Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Dzień” bez „cień”

„Dzień” bez „cień”

17.09.2018
Czyta się kilka minut
Od lewej: Dorota Masłowska, Filip Łobodziński, Paweł Sołtys (Pablopavo) PAWEŁ WODZYŃSKI / BEW // M. LASYK / REPORTER // JACEK DOMIŃSKI / REPORTER
M

MICHAŁ SOWIŃSKI, KATARZYNA TRZECIAK: Pretekst naszego spotkania to: „Związek literatury i muzyki”. Które z tych słów jest Wam najbliższe?

DOROTA MASŁOWSKA: Ja wybieram „związek”.

PAWEŁ SOŁTYS: Też je chciałem. Zostaje mi zatem „muzyka”.

FILIP ŁOBODZIŃSKI: To ja biorę cudzysłów spinający cały tytuł.

Bez uzasadnienia się nie wymigacie.

PS: To proste – muzyka to mój zawód. Nie kończyłem co prawda żadnej szkoły muzycznej, co pewnie słychać na moich płytach, ale jednak nagrałem ich piętnaście, a książkę napisałem tylko jedną. I kto wie, czy nie ostatnią.

DM: Z tym „związkiem” to oczywiście zgrywa. U mnie zawsze było odwrotnie niż u Pawła, czyli dominowała literatura. Nawet w przypadku piosenek – nie powstałyby, gdybym nie uznała ich warstwy tekstowej za piękną.

FŁ: A ja będę bronił mojego cudzysłowu, bo od lat przyglądam się temu, co dzieje się na styku muzyki i literatury. Interesują mnie twórcy, którzy stawiają pytania i macają bolące zęby, bo uważam, że muzyka nie powinna służyć wyłącznie prostej rozrywce. To oczywiście ważna funkcja, ale ważniejsze jest stwarzanie przestrzeni dla rozmowy.

Jak powstają wasze teksty? Czy czujecie różnicę między tekstem literackim a muzycznym?

DM: Różnica jest umowna, choć przy książkach dużo więcej myślę. Piosenki to dla mnie twórczość bardziej instynktowna. Przy ich tworzeniu poddaję się intuicji i chwytliwości frazy, bo w piosence słowa muszą układać się naturalnie. Dzięki temu rodzi się językowy wirus, który na długo infekuje mózg słuchających. Fascynuje mnie ten efekt. Aby jednak go osiągnąć, trzeba wyłączyć myślenie. Piosenka o Kindze Rusin chyba pokazuje, że to dobra droga.

PS: Dorota mówi o „języku zaumnym”, którym władał między innymi poeta Wielimir Chlebnikow. Nie mam na tyle odwagi, by iść w tym kierunku. U mnie praca nad tekstem piosenki i opowiadaniem wygląda podobnie. W pierwszym przypadku mam już zazwyczaj gotową muzykę, do której muszę się odnieść. Pisanie piosenek jest oczywiście mniej czasochłonne, bo są krótsze niż opowiadania. Choć bywa różnie – czasem coś się zablokuje i potrzeba dwóch lat, żeby wrócić do tematu.

FŁ: Wypowiem się jako fan obojga moich przedmówców. W ich przypadku rozgraniczenie na prozę pisaną do książek i teksty tworzone na płytę nie ma sensu. Gdy zaczyna się to czytać na głos, widać, że to jest ich naturalne środowisko. Bo treść to jedno, ale w tej prozie dzieje się sporo w samych dźwiękach. Dlatego wasze piosenki świetnie się czyta, a literaturę doskonale śpiewa.

PS: Melodia jest dla mnie najważniejsza. Pozwolę sobie na ryzykowne wyznanie: brzmienie bywa dla mnie ważniejsze niż znaczenie.

DM: Odkrycie piosenek było dla mnie nowym nabytkiem, który nazwałabym kondensatorem treści. Rzeczy, na które zazwyczaj poświęca się dziesiątki słów i linijek, można wyrazić jedną, mocną frazą. Ekscytują mnie takie rebusy.

Literackość została już dawno wyparta z mainstreamu polskiej muzyki. O poetyckości nie wspominając.

DM: Istnieje kategoria piosenki przemysłowej, do której słowa tworzą generatory tekstów. Takie konstrukty są wypadkową wszystkich innych piosenek, czyli składają się z wyślizganych, dobrze znanych fraz. Chodzi oczywiście o wpasowania się w już ustalone gusta – nowe piosenki mają być od razu dobrze znane. W teorii to bardzo ciekawe, w praktyce jednak mamy do czynienia z utworami, które znaczą dokładnie nic.

