Ewelina Burda: „Senior” – lubi Pani to słowo?
Aleksandra Laudańska: Kiedyś bardzo go nie lubiłam. Bo „senior” z automatu traktowany był jak ten, który wymaga opieki i pomocy. Ktoś, kto nic już nie może, więc nie warto mu niczego oferować. Do języka przez ostatnie lata weszło sporo nowych słów: pojawili się „silversi”, tacy wielkomiejscy i nowocześni, zaczęto mówić o „osobach dojrzałych” zamiast „osobach starszych”, zaczęła się przebijać wiekopozytywność. „Senior” dostał nowe towarzystwo, które mu pomogło.
Oswoiliśmy to słowo?
Ja sama po menopauzie zrobiłam się mniej restrykcyjna we wszystkim (śmiech) i słowa „senior” dziś już używam bez niechęci. Staram się też nie dzielić ludzi pod względem wieku. Uważam, że w środku pozostajemy tacy sami. Ja działam dla seniorów i nie ucieknę od tego słowa. I nie trzeba tego robić, bo dużo dobrej pracy zostało wykonane, by je odczarować.
Rozmawiałam o tym kiedyś z Carlem Honorè, kanadyjskim dziennikarzem, który zajmuje się m.in. tematyką senioralną: czy powinniśmy wymyślać nowe określenia na tę grupę wiekową, czy walczyć o zmianę wydźwięku tych, które już są w języku. Wniosek? Powinno się działać równolegle. Ja ostatnio zainspirowałam się określeniem z memów i mówię, że osoba w wieku senioralnym to jest taki „dorosły Pro Max”.
A gdzie przebiega granica, za którą jest się już „seniorem”?
Uważam, że można tu przyjąć granicę wieku emerytalnego. To jest oczywiście bardzo zróżnicowane, kiedy my sami zaczynamy się czuć seniorami, ale emerytura jest czymś wspólnym, bez względu na szereg różnic między nami. To ogromna zmiana w życiu, moment, w którym trzeba znaleźć na siebie nowy sposób.
I jak go znaleźć?
W długowieczności siedzę od dawna i ciekawe podejście ma tu Daniel Levitin, który w książce „Successful Aging” punktuje, że jeśli chcesz być zdrowy i długo żyć, to nie przestawaj pracować. Oczywiście to może być dalej nasza praca zawodowa albo jakieś nowe zajęcie. Bo czasami ludzie naprawdę nienawidzą swojej pracy, jest dla nich obciążająca psychicznie lub fizycznie. Powinniśmy robić coś, co daje sens. Poczucie, że jesteś częścią społeczeństwa i to potrzebną częścią, jest budujące, może więc to być wolontariat, nie praca zarobkowa. Jednak dla wielu seniorów w Polsce determinujące są kwestie bytowe: pracować dalej muszą.
I w tym ma pomagać „aktywizacja seniorów” – co się kryje za tym terminem?
Ja w ludziach dojrzałych widzę ogromny apetyt na życie. Grupa, która ma kalendarze wypełnione nie tylko stereotypowymi wizytami u lekarzy – choć to oczywiście jest ważna sfera życia – jest coraz liczniejsza. Ale badania pokazują jasno: wciąż połowa seniorów w Polsce jest nieaktywna. I najtrudniejsze jest zaktywizowanie tych nieaktywnych. Nie chodzi tu o uszczęśliwianie na siłę, ale o zachęcanie, inspirowanie, żeby wyjść do ludzi. Badania jasno bowiem wskazują, że najbardziej zabójcza jest dla nas samotność. Jedno z ostatnich wykazało, że np. dyscypliny sportowe wykonywane w grupie lub parze bardziej wydłużają życie niż te wykonywane w pojedynkę.
Aktywizacja seniorów ma pomagać budować relacje, bo wymiana energii, myśli z drugim człowiekiem nas napędza. Zachęca do tego, by wyjść z domu, wyszykować się – po pandemii chyba wszyscy zrozumieliśmy, że to ważne.
Co jest tu największym wyzwaniem?
Problemem jest traktowanie seniorów jako jednej hermetycznej grupy. Z badań i obserwacji osób pracujących z nimi jasno wynika, że to grupa bardzo różnicowa. Mamy często aż trzy pokolenia, z różnymi doświadczeniami, osobowościami, poglądami. Więc prowadzenie aktywizacji musi być zróżnicowane.
