na czym polega to zderzenie, o którym Pan mówi?
Aktor przez cały czas pozostaje w relacji z przedmiotem, materią, lalką. Nie są one dekoracją, lecz równoprawnymi partnerami scenicznymi. Budujemy etiudy z elementów plastycznych. Akcja toczy się na wykopaliskach, więc wydobywane artefakty nie tylko opowiadają historię – one same nią są. To dla mnie bardzo istotny kierunek myślenia o teatrze formy.
Ten sezon domknie jeszcze jeden tytuł skierowany do młodszych widzów.
Tak, w sierpniu zakończymy sezon premierą spektaklu „Dzika banda” Maliny Prześlugi. To propozycja dla dzieci młodszych – opowieść o pojawieniu się nowego bohatera i reakcjach wspólnoty. To też historia o lęku przed nieznanym i o tym, jak łatwo powielamy uprzedzenia, które często okazują się zupełnie niepotrzebne. Ten projekt ma też ciekawą historię produkcyjną. Początkowo staraliśmy się o licencję na adaptację tekstów Rachel Bright – wskazanych przez widzów w głosowaniu. Ostatecznie wydawca jednak nie zgodził się na kompilację.
Poprosiliśmy więc Malinę Prześlugę o napisanie tekstu o podobnej strukturze narracyjnej. Co ciekawe, później pojawiła się propozycja gotowej adaptacji z Wielkiej Brytanii. Na razie ten pomysł odkładamy, ale możliwe, że wrócimy do niego w kolejnym sezonie.
Na dziś największą niewiadomą pozostaje finansowanie Wielkiego Widowiska na Wiśle. To realny problem. Szukanie sponsorów nie jest łatwe, czekamy też na decyzje instytucjonalne – na przykład wsparcie ze strony marszałka, podobne do tego z ubiegłego roku. To jeden z kluczowych elementów Wielkiej Parady Smoków – w tym roku jubileuszowej – który wciąż pozostaje w zawieszeniu i właściwie zamyka listę najważniejszych działań do końca sezonu.
Czy w świecie przebodźcowania i walki o uwagę młodego widza misja teatru się zmienia?
Nie zgadzam się z tezą, że misją Groteski jest wyłącznie teatr dla dzieci. To silne, historyczne przyzwyczajenie, sięgające jeszcze lat 40., kiedy teatr lalek został administracyjnie przypisany najmłodszym. Groteska nigdy nie była tylko teatrem dziecięcym – wystarczy przypomnieć realizacje dramatów Mrożka, Brechta, Jarry’ego czy Gałczyńskiego. W naszej części Europy teatr lalek kulturowo „przyklejono” do dzieci, choć nie jest to myślenie uniwersalne. Od kilku sezonów bardzo świadomie z tym walczę, wprowadzając regularnie repertuar dla dorosłych.
Oczywiście wciąż w około 90 procentach gramy dla młodszej publiczności. Ale równie ważna jest dla mnie przestrzeń dla widza młodzieżowego – zwanego dawniej „widzem niczyim” – który nie chce już teatru dziecięcego, a w teatrze dla dorosłych jeszcze nie znajduje dla siebie miejsca.
Podobną lukę było jeszcze niedawno widać w literaturze.
Zarówno tekstów literackich, jak i dramatów dla młodzieży przybywa i – co najważniejsze – teatr jest realnie oglądany. To pokolenie dorasta w świecie, który zmienia się tak szybko, że my sami często uczymy się go razem z nim. Staramy się reagować na zmiany najlepiej, jak potrafimy.
Spektakle „najnajowe” pełnią tu inną funkcję?
Tak. Są adresowane do dzieci od kilku miesięcy do dwóch–trzech lat i nie opowiadają linearnej historii. Chodzi o oswojenie z przestrzenią teatru – światłem, dźwiękiem, ruchem – żeby później nie było szoku. Uwaga dziecka skupia się na prostych zjawiskach: muzyce, obrazie, ruchu. Często po spektaklu najmłodsi mogą wejść na scenę, dotknąć scenografii. To buduje ciekawość i sprawia, że chcą do teatru wracać.