PS: Są mistrzowie piosenek zaczynających się od „znowu nadszedł dzień”, co zazwyczaj rymuje się z „cień”. Ale mówiąc serio – dużo zależy od tego, jak zdefiniujemy mainstream. Bo jeśli szerzej, to zmieścimy tam na przykład Nosowską, która bez wątpienia kombinuje bardzo po swojemu. Jestem jej fanem, teksty ma świetne. Takich twórców jest więcej, choćby grupa Pogodno.

Ciekawe jest jednak co innego. Wschodzący na przełomie lat 70. i 80. punk rock buntował się przeciw zawodowym autorom tekstów, takich jak Bogdan Olewicz czy Andrzej Mogielnicki. I słusznie, zgadzam się z Wojtkiem Waglewskim, że kapele rockowe powinny śpiewać własne teksty. Jednak dziś tych tekściarzy dotkliwie brakuje w głównym nurcie muzycznym. Co by nie mówić, trzymali pewien poziom, a czasem zdarzały im się rzeczy niezwykłe, jak choćby „Jolka, Jolka” czy „Autobiografia”. To się oczywiście pokryło już grubą warstwą pleśni, mchu i porostów, ale wtedy było genialne. A dziś – wystarczy, żeby „cień” zrymował się z „dzień”. Ale jeśli ktoś szuka dobrych tekstów w polskiej muzyce, to je znajdzie.

FŁ: Znowu wypowiem się z perspektywy kibica. W Polsce piosenki mają inną genezę niż na Zachodzie, gdzie ważkie teksty pochodzą wprost z tradycji wędrownych śpiewaków. Nasi tekściarze wzięli się z tradycji kabaretowej, która z konieczności jest bardziej sztuczna, ma charakter kreacji.

Mówisz o Bobie Dylanie?

FŁ: On jako pierwszy wprowadził folkową tradycję do muzyki rozrywkowej. Pokazał, że piosenka nie musi być o niczym – może jątrzyć rany czy dotykać ważnych kwestii społecznych. Z tego czerpali kolejni – John Lennon, Lou Reed czy całe pokolenie punkowców, którzy pisali o rzeczach bolesnych. I co najważniejsze – odkryli, że ich problemy i zdziwienia mogą być czymś wspólnotowym. U nas było odwrotnie. Teksty piosenek powstawały odgórnie, w bardzo literacki sposób: Jeremi Przybora, Agnieszka Osiecka czy Jonasz Kofta to zupełnie inne tekściarskie DNA.

PS: Istniała przecież tradycja piosenki podwórzowej w Warszawie, ale też Łodzi czy Krakowie. Sformułowanie „miejski folklor” jest straszne, coś jednak jest na rzeczy. Nie był to bardzo silny strumień, choć najlepsze piosenki Maleńczuka z niego właśnie się wywodzą. To chyba też najbliższy odpowiednik anglosaskiego bluesa. Podobnie zresztą z piosenką więzienną, która często w nieporadny sposób mówiła o rzeczach ważnych. Kiedy pisałem teksty na pierwszą płytę Ludzików, to chciałem właśnie te tradycje przenieść do XXI wieku. Ale sięgałem też do Jeremiego Przybory czy Agnieszki Osieckiej – nie da się od nich uciec w Polsce. Gdybyśmy trzymali do dziś poziom Przybory, a nie Jacka Cygana, to byłoby lepiej dla wszystkich.

DM: Dochodzi do tego ciekawy problem. Od paru lat obserwujemy w całej Europie, a w Polsce szczególnie, silne wzmożenie narodowe i tożsamościowe. Jeszcze na początku XXI wieku obowiązywał wyłącznie język angielski, a dziś w piosenkach jest głód polskich słów. Dlatego generatory piosenek pracują pełną parą, czasem bardzo precyzyjnie skalibrowane. Nosowska, o której wspominał Paweł, była zjawiskiem oryginalnym i ważnym, dlatego istnieją generatory piosenek mających ją przypominać. To oczywiście nieudane symulacje, bo pracują na niepodrabialnej poezji.

PS: Decydują niestety prawa rynku. Ale też wiele osób po prostu chciałoby pisać jak Nosowska, tylko im nie wychodzi.

Muzyka jest dla większości pierwszym prawdziwym, bo nie wymuszonym przez szkołę ani żadną inną instytucję, kontaktem z poezją. Generatory tekstów mogą zabić kolejne pokolenia czytelników.

