Podpis Wołodymyra Zełenskiego pod ustawą wymierzoną w niezależność instytucji antykorupcyjnych okazał się kroplą, która przelała czarę goryczy. Wprawdzie prezydent szybko zrobił krok do tyłu i złożył w parlamencie projekt nowej ustawy, mający tę niezależność przywrócić, a parlament, w równie szybkim trybie, przegłosował ją w ostatni dzień lipca.
Jednak coś się wydarzyło, coś się skończyło. I coś się, być może, zaczęło.
Autostopem z Donbasu do Charkowa
Czwartek, 24 lipca. Od trzech dni ludzie, zwłaszcza młodzi, wychodzą na ulice wielu ukraińskich miast – jak mówią, w imieniu swoim i swoich znajomych, żołnierzy, którzy już czwarty rok tkwią na froncie.
– Nie wiem, o co z tym wszystkim chodzi. I chłopaki z mojego oddziału też nie – wzrusza ramionami Andrij, żołnierz o zmęczonych oczach. Oczy schował za ciemnymi okularami.
Andrij zgarnął mnie na autostop spod Słowiańska w obwodzie donieckim. I jedziemy, klekoczącym passatem, drogą deokupowaną we wrześniu 2022 r. – najpierw przez północy Donbas, potem przez Charkowszczyznę, wzdłuż wciąż zaminowanych pól, w stronę Charkowa.
Wyjaśniłam mu, że chciałabym pójść na trwające kolejny dzień demonstracje przeciw korupcji i przeciw prezydentowi. Odbywają się we wszystkich większych miastach, nie ominęły także tych przyfrontowych. Chyba jedynie w Chersoniu nie było protestu, ale tam nawet chodzenie ulicą jest ryzykowne – rosyjskie drony nieustannie nadlatują z drugiego brzegu frontowego tutaj Dniepru.
Andrij myślami nie wychodzi poza swój okop. – My w piechocie nie mamy czasu na myślenie o czymkolwiek innym.
„Korupcja zabija!” – krzyczą młodzi Ukraińcy
Charków, 24 lipca po południu. Front jest jakieś 30 kilometrów stąd w kierunku północnym.
Protest, na który przyszło kilkaset osób, koordynuje rosły chłopak w kominiarce moro i z megafonem w ręce. Choć w mieście od miesięcy obowiązuje ze względów bezpieczeństwa zakaz poruszania się w mundurach, wśród zgromadzonych na placu przed Charkowskim Teatrem Opery i Baletu są żołnierze i weterani – rozpoznawalni po militarnych butach, plecakach lub akcesoriach z szewronami.
Trzon zgromadzenia jednak stanowi młodzież. Trzeba się wysilić, żeby dostrzec kogoś po trzydziestce. Jedna z dziewczyn defiluje z kartonem, na którym widnieje napis: „Mój przyjaciel jest na służbie, nie mógł przyjść. Ale prosił, żeby przekazać: najpierw urlopy dla żołnierzy, potem dla deputowanych do Rady Najwyższej!”.
Młody w kominiarce przekazuje megafon okularnikowi w białej koszulce. Ten okazuje się być wojskowym: – Walczyłem właśnie o to, żebyście teraz mogli stanąć w obronie swoich praw.
W tym tłumie czuć i słychać, że skropliła się tu frustracja ostatnich lat wojny. A także spadające zaufanie wobec rządu i prezydenta, wobec biernej części społeczeństwa zmęczonego wojną. Czuć i słychać, że młodzi wyszli na ulice w imieniu Andrija oraz wszystkich innych żołnierzy, którzy nie mogą zdjąć munduru nawet, jeśli do armii zgłosili się na ochotnika w lutym 2022 r.
Po śródmieściu Charkowa, od placu Teatralnego po Majdan Konstytucji, niesie się krzyk: „Korupcja zabija!”.
„Na chuja mi taki system?” – śpiewa Żadan
Złota godzina. Światło kładzie się miękko na betonowych płytach i ścianach charkowskich gmachów, które tu i ówdzie noszą ślady odłamków. Świeżych i paroletnich.
Tłum zatrzymuje się pod Statuą Niepodległości, która od lutego 2022 r. nie widziała świata zewnętrznego – aż po czubek obłożona jest workami z piaskiem.
Wśród haseł, tych wypisanych własnoręcznie na kartonach i tych skandowanych, królują kawałki kultowej charkowskiej grupy punkowej Żadan i Sobaki. Zwłaszcza fragmenty piosenki „Awtozak” – napisana kilka lat temu w hołdzie białoruskim protestom, jest leitmotivem obecnych demonstracji (tytułowy awtozak to określenie samochodu-więźniarki).
Notuję napisy z kartonów, wszystko cytaty z songu Serhija Żadana: „Kto zmienia za mnie prawo i porządek?”. „Na chuja mi system, co działa przeciwko mnie?”. „Co za dziwni pasażerowie budują tu sobie piedestały?”.
„Nie było opcji” – mówi Sonia, lat 25
– To nie są pierwsze antykorupcyjne protesty, w których biorę udział razem z moimi znajomymi – mówi mi Sonia, z którą spotykam się następnego dnia w kawiarni (w mieście działają kawiarnie, zamiast szyb w oknach wiele ma płytę paździerzową).
