„Szpiedzy” Stevena Soderbergha są eleganccy i po brytyjsku subtelni

Nowy film Stevena Soderbergha jest przede wszystkim elegancką stylówką, wyrafinowaną zabawą w dwuznaczności i podejrzenia.
Czyta się kilka minut
Michael Fassbender w filmie „Szpiedzy” („Black Bag”), 2025 r. // Fot. Claudette Barius / materiały prasowe Focus Features
Michael Fassbender w filmie „Szpiedzy” („Black Bag”), 2025 r. // Fot. Claudette Barius / materiały prasowe Focus Features

Czym uwodzą nas dziś szpiegowskie fikcje? Kiedy nowe technologie coraz skuteczniej zmętniają obraz rzeczywistości, a teorie spiskowe rozprzestrzeniają się niczym wirusy, tego rodzaju opowieści przynoszą doraźną satysfakcję. Że udało nam się wniknąć za zasłonę tajemnych posunięć, rozkręcić na śrubki mechanizmy manipulacji, zapanować przez chwilę nad niewidzialnymi siłami dużo większymi od nas.

„Szpiedzy” Soderbergha

Powiedzmy wprost: najnowszy film Stevena Soderbergha nie idzie w konkury z wielkimi tytułami kina szpiegowskiego. Ani z widowiskami w rodzaju Bondów czy Bourne’ów, ani z majstersztykami gatunku, jak „Szpieg” (2011) Tomasa Alfredsona czy „Operacja Argo” (2012) Bena Afflecka, o klasyce nie wspominając. Napisał tę historię David Koepp, hollywoodzki wyjadacz, niegdyś współscenarzysta „Mission: Impossible” (1996), i najwyraźniej chciał pójść pod prąd popularnych narracji. Spróbował je trochę „uziemić” i ocieplić, odsłaniając miękkie podbrzusze pracy w wywiadzie.

Ale czego można się spodziewać po filmie, w którym szpiegowskie małżeństwo odgrywają Cate Blanchett i Michael Fassbender? Ich bohaterowie często mają w sobie jakąś robotyczną doskonałość, a w ich filmografiach nietrudno trafić na szpiegowskie wcielenia – u niej choćby w „Charlotte Gray”, u niego w nowym serialu „Agencja”. Teraz mogli zaprezentować tę seksowną i luksusową (w rzeczywistości dużo bardziej zszarzałą i wymiętą) podszewkę „czarnej torby” – tak właśnie, „Black Bag”, brzmi oryginalny tytuł filmu „Szpiedzy”.

Oznacza działanie w pełnej konspiracji, kiedy to nawet kochający się mąż i żona zatrudnieni w tym samym resorcie tajnych służb muszą ukrywać prawdę przed sobą. A tajemniczym rekwizytem napędzającym akcję okazuje się wyhodowany przez brytyjską agencję i pilnie strzeżony robak komputerowy o nazwie Severus, którym można włamać się do obcego systemu nuklearnego i przejąć nad nim kontrolę. Tymczasem na liście potencjalnych „kretów” znalazła się Kathryn, żona George’a, i to on dostał zadanie, by w ciągu tygodnia zidentyfikować źródło wycieku. Chodzi więc o psychologiczną grę, uczuciowe dylematy i nieśmiertelne pytanie: czy w świecie, w którym zdrada jest grzechem niewybaczalnym, a zarazem rządzi kłamstwo, można jeszcze komukolwiek zaufać?

Podążając za misterną intrygą, trzeba zapomnieć o życiowym prawdopodobieństwie. Koepp podczas pisania scenariusza konsultował się co prawda z emerytowanymi agentami, choć raczej nie mógł usłyszeć od nich całej prawdy. Mimo obecności fachowego żargonu, szpiegowskich skrótowców czy inteligentnych gadżetów, trudno brać na serio ów obyczajowy magiel, jaki kręci się pod wywiadowczą rutyną. Gdzie synowie dekonspirują własnych rodziców, a intymne związki pomiędzy współpracownikami toleruje się jedynie po to, żeby mieć na nich haka i rozgrywać ich przeciwko sobie. Zwłaszcza gdy jest się parą tak doskonałą, i w konspiracji, i w życiu, jak Kathryn i George. Dlatego Soderbergh delektuje się budowaniem atmosfery nieprzejrzystości w ich wzajemnych relacjach, a brązowa peruka Blanchett i okulary à la Michael Caine na nosie Fassbendera przydają smaczków.