PS: Pamiętam, jak pierwszy raz usłyszałem Świetliki – miałem czternaście lat – głowa mi odpadła i toczyła się po podłodze.

DM: Świetliki oczywiście też, ale jednak dla mnie bardziej Nosowska, która – przypomnijmy – zaczynała od rzeczy okropnych, ale już trzecia płyta okazała się czystą poezją. To było dla mnie przełomowe doświadczenie, bo wywracało myślenie o tekście piosenki: okrutna prawda egzystencjalna, rzeczy odrażające zmysłowo i brutalnie odważny przekaz. Oczywiście Kora pierwsza przesunęła granice, jeśli chodzi o kobiecą ekspresję, ale to jednak Nosowska dokonała rewolucji.

Dlaczego?

DM: Bo to było dzikie, a przez to zupełnie nieseksowne. Zerwała z założeniem, że kobieta ma w piosence czarować i uwodzić.

PS: Wybuch hip-hopu też przyniósł nowe opowieści do polskiej muzyki. Początkowo kopiowano z USA, szybko jednak wypracowano własny język. Gdyby polski hip-hop nie opisywał tego, co tu i teraz, nie miałby sensu. Dlatego też najbliższy jest tradycji, o której wcześniej mówił Filip, bo to jest właśnie oddolne, niewymuszone snucie opowieści. Gdy Molesta czy Tede w swoich kawałkach opowiadali historie z życia wzięte, to byłem poruszony. Wcześniej nikt nie opowiadał o tym, że wyszedł rano po zasilacz, ale go policja zwinęła...

(śmiech z sali)

PS: Nie ma się co śmiać, zasilacz ważna rzecz.

FŁ: Ale poza hip-hopem polska piosenka nie ma fabuły – to raczej opis jakiegoś stanu, a nie opowieść. Namawiam wszystkich, żeby to zmieniać.

Przy okazji hip-hopu pojawia się temat szczególnie ważny – problematyczne pojęcie autentyczności...

DM: Autentyczność jest w ogóle ważna w muzyce, bo łatwiej tu wyczuć fałsz. Literaturę, pod którą podłożymy muzykę, odbieramy zupełnie inaczej, bardziej organicznie. Dlatego nawet jeśli technicznie coś kuleje, to wciąż może przekazać prawdziwą historię. Jestem fanką wielu kawałków disco-polo, choć gdyby osobno rozpatrywać tam muzykę i tekst, to jedno i drugie byłoby niedopuszczalne. Fascynuje mnie jednak pierwiastek autentyzmu, który momentalnie przenosi mnie w czyjś świat. To zawsze jest niezapomniana podróż, nawet jeśli bardzo brzydka. Moja twórczość muzyczna jest właśnie tego rodzaju.

PS: W hip-hopie ulicznym ta autentyczność jest wciąż wyczuwalna. Oczywiście wszystko z czasem zamienia się w kicz – jest wielu chłopaków, którzy najzwyczajniej w świecie udają.

FŁ: Słowo „autentyczność” zawsze budzi we mnie nieufność. Mario Vargas Llosa napisał kiedyś esej, gdzie udowadnia, że literatura jest kłamstwem, w którym można znaleźć prawdę. Ale szukać jej należy bardziej w stylu niż w samej historii. Weźmy choćby bohaterów piosenek Pawła i Doroty – ich historie mogą być całkowicie wymyślone, ale autentyczność tkwi w sposobie wykonania, w indywidualnej, niepodrabialnej ekspresji.

DM: Autentyczność to oczywiście umowna kategoria, ale jej miarą jest intymne, wręcz fizyczne doświadczenie. Rewers to oczywiście masowa produkcja muzyczna, czyli piosenki obliczone wyłącznie na podobanie się. One mogą być przepiękne i formalnie doskonałe, ale czuje się, że stoją za nimi wyłącznie inżynierowie kultury i nikt więcej.

PS: Zgadzam się z tobą z jednym zastrzeżeniem: mówisz o sobie. Mam podobnie jak ty, ale pamiętaj, że na świecie jest kilkanaście milionów ludzi, którzy słuchają nowych płyt Stinga. Nie rozumiem, jak to możliwe, ale jednak taka muzyka ich porusza.

DM: Śpiewanie własnych tekstów to zajęcie ekshibicjonistyczne – dlatego potrzeba zasłon, czyli fikcyjnych postaci i historii. Trudno wyjść do obcych ludzi i całkiem się obnażyć. Bez bufora bezpieczeństwa nie da się powiedzieć o sobie czegoś bolesnego.