To co może dziś robić polski senior?
Wachlarz aktywności, także tych bezpłatnych, jest ogromny, dziś chyba możemy wpisać tam naprawdę wszystko: od propozycji kulturalnych i kulinarnych do sportowych i podróżniczych. Bardzo często to nie sam rodzaj aktywności przyciąga, lecz aktywność jako taka. Ja działam głównie w Warszawie, ale mam też kontakt z innymi miejscami. I tym, co je łączy, jest to, że dominującymi uczestniczkami tych aktywności są kobiety. Częściowo wiąże się to z tym, że kobiety żyją dłużej, więc jest ich w tej grupie senioralnej więcej, ale nie tylko. Tu bardzo widać tę „postmenopauzalną werwę”, o której często mówię. Z mojego doświadczenia wynika, że mężczyźni aktywizują się częściej wokół grup zawodowych: znam np. świetne koło emerytowanych wojskowych już w dojrzałym wieku.
Przykład ode mnie: od siedmiu lat tworzymy z osobami od sześćdziesiątki do osiemdziesiątki warszawski miesięcznik seniorów „#Pokolenia”. Jest to aktywność rozwojowa dla tych, którzy go tworzą, i dla odbiorców. Mamy 12 tysięcy nakładu, pismo jest bezpłatne, dystrybuujemy je w urzędach dzielnicowych, CAM-ach [Centrach Aktywności Międzypokoleniowej – red.], przychodniach itp.
A jak wyglądają te różnice między dużymi miastami a małymi ośrodkami?
Znowu można tu popatrzeć stereotypowo: większe miasta, większe szanse. Ale to nie do końca prawda. W mniejszych ośrodkach aktywizacja jest inna, bo trafia się też do grup często dużo bardziej ze sobą zżytych, więzi sąsiedzkie są tam silniejsze. I łatwiej o to, żeby jedna osoba pociągała do aktywności drugą.
W skutecznej aktywizacji nie chodzi o to, żeby wymyślać struktury na nowo – bo biorąc za przykład wsie, tam od lat są koła gospodyń, ochotnicze straże pożarne. Trzeba budować na tym, co jest. I tak na spotkania koła gospodyń wiejskich przyjeżdża fizjoterapeutka uroginekologiczna, jest joga, pilates. I to wcale nie kłóci się z tym, że dalej panie gotują tradycyjne potrawy. Wyjazdy na pielgrzymki, które są połączone z wycieczkami krajoznawczymi: to przyciąga szerszą grupę.
Kiedyś jedna silver-influencerka opowiadała mi, jak pojechała na spotkanie do pań w małej gminie. Miała opowiedzieć im, jakie fajne rzeczy można robić w dojrzałości. I mówiła, że była to dla niej wielka lekcja pokory, bo te kobiety robiły to wszystko, do czego tak chciała je zachęcić ze swojej miejskiej perspektywy.
A jak wyglądają kwestie finansowania tych aktywności? Grupa seniorów, która ma bardzo niskie emerytury, jest duża.
Rosnące są oba rynki: prywatny i publiczny. Ten drugi bardzo napędza współpraca NGO-sów z samorządami, tam są ludzie, którzy bardzo dobrze rozumieją, jak pozyskiwać też środki unijne, nie tylko doraźnie, ale na duże projekty, powstają centra międzypokoleniowe. Więc jeśli cały czas mówimy o tej grupie niezaktywizowanej, to problemem coraz mniejszym jest dostępność finansowa. I ja mówię to z przekonaniem i wiedzą: można robić masę rzeczy nie płacąc za to bądź płacąc naprawdę symboliczne kwoty.
Korzystanie z oferty senioralnej to jedno, a inną sprawą jest obecność seniorów w życiu kulturalnym. Kultura w Polsce jest zaś droga: nawet mimo zniżek dla tej grupy.
Kiedy jestem proszona o konsultacje, jak mieć pełną widownię na wydarzeniu kulturalnym, mówię: „Skieruj ofertę do seniorów!”. Przykładem działań, które uważam za wartościowe, są m.in. te w Muzeum Literatury w Warszawie, działa tam Literacka Akademia Seniora, czy Klub Seniorów i Seniorek Nowoczesnych przy MSN. Seniorzy mają jakościowe potrzeby: chcą porządnej rozrywki, dobrej lektury oraz inspirujących rzeczy, które dalej ich rozwijają.
