Dobrze pamiętam to śniadanie, obfite i krzepiące, przy drewnianym stole w kameralnym hoteliku w Tucson. Nie tak dawno, ledwie sześć lat temu. Niby to wiem, a przecież przysiągłbym, że minęła cała epoka. Albo nawet trzy, bo działo się to jeszcze i przed covidem, i przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę, i przed 7 października 2023 r. Spędziłem tam tydzień i byłem jedynym gościem z tak długim stażem. Reszta składu nieustannie się wymieniała, każdego ranka popijałem więc kawę z coraz to nowymi przybyszami z najróżniejszych zakątków Ameryki. Któregoś razu zasiadła przede mną rodzina z Arizony, państwo Stevensonowie, ojciec, matka i dorosła córka. Jak na krainę small talku przystało, wywiązała się niespieszna rozmowa. W tym – o ówczesnym prezydencie Donaldzie Trumpie. Z mojej, przyznam, inicjatywy. Kiedy tylko usłyszałem, że Stevensonowie zażarcie bronią go przed przytykami wyraźnie sympatyzującej z Partią Demokratyczną gospodyni, natychmiast zacząłem dopytywać, z jakiego mianowicie powodu darzą go taką sympatią. Ojciec rodziny jakby tylko na to czekał. Otóż – dowiedziałem się – głosował na Trumpa, ponieważ jest przekonany, że to jedyny człowiek zdolny osuszyć bagno amerykańskiej polityki. Człowiek spoza układu, spoza zamkniętego kręgu elit, który położy kres ich malwersacjom – o ile oczywiście uprzednio go nie zlikwidują. Na nic się zdały moje argumenty, że kogo jak kogo, ale akurat Trumpa – biorąc pod uwagę jego życiorys, znajomości i interesy – raczej nie można nazwać człowiekiem spoza elit. Ależ skąd! – usłyszałem. – On z nimi tak naprawdę nie ma nic wspólnego. Dlatego właśnie tak go nienawidzą. A że nieprzewidywalny i kabotyński? To tylko czarny PR, Thomas, nie wolno się na to nabierać.
Następnego dnia już ich nie było, ale od tamtej pory nieraz o nich myślałem. Zdają mi się bowiem przykładem reprezentatywnym. I jestem pewien, że nie tylko podtrzymują dziś to, co mi wtedy powiedzieli, ale że 30 kwietnia bieżącego roku jeszcze bardziej się w tym utwierdzili. Tego dnia ława przysięgłych w nowojorskim sądzie jednogłośnie uznała Trumpa winnym zarzutów dotyczących fałszowania dokumentacji finansowej w związku z romansem z niejaką Stormy Daniels.
Dlaczego się utwierdzili? Dlatego, że ten wyrok – abstrahując od jego zasadności – wpisuje się niestety w retorykę, na której Trump zbudował cały swój wizerunek wielkiego wroga owych liberalnych elit. Nieprzypadkowo zaraz po ogłoszeniu werdyktu nazwał się „więźniem politycznym”, a wśród jego zwolenników podniosło się gigantyczne larum. Teraz już widać gołym okiem – obwieszczali gniewnie w mediach społecznościowych – że jest to ewidentny sabotaż, mający na celu zniszczenie polityka, który wypowiedział wojnę koteriom, spiskom i knowaniom. Próbują go teraz przyłapać i skazać za jakieś mało znaczące rzeczy, podczas gdy jego konkurentom uchodziły na sucho przewiny znacznie poważniejsze. Tuż przed wyborami w 2016 r. okazało się np., że Hillary Clinton, sprawując urząd sekretarza stanu, używała prywatnego maila do urzędowej korespondencji objętej klauzulą tajności. FBI prowadziło w tej sprawie śledztwo, wiemy, że doszło do nadużyć – ale afera się rozmyła. Podobnie rozmyła się sprawa tajnych dokumentów odnalezionych na początku 2023 r. w dawnym biurze oraz prywatnej rezydencji Joego Bidena. Tymczasem w kwestii romansów Trumpa wszyscy wydają się nadzwyczaj skrupulatni i praworządni. Dlaczego? Już sobie wyobrażam, jak na to pytanie odpowiedzieliby państwo Stevensonowie.
Owszem, potencjalny powrót tego człowieka na stanowisko prezydenta USA oznacza kolejną erupcję anarchii oraz poważne niebezpieczeństwo dla Ukrainy, a w konsekwencji także i Polski. Owszem, trzeba zrobić, co się tylko da, żeby mu ten powrót udaremnić. Wydaje się jednak, że jego najważniejsi polityczni przeciwnicy wciąż nie rozumieją, jak głębokie jest dzisiaj w zachodnich społeczeństwach rozczarowanie liberalno-lewicowymi rządami ostatnich dekad. PR-owe kampanie prowadzone przez doświadczonych spin doctorów mogą tu zadziałać wyłącznie doraźnie. Bez potraktowania poważnie zbiorowych emocji, które stoją za wyborem populistów w rodzaju Trumpa, bez próby sformułowania adekwatnych na nie odpowiedzi – pozbawionych poczucia wyższości albo afektowanego potępiania w duchu poprawnościowych ortodoksji – opcja liberalno-lewicowa może za chwilę popaść w jeszcze poważniejsze kłopoty.
Zagrożenia związane z konfliktami w Ukrainie, na Bliskim Wschodzie, kryzysami migracyjnymi, zacieraniem się granic pomiędzy rzeczywistością a nierzeczywistością z powodu rozwoju technologicznego, rozprzestrzenianiem się myślenia spiskowego, wojnami tożsamościowymi – wszystko to pracować będzie i już pracuje na rzecz Trumpa oraz jemu podobnych. Dlatego właśnie robienie z niego, z nich, męczenników, wydaje się drastycznie wręcz przeciwskuteczne.
Zauważa to dzisiaj również wielu demokratów i liberałów, którzy wcale nie cieszą się z werdyktu ogłoszonego 30 kwietnia. Widzą bowiem doskonale, że potwierdza on w oczach wielu ludzi mit, że mamy tu do czynienia z prześladowanym, niepokornym pogromcą status quo. Tymczasem to, czego realnie nam dziś koniecznie potrzeba, to po prostu sensowna, atrakcyjna alternatywa – zarówno dla status quo, jak i dla tego pseudopogromcy (oraz innych mu podobnych). Samo tylko przekonywanie, jak bardzo jest straszny, oraz demonstracyjne oprowadzanie go po sądach działa, paradoksalnie, jeszcze bardziej na jego korzyść.
Dotyczy to, naturalnie, nie tylko amerykańskiej polityki.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