PS: I tak, i nie. Napisałem kilka piosenek na tyle osobistych, że nie potrafiłbym ich opowiedzieć obcej osobie. A było to możliwe wyłącznie dlatego, że piosenka sama w sobie jest cudzysłowem. Każdy by uciekł, gdybym nagle podszedł i zaczął opowiadać, jak mój dziadek umierał miesiącami na raka.

Muzyka zwiększa więc możliwości ekspresji tekstu. A co dzieje się w sytuacji odwrotnej, kiedy mamy same teksty piosenek, na przykład wydane w formie książki?

FŁ: Mam na koncie grubą książkę z przekładami Dylana. W druku, ale i w przekładzie zawsze coś się traci, a jednocześnie daje się szansę czytelnikowi zorientować się, o czym ten dziwny facet w ogóle śpiewa. Ale to nie tylko Dylan, wychodzą albo już wyszły książki z tekstami takich muzyków jak Kora, Janerka, Ciechowski czy Fisz i Emade. To zupełnie inny kontakt z ich tekstami.

PS: Tu akurat jestem przeciwny. Zdarzało mi się odmawiać drukowania moich tekstów osobno. Uważam, że działają wyłącznie z muzyką.

Ale do płyt są dołączone.

PS: Zacząłem je dołączać po pierwszej płycie Vavamuffin, bo znalazłem w internecie amatorsko spisane teksty. Ktoś piękną etiopską frazę „satta massagana” zamienił na „sado-maso gania”. Od tego czasu zawsze jest wkładka z tekstami. Ale serio – moje teksty nie bronią się na kartce. Działają, bo pod spodem chodzi bas, bo perkusista robi przejście. W muzyce można sobie pozwolić na tekściarski kicz, bo akurat potrzebny ci jest konkretny rym – ale potem, na kartce, wszystko widać i zęby bolą.

DM: Jedną z większych przyjemności było dla mnie czytanie ostatniej strony „Bravo”, gdzie zagraniczne piosenki, w bardzo uznaniowy sposób, tłumaczone były na polski. Tekst piosenki przeniesiony na kartkę, nawet w tak koślawy sposób, ma w sobie coś fascynującego. Ostatnio znalazłam przypadkiem książkę z tłumaczeniami piosenek Bruce’a Springsteena. Autor przekładu próbował oddać język kowbojów, odwołując się do bieszczadzkiej mitologii. Możecie wyobrazić sobie, jak niesamowity efekt to dało. Uwielbiam też takie zjawiska, jakie przed chwilą opisał Paweł – gdy mózg czegoś nie rozumie i doszywa własne sensy.

PS: Patrzymy na muzykę z zupełnie różnych pozycji – ciebie interesują najróżniejsze odpryski, przekręcenia i niedociągnięcia. Jestem zbyt narcystyczny, aby tak myśleć o swoich piosenkach, staram się być poważny. Oczywiście „sado-maso gania” mnie rozbawiło, ale raz czy dwa, potem chciałem już swojego słuchacza potraktować możliwie serio.

FŁ: Dylan potrafił za każdym razem inaczej śpiewać tę samą piosenkę – choćby „Tangled Up in Blue”, która ma pięć radykalnie różnych wersji. Dlatego uwielbiam książki z tekstami piosenek, bo można w nich znaleźć fascynujące rzeczy. Pawle, gdybyś kiedyś się złamał, to z przyjemnością kupię książkę z twoimi tekstami. A jeśli nie, to sam ją sobie zrobię. ©℗

FILIP ŁOBODZIŃSKI (ur. 1959) jest muzykiem, dziennikarzem i tłumaczem. Członek zespołu dylan.pl, który wydał płytę „Niepotrzebna pogodynka żeby znać kierunek wiatru” z polskimi aranżacjami piosenek Boba Dylana. Tłumacz antologii tekstów Dylana „Duszny kraj” wydanej w 2017 r.

DOROTA MASŁOWSKA (ur. 1983) jest pisarką, dramatopisarką, felietonistką. W 2014 r. wydała album muzyczny „Społeczeństwo jest niemiłe” pod pseudonimem Mister D. W tym roku ukazała się jej książka „Inni ludzie”.

PAWEŁ SOŁTYS (ur. 1978) jest wokalistą, pisarzem, autorem tekstów piosenek i kompozytorem. W świecie muzycznym znany jako Pablopavo. W 2017 r. ukazał się jego zbiór tekstów prozatorskich „Mikrotyki”, za który otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]