Tarcza z tektury

Pablopavo: Kultura bywa schronieniem, ale nie wiem, na ile skutecznym. Słowo to jest tarcza, ale właśnie tekturowa. Kiedy ktoś naprawdę uderzy, okazuje się słabą ochroną.

10.02.2014

Czyta się kilka minut

 / Fot. Bartłomiej Muracki / KARROT KOMMANDO
/ Fot. Bartłomiej Muracki / KARROT KOMMANDO

BARTOSZ STASZCZYSZYN: Po premierze poprzedniej płyty, „10 piosenek” (2011), tłumaczyłeś pesymizm swoich utworów tym, że wszedłeś w smugę cienia.
PABLOPAVO:
Jakoś musiałem się wytłumaczyć. Kiedy ukazywało się „10 piosenek”, miałem znaczące 33 lata i poważne uderzenia pesymizmu.
Dziś ta smuga cienia gęstnieje?
Oczywiście, że gęstnieje. Ale nie ma dramatu. Pesymizm został oswojony i dziś traktuję go trochę jak stan permanentny, dlatego mniej się nim zajmuję.
Na nowej płycie znowu uśmiercasz swoich bohaterów...
Sam nie liczyłem, ilu bohaterów moich piosenek poległo tym razem, ale mówiono mi, że już nagrywałem płyty z większą liczbą trupów. Skoro tak dobrze idzie mi uśmiercanie swoich bohaterów, to może powinienem pisać kryminały.
Skąd tak wysoka częstotliwość zgonów?
Myślę, że uśmiercenie bohatera to proste rozwiązanie fabularne, które – co tu kryć – dodaje utworowi dramatyzmu. I choć coraz mniej się opieram na warszawskich piosenkach ulicznych, gdzieś z tyłu głowy one wciąż we mnie siedzą. A tam często się zdarzała kosa w brzuch albo inne nieszczęście, które rozwiązywało wszystko.
Dziennikarze z ochotą robią z Ciebie warszawskiego barda...
A ja bardzo się staram od tego uciec. Media próbują znaleźć sobie gotowe figury i dopasowywać do nich opisywanych przez siebie ludzi. Nie ma ich przesadnie wiele: bard, błazen, jeszcze kilka. Przykleja się etykietki i już nie trzeba się nad człowiekiem zastanawiać.
Na mnie też mają kilka szufladek – warszawiaka, kibica Legii, hip-hopowca intelektualisty. Na początku się na to zgadzałem, ale z czasem wizerunkowe łatki zaczęły mi ciążyć.
Twoja Warszawa to miasto pęknięte – z jednej strony zblazowani hipsterzy, z drugiej – bezdomny Mikołaj. Czy stolica – to są dwa miasta?
Myślę, że tych porządków jest więcej. Ja świadomie upominam się o tę część Warszawy, która jest przemilczana i spychana na margines, nie ma jej w kulturze rozrywkowej – w filmach czy piosenkach. O chłopaków z Targówka czy rzeszę bezdomnych, którą w tym mieście mamy. Wydaje mi się, że ktoś powinien to robić. Na szczęście nie jestem samotny na tym polu.
Zainteresowanie szarością Warszawy jest pochodną mojego trybu życia – poruszam się tramwajami i autobusami, nie mam samochodu. Bardzo rzadko bywam na bankietach czy biznesowych spotkaniach. Prawdę powiedziawszy, to na tych drugich nigdy nie bywam. A dotykanie zwyczajności miasta siłą rzeczy przenika do moich piosenek.
Swoje postaci spotykasz na ulicy czy wymyślasz?
Bohaterowie moich piosenek rzadko są przerysowani z rzeczywistości w skali jeden do jednego. Zdarzają się takie przypadki, ale zwykle to sklejki różnych osób, trzy krótkie historie. Widziane oddzielnie są za proste na piosenkę, a połączone razem dają nową opowieść.
Piszesz często o ludziach z marginesu. Zawsze z wyrozumiałością...
Nigdy nie szydzę ze swoich bohaterów. Jakiś humor pojawia się w moich piosenkach, ale nie ma go przesadnie dużo. Nie umiem pisać zabawnych piosenek. Może ze dwie w życiu mi wyszły. Więc wybieram ciut grafomański tor smutnego realisty.