Szpiegowskie kino w filmie „Szpiedzy” 

Bo „Szpiedzy” to film do powolnego smakowania i nie przypadkiem dwie kluczowe sceny z udziałem wszystkich podejrzanych rozgrywają się przy domowym stole. Inspiracją dla tej historii były ponoć nie tyle powieści w stylu Johna le Carré, co sztuka „Kto się boi Virginii Woolf” Edwarda Albeego. Stąd wiele tutaj błyskotliwych dialogów i brutalne, czasem wręcz groteskowe demaskacje. Na dodatek szefa agencji, w której zatrudnieni są główni bohaterowie, gra sam Pierce Brosnan, czterokrotny agent 007, w roli psychiatry pracującej dla brytyjskich służb wystąpiła zaś Naomie Harris, czyli Panna Moneypenny, sekretarka z trzech ostatnich „Bondów”. Tych aluzji zaszyto w „Szpiegach” jeszcze więcej (na przykład w powracającym wątku wędkarskim), jakby twórcy za wszelką cenę odżegnywali się od jednoznaczności i powagi.

Soderbergh, który od lat zarzeka się, że kończy z filmem na dobre, raz jeszcze osobiście stanął za kamerą pod operatorskim pseudonimem „Peter Andrews” i porusza się po tym gorącym szpiegowskim dachu z gracją kota. Na podobnej tematyce zdążył zjeść zęby (jako reżyser filmów z serii „Ocean’s”, producent dokumentu „Citizenfour” o Edwardzie Snowdenie czy twórca „Dobrego Niemca” z Blanchett), chociaż zdarzało się, że sromotnie je połamał (patrz: „Ścigana” z Fassbenderem). W tym zestawieniu „Szpiedzy” przypominają wyrafinowane ćwiczenie warsztatowe. Choć było obliczone na dużą widownię, nie przyniosło kasowego sukcesu. Fabuła filmu, tocząca się w Londynie i częściowo w Szwajcarii, z maleńkim wątkiem polskim, wydaje się zbyt zajęta rzeźbieniem w gatunkowych konwencjach, osadzonych w dość kameralnej scenerii. I zarazem nazbyt ogólnikowa, jeśli chodzi o współczesne lęki, związane z Rosją, powracającym widmem atomowej zagłady i globalnego konfliktu, z cyberbezpieczeństwem i powszechną inwigilacją.

Czego w „Szpiegach” nie zobaczysz

Soderbergh nakręcił film zdecydowanie bardziej „brytyjski” niż hollywoodzki. W tym sensie, że skierowany do widza dorosłego, którego trzyma na muszce nie sama akcja czy inne atrakcje, lecz to, co dzieje się pomiędzy głównymi bohaterami. Uwięzionymi w pułapce podwójnej lojalności – wobec rządowej instytucji (czy, szumnie mówiąc, swojej ojczyzny) i wobec tej drugiej, najbliższej osoby. Najważniejsze, że sztuczną i nieco sztywną konstrukcję udało się wypełnić staroświeckim wdziękiem, mrugając okiem do innych tytułów czy do kina jako takiego, i aktorzy również zdają się dobrze bawić swoimi wizerunkami czy charyzmą. O takich filmach, jak „Szpiedzy”, łatwo powiedzieć, że są mimo swojego potencjału „niewystarczające”, bo zbytnio kokieteryjne, płoche, ulotne. Stąd wrażenie, iż elegancka czarna torba pozostaje przez cały czas do połowy pusta, choć przecież tyle dałoby się w niej pomieścić. Na szczęście, niczego więcej nam się tutaj nie obiecuje.

„SZPIEDZY” („Black Bag”) – reż. Steven Soderbergh. Prod. USA 2025. Dystryb. UIP. W kinach od 9 maja.

Steven Soderbergh to amerykański reżyser, scenarzysta, operator, montażysta i producent. Zadebiutował w wieku 26 lat filmem „Seks, kłamstwa i kasety wideo” (1989), zdobywając Złotą Palmę w Cannes i nominację do Oscara za scenariusz. Nakręcił m.in. „Traffic”, trylogię „Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra”, „Solaris”, „Contagion – Epidemę strachu” czy „Wielkiego Liberace”.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2025

W druku ukazał się pod tytułem: W pułapce lojalności