Sonia ma 25 lat, ukończyła charkowską Akademię Sztuk Pięknych i nie wyobraża sobie, by w jej kraju ogarniętym wojną priorytetem mogłoby być cokolwiek innego niż armia. – Moje pokolenie dorasta w trakcie wojny – notuję. – Dorastamy szybciej, bo warunki wymuszają na człowieku szybsze osiągnięcie dojrzałości. I nabranie politycznej samoświadomości, bo u nas nie da się jej teraz nie mieć.
– Tu po prostu nie było opcji, żeby zamykać oczy na rzeczywistość i mieć nadzieję, że ona nie będzie cię dotyczyć – mówi Sonia. – Kiedy u większości z nas jest choć jedna bliska osoba, brat, siostra, mąż lub kuzyn, na wojnie albo nawet wojna zabrała im już życie, nie jest już tak łatwo nami manipulować. Lub oczekiwać, że będziemy bierni w pewnych sprawach. Bo one są zbyt bolesne i ważne, żeby być obojętnym. Korupcja, która zabiera środki dla wojska, zabija naszych bliskich.
Starsze pokolenia widzą to inaczej
Sonia: – Moja mama brała udział w Pomarańczowej Rewolucji w 2004 r., ale już w czasie Majdanu zaczęła nabierać obiekcji. Zraziła się do demonstracji. Mówi, że dla niej wszystkie te zmiany, za którymi się skanduje, to tylko kolejna władza przychodząca w miejsce poprzedniej.
Mimo to poszła na protest razem z córką. Sonia: – Myślę, że mamę przekonała ta szczera oddolność. Ale wielka część starszego pokolenia widzi to inaczej. Oni już nie wierzą, że wyrażenie sprzeciwu na ulicznej demonstracji może doprowadzić do faktycznej zmiany.

I dalej: – Myślę, że nasze społeczeństwo jest wciąż bardzo infantylne, podatne na tani populizm. Dopiero uczymy się brać w ręce odpowiedzialność. Jesteśmy skuteczni, gdy chodzi o wyniesienie na widłach choćby jakiejś gwiazdki popu, która kiedyś koncertowała w Moskwie. A mniej uwagi zwraca się na ludzi o równie nieciekawych poglądach lub nieciekawej przeszłości, którzy mają polityczne wpływy. Choćby polityk prezydenckiej partii, Maksym Bużański, znany z jawnego rozprzestrzeniania rosyjskiej propagandy, sam będący do teraz jej ulubieńcem.
„Charków jest pod ostrzałem, ale Charków nie może milczeć”
Zapada noc. A wraz ze zmrokiem nad Charków nadciągają zza pobliskiej granicy rosyjskie drony i rakiety.
Zresztą nie tylko nocą. Na kilka godzin przed czwartkowym protestem rosyjska bomba lotnicza spada na dzielnicę w północnej części miasta. Rannych zostaje ponad trzydzieści osób, w tym niemowlę.
„Charków jest pod ostrzałem, ale Charków nie może milczeć” – piszą lokalne kanały informacyjne. Przypominają, że w piątek wszyscy widzą się znów w tym samym miejscu. Oraz że w razie alarmu przeciwlotniczego „wszyscy idą do metra”.
Kilkanaście godzin później, już pod jasnym niebem, rosyjska bomba uderza w dzielnicę Industrialną. Niszczy placówkę medyczną i rani czternaście osób.
Kulturnik na przekór wojnie
Sobota, 26 lipca, wieczorem. W przytulnym ogrodzie na tyłach charkowskiego Muzeum Literatury widzę kilka twarzy zapamiętanych z protestu.
Ogród wypełniony jest ludźmi. Pomiędzy drzewami rozstawiono biały spiczasty namiot, na gałęziach kołyszą się drobne lampki. Trwa Kulturnik: regularne wydarzenie promujące lokalnych wykonawców muzycznych, organizowane przez stowarzyszenie Kulturnyj Pogljad.
Na scenie pod namiotem słychać i mocniejsze brzmienia charkowskiego rocka, i delikatny głos Soni, która właśnie występuje z repertuarem autorskiej poezji śpiewanej.
W okolicznościach takich jak te charkowska młodzież szuka chwili wytchnienia między kolejnymi atakami na miasto. Ale i takie wydarzenia nie są oderwane od wojennej rzeczywistości. Nawet jeśli odbywają się przy dźwiękach gitary i domowej lemoniadzie. Pieniądze zebrane w trakcie tego bezpłatnego koncertu, a także z licytacji malowanych w czasie koncertu obrazów lokalnej artystki zostaną w całości przekazane na rzecz Ostrych Kartuzów. To oddział specjalnego przeznaczenia, złożony głównie z charkowskich chłopaków.
Siatka maskująca dla chłopaków na froncie
Gdy koncert trwa w najlepsze, pod jednym z ogrodowych drzew powstaje siatka maskująca, tkana pracowicie palcami kilkorga uczestników z kawałeczków materiału w różnych kolorach.

Lato trwa w najlepsze, drzewa rzucają przyjemny cień. A raptem trzydzieści kilometrów dalej znajduje się linia okopów i trwają walki. Tam przygraniczny las wypalony jest do gołej ziemi, pnie pozbawione liści i igieł, posiekane odłamkami. Chłopakom przyda się siatka.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