A co powinno w tym obszarze robić państwo?
Na pewno nie można wszystkiego zostawić NGO-som, nawet dobrze dofinansowanym. Z ostatnich działań politycznych środowisko senioralne niezbyt dobrze przyjęło likwidację stanowiska minister ds. polityki senioralnej. Pani Marzena Okła-Drewnowicz, którą dobrze oceniano, prowadzi teraz działania już inaczej osadzona w strukturach, ale symbolicznie jest to wymowne. Aktualnie trwają prace nad najmem senioralnym, wokół tematu jest bardzo wiele pytań. Ja mam przekonanie, że wiele rzeczy wystartowało za późno. To, że społeczeństwo się nam starzeje, widać było w tabelach GUS 20 lat temu. Gdy zaczynałam wiele lat temu z projektem „Wolni od metryki”, gdzie szukałam aktywnych starszych ludzi, to było coś nietypowego. Znajomi śmiali się, że ja mam jakiś fetysz geriatryczny. Od tego minęło już wiele lat, dziś jestem po pięćdziesiątce i sama zmierzam już w tamtą stronę. Dziś jest lepiej niż wtedy, ale wciąż nieidealnie.
A skąd to zainteresowanie się u Pani wzięło?
Jako dziecko mnóstwo czasu spędzałam z dziadkami, pradziadkami. Nie było w okolicy dzieci w moim wieku, tylko ja i oni. Mój dziadek był pszczelarzem, kręciło się wokół niego całe środowisko, przyjeżdżały wycieczki. Kiedyś doszłam do wniosku, że skoro moi pradziadkowie tak długo żyją, dziadkowie są w dobrej formie, to i ja pewnie będę długo żyć. I ta myśl została ze mną. Potem dołączyła do niej druga: jak to zrobić, żeby to życie jak najdłużej było fajne i dobre. I bez lekarstw. (śmiech)
Jedna symboliczna dla mnie sytuacja: jechałam metrem, obok ktoś czytał „Gazetę Wyborczą”. Zobaczyłam tytuł artykułu, który mnie uderzył: „Polacy nie planują swojej starości”. To było 17 lat temu. Od tego czasu dużo się zmieniło: nowe pokolenia weszły do grupy seniorów, na babciach i dziadkach w znacznie mniejszym stopniu opiera się opieka nad wnukami, ale sam temat planowania swojej starości wciąż nie wydaje się czymś naturalnym i oczywistym.
Modny jest slogan, że „wiek nie powinien nas ograniczać”. Ale to przecież nie jest do końca prawda.
Od starzenia się nie uciekniemy. Ale możemy zadbać o swój organizm, żeby jak najdłużej było dobrze. Teraz organizuję zajęcia z funkcjonalnego treningu siłowego dla grupy 70 plus. Kiedyś od jednej z bardzo eleganckich starszych pań usłyszałam, że to poniżej jej godności machać tak ciężarkami. Ale czy za dziesięć lat nie będzie poniżej jej godności, że będzie potrzebowała asysty, by skorzystać z toalety? Bez ruchu wpadamy w cykl geriatryczny: unikamy go, bo ruch jest przecież dla sprawnych, młodych, boimy się zadyszki, szybszego bicia serca. A my jesteśmy biomaszynami, musimy się ruszać. Mięśnie z wiekiem słabną, galopują sarkopenia i osteoporoza – odsetek ludzi, którzy umierają w rok po złamaniach szyjki kości biodrowej, to aż 30 proc. Moją mamę cztery lata temu wyciągnęłam na siłownię. Zrobiłam to także z pobudek egoistycznych. Bo jeśli zdarzy się coś losowego, to będę pomagać jej, jak tylko potrafię. Ale jeśli sama dalej może zawalczyć o tę sprawność i niezależność, to dlaczego nie?

ALEKSANDRA LAUDAŃSKA – dziennikarka, edukatorka i innowatorka społeczna. Redaktorka naczelna warszawskiego miesięcznika seniorów „#Pokolenia”, twórczyni Mameno – e-douli menopauzy, autorka książki „Biohacking menopauzy. Zrozum zmianę, zaakceptuj ją i żyj długo w zdrowiu”. Studiuje zdrowie publiczne, żeby zawodowo zająć się profilaktyką zdrowotną. Nominowana do tytułu Warszawianka Roku 2025.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.





