Często urządzasz sobie wycieczki w stronę polskiej tradycji – Osieckiej, Młynarskiego...
Oni we mnie są, ale nie nawiązuję do nich w sposób świadomy. Jestem nasiąknięty tymi piosenkami, bo one były w domu, a niektóre z nich lubię i kocham. Ale kiedy siadam do pisania, nie próbuję nikomu dorównać. Zwłaszcza że wszystko, co piszę, podlane jest też tekstami amerykańskich i angielskich songwriterów. Mnie samemu trudno jest zajrzeć do swojej muzycznej kuchni, bo w niej panuje straszny bałagan. Tam na półce stoją Osiecka i Młynarski, Dylan i Johnny Cash. Stoi też wielu raperów. Często poprzewracani, ale stoją.
Sięgasz do muzycznej i literackiej przeszłości, ale na nowoczesność patrzysz krytycznie. Dlaczego?
Bo jest coraz gorzej. Na swoją pociechę mam klasyków rzymskich, którzy pisali mniej więcej to samo. Przekonanie, że wszystko zmierza ku gorszemu, to przecież nic nowego. Ale kiedy patrzę na muzykę, widzę, że dzieje się w niej sporo złego, bo choć powstają bardzo dobre płyty, nie ma kanałów ich dystrybucji i promocji. Paradoksalnie na świecie muzyka też przestaje być czymś ważnym i staje się dodatkiem do dodatku. Małym trybikiem w maszynie show-bizu.
Kiedyś było lepiej?
Prawdopodobnie nie. Ale na pewno lepsza była muzyka rozrywkowa w 1963 r. Wtedy trudno było coś oszukać. Nie było programów do poprawy śpiewu, prawie wszystko było na żywo i ktoś mniej utalentowany miał mniejsze szanse na przebicie się.
Kilka lat temu w rozmowie z Krzysztofem Vargą i Pawłem Duninem-Wąsowiczem przepraszałeś za „postawę etyczną” względem galopującej tabloidyzacji. Dalej odczuwasz to moralne wzmożenie?
Nie potrafię się godzić na podłość, która z powodów biznesowych została przez wszystkich zaakceptowana. Nie jestem Don Kichotem, nie wyjmę z kieszeni młotka i nie będę rozbijał biur Pudelka czy Plotka, ale uważam, że sprzedawanie osobistych historii o ludziach jest paskudne. To było zawsze, ale dziś stało się czymś normalnym i przez wielu podziwianym. Strasznie wkurza mnie taka rzeczywistość.
Pisanie daje schronienie przed tą rzeczywistością? Śpiewasz o słowie jako „tekturowej tarczy”.
Kultura bywa schronieniem, ale nie wiem, na ile skutecznym. Słowo to jest tarcza, ale właśnie tekturowa. Kiedy ktoś naprawdę uderzy, okazuje się słabą ochroną.
Marcin Świetlicki śpiewał w „D#”, że choć nie ma samochodu, pracy i pieniędzy, to przynajmniej gada do mikrofonu i wydaje mu się, że ma rację...
Coś w tym jest. Też nie mam samochodu. Też właściwie nie mam pracy. I ciągle gadam do mikrofonu.
A wydaje Ci się, że masz rację?
Czasem mi się wydaje, ale staram się jak najrzadziej mieć pewność. Ci, którzy wierzą, że mają stuprocentową rację, budzą moje przerażenie.
„Polor” to płyta różnorodna. Jest tu reggae, poezja, hip-hop, a nawet rockowe brzmienia. Nie boisz się zarzutów o zdradę muzyczną?
To mam już za sobą. Lata temu odsądzono mnie od czci i wiary. Ponoć zdradziłem wtedy scenę reggae’ową. Potem jakąś inną. Dokonałem tych zdrad artystycznych i jestem w miejscu, w którym mogę robić wszystko. Ci, którzy mieli się obrazić, już się obrazili. Część ludzi, którzy dzięki „Dancingowej piosence miłosnej” po raz pierwszy zetknęli się z moją muzyką, też mogą poczuć się zdradzeni, kiedy posłuchają pozostałych utworów z płyty i nie znajdą na niej innych retro kawałków.