A jak wygląda praca z widzem nieco starszym?
To zależy od tytułu. „Miś Tymoteusz” jest mocno osadzony we współczesności – relacje rodzinne i sposób komunikacji są bliskie temu, co dzieci znają z własnego świata i kultury popularnej. Świadomie korzystamy z języka, który znają choćby z najnowszych produkcji Disneya czy telewizji. Równolegle proponujemy jednak opowieści, które wyciągają z cyfrowej rzeczywistości. Taką historią będzie wspomniana „Dzika banda” – opowieść o bardzo różnorodnej wspólnocie zwierząt. To spektakl o współobecności, odchodzeniu od rywalizacji i porównywania się, będący odpowiedzią na świat permanentnej oceny i presji bycia najlepszym.
A co dalej z repertuarem?
Trwa konkurs, który rozstrzygnie, kto będzie budował repertuar od przyszłego sezonu. W bieżącym „Tarabumba! Ale Cyrk...” i „Alicja w Krainie Czarów” dobrze pokazują kierunek naszego myślenia o teatrze i widzu.
„Alicja w Krainie Czarów” to trudna książka. Dla dzieci w jakim wieku jest ten spektakl?
Dla widzów od około dziesiątego roku życia. To historia nieoczywista i momentami abstrakcyjna. Adaptacja Martyny Lechman pokazuje Alicję jako postać krążącą między światem domu a fantazją. Być może jest to ucieczka, a może sposób radzenia sobie z napięciami codzienności. Myślę, że odczytania tego spektaklu mogą być różne.
Jak wygląda proces doboru repertuaru, skoro większość widowni to dzieci i młodzież?
Najłatwiej byłoby grać wyłącznie baśnie i lektury szkolne, ale nie tędy droga. Współczesna dramaturgia dla młodych widzów porusza tematy wcześniej nieobecne – choćby śmierć czy dojrzewanie. Można o nich mówić w sposób, który nie traumatyzuje, lecz przygotowuje na złożoność życia.
Staram się, by w każdym sezonie pojawiała się propozycja dla pięciu grup wiekowych: od najnajów po dorosłych. Ten model się sprawdza – zainteresowanie jest realne. Coraz częściej rozstajemy się też ze starymi tytułami, bo zmieniły się estetyka, język i technologia teatru. A przede wszystkim wymagania widzów.
Zależy mi, by Groteska była teatrem lalek w nowoczesnym wydaniu. Szukamy nowych form – jak w „Tarabumbie”, z galerią postaci inspirowanych estetyką Muppetów. Miękkie, mimiczne formy pozwalają na żywą relację z widzem i sprawiają, że dzieci chcą wracać. Dlatego myślimy też o kolejnych odsłonach „Misia Tymoteusza”.
Czy Groteska ma dziś publiczność wielopokoleniową?
Zdecydowanie tak. Bardzo często słyszymy: „Chodziłam tu jako dziecko”. Kluczowe jest przeprowadzenie widza przez wszystkie etapy – od spektakli najnajowych, przez dziecięce, młodzieżowe, aż po dorosłe. Potem widzowie wracają z dziećmi i wnukami.
Kraków sprzyja takiemu obiegowi kultury. W dłuższej perspektywie pomogłyby też instytucje łączące edukację kulturalną od najmłodszych lat. Zwłaszcza dziś, w świecie cyfryzacji i skrótów, realne doświadczenie teatru staje się jeszcze ważniejsze. Teatr Groteska jest marką od lat – i ta ciągłość jest dla mnie kluczowa.
dr Karol Suszczyński – dyrektor Teatru Groteska w Krakowie, historyk i badacz teatru lalek, pedagog związany z Akademią Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie, Filią w Białymstoku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















