Kiedy po październikowych wyborach pisałem, że ówczesna rekordowa frekwencja nie stanowi dla mnie – wbrew wszechobecnym entuzjazmom – dowodu na „przebudzenie społeczeństwa obywatelskiego”, zarzucano mi (nie pierwszy raz) skłonności defetystyczne. Mnie się natomiast zdawało, że tamto gremialne stawiennictwo było raczej związane z wyjątkowo brutalną kampanią wyborczą. Opartą głównie na teoriach spiskowych i szybującej polaryzacji. Trudno się dziwić, że pod wpływem tego rodzaju mieszanki ludzie masowo ruszyli do urn. Czy ktoś jeszcze pamięta te rozwibrowane emocje, frenetyczną atmosferę zbliżającego się sądnego dnia? A do tego granica polsko-białoruska – najważniejszy chyba temat, o którym nieustannie słyszeliśmy ze strony wtedy opozycyjnej, a dziś rządzącej. Słyszeliśmy, między innymi, że rzeczy wydarzające się na granicy to zbrodnia na masową skalę, a rząd, który tak postępuje, jest pozbawiony ludzkich odruchów. To niedopuszczalne – mówiono – skandaliczne, etycznie naganne, trzeba natychmiast położyć temu kres.

Minęło dziewięć miesięcy – i co? Frekwencja oraz wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego pokazały, że „przebudzenie obywatelskie” to fenomen jednorazowego użytku. A sposób, w jaki obecny rząd poczyna sobie na granicy, świadczy o tym, że narracja o zbrodniach była, mówiąc delikatnie, kampanijną mistyfikacją. By nie powiedzieć – symptomem cynizmu.
Sytuacja na granicy od początku była bezprecedensowa, celowo wywołana przez Rosję i Białoruś, na wskroś tragiczna, ekstremalnie trudna logistycznie i moralnie. Przedstawiciele koalicji musieli wiedzieć, że po dojściu do władzy będą tam prowadzić dokładnie taką samą – a może nawet jeszcze ostrzejszą – politykę. Jest to bowiem – nie oszukujmy się – polityka stosowana w całej UE, przez UE autoryzowana i popierana. Nikt nigdzie nie postępuje inaczej, w wielu krajach natomiast postępuje się jeszcze bardziej bezkompromisowo i brutalnie. Czy to dobrze? Oczywiście, że źle. Czy mogłoby być lepiej? Niewykluczone. Do tego trzeba by jednak opracować konkretny, wieloaspektowy plan działania i poszukać dlań konsensusu, zamiast przerzucać się oskarżeniami, instrumentalizować tragizm na użytek wojen partyjnych albo pogrążać się w bezproduktywnych afektach.
Wiadomo: gdyby ludzkość uczyła się na błędach, od dawna żylibyśmy w świecie szczęśliwym i spokojnym. Nie zmienia to faktu, że w teorii zawsze wszystko świetnie rozumiemy: czas weryfikuje fantazje, sprowadza nas z iluzji na ziemię, a im wyżej iluzja była zamocowana, tym boleśniejsze lądowanie. W interesujących nas sprawach tak to mniej więcej wygląda. „Przebudzenia społeczeństwa obywatelskiego” nie wydarzają się ad hoc, a nawarstwiające się latami, skomplikowane, uwikłane w wielkie interesy, ideologie i ambicje konflikty nie rozwiązują się w cudowny sposób same. Tragizm i okrucieństwo nie znikają, kiedy tylko nie możemy już dłużej wytrzymać związanego z nimi napięcia i zaczynamy głośno krzyczeć, że mamy ich dość. Właśnie się o tym po raz kolejny przekonujemy – ale czy wyciągniemy z tego wnioski?
Jeden wniosek w każdym razie jest oczywisty. Pisałem o nim też trochę tydzień temu, w felietonie poświęconym Trumpowi. Otóż wygląda na to, że w najbliższych latach liberalno-lewicowa część europejskiego pola politycznego będzie zmuszona – nie tylko w Polsce, gdzie te wyniki są i tak relatywnie wysokie, przynajmniej na razie – stawić czoła postępującej utracie zaufania wyborców. I znaleźć sposób, żeby – jak to zrobiła prawica, niestety w ogromnej mierze skrajna – przedstawić im taką ofertę polityczną, która adekwatnie rozpozna społeczne troski, potrzeby i lęki. A to znaczy – uzna ich realność, poszuka na nie odpowiedzi, nie zaś poczyta za dowód moralnej skazy, jak to nie raz bywało choćby w kwestii obaw dotyczących migracji czy kwestii obyczajowo-tożsamościowych.
To zresztą, moim zdaniem, tylko jeden z błędów notorycznie popełnianych w ostatnich latach przez lewicowo-liberalnych polityków i powiązane z nimi środowiska. Jakie są inne? Np. taktyka polegająca na zrównywaniu każdej prawicy z Rosją i faszyzmem – co ostatecznie najbardziej sprzyja Rosji, bo zaczyna się ona ludziom niesłusznie kojarzyć z tradycją, chrześcijaństwem i konserwatyzmem. Dalej: koncentrowanie się na zagrożeniach z perspektywy zwykłego obywatela abstrakcyjnych, zamiast najpierw na tym, co konkretnie i namacalnie go dotyczy. Wreszcie – powielanie radykalnych narracji, w myśl których kultura zachodnia, jej instytucje i wartości to główne źródła opresji w dzisiejszym świecie (właśnie tutaj skrajna lewica spotyka się ze skrajną prawicą i Putinem).
W wydanym na początku lat 90. ubiegłego stulecia „Buncie elit” Christopher Lasch stawiał tezę, że globalne, europejskie i amerykańskie elity żyją coraz dalej od większości mieszkańców zachodnich społeczeństw. W szczególności, że przywiązania i wyobrażenia, które dla ludzi wciąż są istotne – tożsamość narodowa i lokalna, więzy rodzinne, religia, tradycja i sukcesja pokoleniowa – dla kosmopolitycznych, funkcjonujących w międzynarodowej siatce biznesowo-politycznej „obywateli świata” niemal całkiem przestają się liczyć. Dlatego też oferta, którą w demokratycznych państwach kierują oni do wyborców, coraz bardziej się z oczekiwaniami tych wyborców rozmija. A niestety, bez takiej sensownej, przemyślanej oferty nie nastąpi żadne trwałe „przebudzenie społeczeństwa obywatelskiego”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