Pablopavo i Ludziki nie jest zespołem gatunkowym, więc gramy to, co w danym momencie czujemy. Wszystko to jednak łączy się ze sobą poprzez wycieniowane brzmienia i teksty. Niezależnie, czy jest to kawałek hiphopowy jak „Pablo i Pavo”, czy quasi-rockowa piosenka jak „Nemeczek” – wszystkie je łączy ta sama ciemna barwa obecna w moich tekstach.
W „Pablo i Pavo” śpiewasz o dwóch wersjach Ciebie: mrocznej i przyjaznej światu. Nie boisz się tak odsłaniać?
Na szczęście nigdy nie wiemy, na ile ekshibicjonizm jest kreacją. Turgieniew pisał, że nawet jeśli pisze w pierwszej osobie, to wcale nie znaczy, że pisze o sobie. Czasem ciekawe jest spojrzeć w siebie głębiej i spróbować to pokazać innym. Wtedy wychodzą na wierzch rzeczy, których się nie spodziewamy. Gdybym nie napisał „Pablo i Pavo”, nad wieloma sprawami sam bym się nie zastanowił.
„Do stu”, „Koty”, „Dancingowa...”. Stajesz się już ekspertem od piosenek miłosnych.
Napisanie piosenki miłosnej to jest trudna rzecz. Łatwo wpaść w banał. Dlatego uciekam w szczegół i w prozaiczność, które przekładają się na coś parapoetyckiego. Odsłaniam się na tyle, na ile chcę, i nie przekraczam granicy. Piosenka musi być szczera, żeby słuchacz nie wyczuł fałszu. Jeśli piszesz tekst pod przebój, to będzie wyczuwalne.
Piszesz jeszcze opowiadania?
Zdarza mi się, ale nie lubię o tym mówić. Od czasu do czasu jakieś moje opowiadanko ukaże się w literackim piśmie czytanym przez 300 osób. I na tym koniec.
Żeby pisać na poważnie, trzeba mieć bardzo dużo czasu, którego ja nie mam. Trzeba mieć talent, co do którego ja nie jestem pewien, czy go mam. No i trzeba mieć dużo odwagi, której ja raczej nie mam.
Wzbraniasz się przed nazywaniem swoich tekstów poezją. Mówisz o piosenkach, a nie wierszach. To skromność czy świadomość uprawianego gatunku?
Poezja musi się bronić jako osobny tekst, a większość moich piosenek się nie broni. One zyskują dopiero w połączeniu z muzyką. W piosenkach czasem trzeba pójść na słowną łatwiznę, żeby płynęło to w uszach słuchacza. Słowa są więc służebne wobec muzyki.
Nie nazywam swoich tekstów poezją, bo znam trochę poezji i znam też paru wielkich poetów. Jeśli ktoś próbuje porównywać Pablopavo ze Świetlickim, to grubo się myli (śmiech). To trochę tak, jakby porównać ludowe piosenki XIX-wieczne z Mickiewiczem – jedno z drugim ma coś wspólnego, ale takie porównanie nie ma sensu.
Ale Świetlickiego słychać w Twoich piosenkach.
Słychać Świetlickiego, bo go słuchałem i słucham. Pewnie słychać gdzieś Tuwima i Gałczyńskiego, bo ich czytałem i czytam. Ale staram się nie aspirować do tej ligi. Robię po prostu muzykę rozrywkową.
Krzysiek Varga powiedział kiedyś, że podział na wysokie i niskie to bronienie nieistniejących barykad, a sztuka dzieli się na dobrą i złą. Więcej jest warta dobra piosenka uliczna niż zła opera. Świetlicki, który z rockowym zespołem gra swoje wiersze, to jest kultura wysoka czy niska? Cholera wie. To jest po prostu dobra rzecz.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
PABLOPAVO (właśc. Paweł Sołtys) jest wokalistą i pisarzem. Tłem większości jego utworów jest Warszawa. Koncertuje z zespołami Vavamuffin i Ludziki. Autor zbioru opowiadań „Mikrotyki” (Czarne 2017).

Artykuł pochodzi z numeru TP 07/2014